Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cień. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 kwietnia 2021

Tom II, część 30. (Mrok)

 

– Przyleciał kruk – powiedział Vaadar, odchylając się na siedzisku wyściełanym zwierzęcymi futrami i spoglądając przy tym na blat, na którym leżał duży płat cielęcej skóry z wyrysowaną mapą. – Ojciec daje nam wolną rękę.

Xahen zakrył dłonią usta i zmarszczył brwi, śledząc wzrokiem schemat podziemi, próbując jednocześnie jak najwięcej z niego zapamiętać.

– Tak będzie najlepiej – mruknął. Wstał i pochyliwszy się nad planem, przesunął zielony kamyk ku zaznaczonemu wyjściu z krętych lochów. – Przeprowadzę swoich ludzi dołem, a ty z Kavremem będziesz działał na powierzchni. Nie ma sensu nacierać na nich od boków, skoro i tak się tego spodziewają.

Vaadar, po raz pierwszy od naprawdę dawna potaknął mu, całkowicie się z nim zgadzając. To była jedyna kwestia, w której mogli sobie podać dłonie. Nie potrafiliby przeprowadzić ataku wspólnie na powierzchni, bo to z pewnością zakończyłoby się dla nich sromotną klęską. Zmieniając plany ojca i chcąc uderzyć w Liodem Hum od głównych bram, musieli się rozdzielić, aby nie wchodzić sobie w kompetencje dowódców i zamiast wroga, nie zacząć wybijać siebie nawzajem.

czwartek, 1 kwietnia 2021

Tom II, część 29. (Mrok)

Dziękuję za komentarze :)

A jako ciekawostkę wrzucam Wam zdjęcie z Pinteresta, moja inspiracja przy tworzeniu Liodem Hum. 




Twarz Elbrychta stężała, a jego złote spojrzenie omiotło najpierw siedzącą przy stole Nelissandrę, żeby zaraz przenieść się na Alberta. Z samej jego postawy i nienagannych gestów mógł stwierdzić, że nie był ani zwykłym mieszczaninem, ani nawet arystokratą. Promieniejąca od niego królewska duma nie mogła zostać podważona nawet przez samego Elbrychta, który jak nikt inny zwracał uwagę na podobne detale. Moc spojrzenia, wyprostowana sylwetka oraz specyficzna maniera mówienia mogły przejawiać się tylko u kogoś, kto był wychowywany na następnego władcę.

wtorek, 23 marca 2021

Tom II, część 28. (Mrok)

 

Podróżowali całymi dniami, a wieczorami zatrzymywali się na postój. Nie tylko ludzie byli wyczerpani, ale nawet i silne ta'heńskie konie po takim wysiłku potrzebowały chwili wytchnienia. Trzeba było się nimi dobrze zająć, w końcu miały im jeszcze trochę posłużyć, a wymęczone, zmizerniałe wierzchowce nijak zdałyby się podczas walki. Traktowano więc je znacznie lepiej niż niewolników, których również zabrano w podróż. Szli za konwojem, związani niczym zwierzyna i mało kto przejmował się ich losem. Jeśli kilku z nich nie wytrzymałoby drogi – nikogo by to nie obeszło, a wręcz przeciwnie, mogłoby tylko usprawnić przemieszczanie się.

Gdy zatrzymywali się na postój, nie rozbijali wielkich obozowisk. Nie mieli na to czasu, bo i tak sporo go już stracili przez otrucie Vaadara, a to, zdaniem szamana, mogło pokrzyżować plany Przedwiecznego. W jego wizjach pojawiała się dokładna data wyruszenia na podbój Liodem Hum i tylko Bóg wiedział, co niosło za sobą opóźnienie tej wizji. Azogh postanowił jednak nie odpuszczać, tak więc znajdowali się teraz tuż za Lasem Szeptów, niedaleko Północnej Osady, z której pochodziła Nevatha i którą mieli bezpiecznie odeskortować do domu.

niedziela, 7 lutego 2021

Tom II, część 25. (Mrok)

Włożył rękę do jutowego worka, nabierając garść ziarna, żeby zaraz rozrzucić je pod swoimi nogami. Osiem grubiutkich, gdaczących z entuzjazmem kur momentalnie rzuciło się na paszę, pochłaniając ją w zastraszającym tempie. Leonar uśmiechnął się do siebie wesoło, a następnie przeniósł wzrok wyżej, na błękitne niebo z paroma niegroźnymi chmurami. Zapowiadał się naprawdę piękny dzień, a on już czuł, że mógłby zostać tutaj na dłużej. Nelissandra posiadała tu wszystko, co było potrzebne do przeżycia – miała dwie krowy dojne; zdrowe, tłuściutkie kury; a w osobnej zagrodzie nawet i trzy dorodne indyki. Dodatkowo za chatą rozciągał się ogród, który co prawda o tej porze roku nie dawał plonów, ale wystarczyło tylko poczekać do wiosny, aby móc zebrać pierwsze warzywa.

Po wszystkim, co niedawno mu się przytrafiło, miał wrażenie, że znalazł się w raju. Nie przeszkadzało mu ani oporządzanie zwierząt, ani prace domowe – wręcz przeciwnie – przynosiło mu to ukojenie, tak więc mógłby tu nawet zostać na zawsze. Z dala od cywilizacji, z dala od problemów, z dala od wszystkiego, co go tak bardzo przerażało i odbierało chęci do dalszego życia.

Uśmiechnął się pod nosem krzywo. Na zawsze. Czy coś takiego w ogóle istniało? Czy można było mieć cokolwiek „na zawsze”?

sobota, 30 stycznia 2021

Tom II, część 24. (Mrok)

Podczas czytania można sobie puścić Ludovico Einaudi - Experience. Cały rozdział powstał przy słuchaniu tego utworu.

Dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią.


***

Nie miał jak się bronić, kiedy został siłą wyciągnięty z chaty, prawie potykając się już u jej progu. Próbował oponować, jednak każde szarpnięcie przynosiło mu tylko więcej bólu. Kavrem ciągnął go za włosy, nie zwracając uwagi na żadne oznaki sprzeciwu. Trevedic, aby choć trochę złagodzić siłę jego szarpnięć, próbował dotrzymać mężczyźnie kroku, przez co mimowolnie ranił stopy, stawiając je nieuważnie na ziemi. Nie miał przecież czasu założyć obuwia, cieszył się tylko, że wojownik nie wyciągnął go z łóżka nagiego – takiego poniżenia mógłby już nie znieść. Bycie targanym przez wioskę niczym zwierzyna i tak już deptało resztki dumy, które wciąż w sobie pielęgnował, aby nie dać się do cna odczłowieczyć.

– Puść – stęknął, wbijając palce w przedramię Kavrema. Wiedział jednak, że miał marne szanse, aby go w jakikolwiek sposób zranić. Mężczyzna nawet nie drgnął, tylko z furią parł na przód, nie przejmując się co rusz potykającym się Trevedicem.

niedziela, 24 stycznia 2021

Tom II, część 23. (Mrok)

Dziękuję za komentarze :)

Lecimy z II tomem. 


***

Podniósł się do siadu, nabierając łapczywe, krótkie oddechy, jakby dopiero co skończył długi i morderczy bieg. Serce biło mu w piersi jak oszalałe, a w głowie przewijały się myśli alarmujące o zagrożeniu. Przeszywał go paraliżujący strach, coś mu podpowiadało, że powinien się schować, bo on i książę byli w niebezpieczeństwie, zostali zaatakowani i...

– Książę! – krzyknął do siebie, podnosząc się prędko, przez co zaplątał się w wełniany pled i wylądował pośladkami na spróchniałych deskach podłogowych.

– Czyś ty do krzty ogłupiał? – Zamrugał, patrząc prosto na wejście do pomieszczenia, w którym stanęła wysoka, ciemnowłosa kobieta z wyrazem zirytowania na twarzy. Nie rozumiał, skąd ona się tu wzięła... I gdzie się znajdował? Przecież weszli do lasu, w którym zaatakował ich ten przerażający stwór, a później...!

– Książę – powtórzył z przerażeniem i czym prędzej podniósł się na równe nogi, ignorując przeszywający całe ciało ból. Zdołał zrobić tylko dwa kroki, a jego uda zadrżały, odmawiając dalszej współpracy. Gdyby nie kobieta, która szybko podeszła do niego i w ostatniej chwili złapała za ramiona, z pewnością znów czekałoby go nieprzyjemne spotkanie z podłogą.

– Głupiś, jak elfowie mi mili, głupiś jak but! – przeklinała i popchnęła go z powrotem na siennik. – Co leziesz, skoro nie możesz? – Otworzył szeroko swoje piwne oczy, patrząc na nią jak na zjawisko nadprzyrodzone. Spod jej pofalowanych, gdzieniegdzie przyprószonych siwizną włosów wystawały długie, szpiczaste uszy.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Część 22 i 1/2 (Mrok) Bonus +18

Długo się zastanawiałam, czy to pisać. Doszłam do wniosku, że moment ich pierwszego zbliżenia musi zostać napisany, a że nie bardzo pasuje mi jako osobny rozdział, to macie go w postaci bonusu :) Od następnej publikacji rozpoczynamy już II tom.



***

Pocałunek nie należał do delikatnych, zresztą, czego innego mógłby spodziewać się po Xahenie? Dzikości, zachłanności i agresywności – jak najbardziej, ale z pewnością nie subtelności.

Mężczyzna bezceremonialnie złapał go za biodra, przyciskając do siebie mocno, jakby nigdy już nie chciał go puścić. Ani przez chwilę nie wahał się i Trevedic nie miał wątpliwości, że dzięki tej jego stanowczości oraz braku ogłady sytuacja miała okazję rozwinąć się w kierunku, w którym właśnie podążała.

Poddał się jej całkowicie, choć tak naprawdę nie do końca wiedział, na co się godził. Znał tylko bardzo okrojoną teorię stosunków cielesnych. Miał pojęcie „co, jak i do czego”, ale nic poza tym, co z pewnością Xahen doskonale wyczuwał.

Był niczym płótno, przyjmujące każdy dotyk mężczyzny, poddawał się mu bez chociażby cienia sprzeciwu. Odpowiadał nieporadnie na żarłoczny pocałunek, odbierający mu tchu i przyprawiający o szybkie bicie serca, ciarki na całym ciele i wybuchy gorąca pochodzące z okolic podbrzusza. Nigdy jeszcze nie czuł czegoś tak obezwładniającego.

Usta Xahena zsunęły się niżej, po brodzie, aż na szyję. Ręce odnalazły drogę na pośladki księcia, ściskając je miarowo, jakby powstrzymując się przed czymś o wiele bardziej gwałtownym. Miał ochotę zedrzeć mu ubrania teraz, zaraz. Zedrzeć je, pchnąć Trevedica na ziemię, a później wziąć żarliwie, bez chwili zastanowienia. Powstrzymał się jednak, kiedy poczuł jak młodzieniec ucieka przed jego dotykiem, oderwał wargi od jego szyi i posłał mu zdezorientowane, może nawet niespokojne spojrzenie.

czwartek, 14 stycznia 2021

Część 22. (Mrok)

 

Całą drogę do Długiego Domu trzymał Xahena za ramię, czując się niczym dziecko prowadzone przez rodzica. Nie znał drogi do chaty Azogha, ale nie chciał też wylądować twarzą w ziemistej brei, jaka powstała na drodze po popołudniowej ulewie. Wolał więc wspomóc się Xahenem, który zresztą nie oponował. Milczał, odkąd opuścili jego domostwo, a przez materiał skórzanej kapy, którą na siebie zarzucił, Trevedic mógł wyczuć jak bardzo był spięty. Szedł sztywno, jakby właśnie zmierzał na pojedynek, w którym stawiano na szali własne życie, a nie na ucztę do swojego ojca.

Schował twarz bardziej w odmętach olbrzymiego kaptura, kiedy poczuł opadające na jego policzki duże krople. Westchnął ciężko, zaciskając bardziej palce na przedramieniu mężczyzny. Sam najchętniej by zawrócił. Wykręciłby się złym samopoczuciem i że wolałby ten wieczór spędzić w łóżku. Że...

Cokolwiek, co odwiodłoby go od pojawienia się na tej kolacji. Zagryzł dolną wargę, z każdym kolejnym krokiem zbliżając się do tego co nieuniknione.

To ostatnia taka ich wspólna chwila, w której swobodnie szedł z Xahenem pod ramię. W której bezkarnie go dotykał. W której jeszcze nie jest dla mężczyzny zdrajcą.

Na samą myśl aż nie mógł nabrać powietrza w płuca. W jego piersi rozlał się palący ból, jakby ktoś nasypał mu do płuc kawałki rozbitego szkła. Miał wrażenie, że walczy o każdy oddech, że jeszcze moment, a kolana się pod nim ugną, a on padnie twarzą w błoto, po którym stąpa, plując dookoła krwią.

I wtedy dotarli pod drzwi Długiego Domu.

– Wszystko w porządku? – zapytał zaalarmowany Xahen w momencie, w którym Trevedicowi zakręciło się w głowie. Sam nie wiedział jak tego dokonał, ale ostatecznie udało mu się utrzymać na nogach.

– Tak – odpowiedział najbardziej pewnym siebie tonem, na jaki mógł się w tamtej chwili zdobyć.

Wojownik spojrzał jeszcze na niego podejrzliwie, ale już nie skomentował. Weszli do sieni, a Trevedic posłał pod swoim adresem wiązankę przekleństw, zdając sobie sprawę, że jeśli będzie się tak dalej zachowywać to od razu ściągnie na siebie podejrzenia.

Zresztą, jeśli Revinald naprawdę czegoś nie zrobi, Trevedic nie miał wątpliwości, że to on będzie pierwszym podejrzanym podania Azoghowi trucizny. I to też był jego kolejny powód do zmartwień, starał się go jednak wyprzeć z umysłu – ufał magowi, więc skoro Oko przepowiedziało, że oskarżą Xahena o ojcobójstwo, to tak się stanie.

niedziela, 10 stycznia 2021

Część 21. (Mrok)

Siedział naprzeciwko paleniska, chłonąc bijący od niego żar. W tej jednej, jedynej chwili nie myślał. Nie zastanawiał się, co go spotka dokładnie za trzy noce, nie miał wyrzutów sumienia, ani nie czuł bólu w okolicach klatki piersiowej, gdy jego głowę zalewały przeróżne obrazy z Xahenem w roli głównej.

Xahenem, który, jak powiedział Revinald, zostanie niedługo oskarżony o ojcobójstwo.

Cały dzień minął mu na tego typu rozważaniach, więc kiedy bogowie zesłali mu ten krótki moment, podczas którego się absolutnie wyłączyć, nie zamierzał z niego rezygnować. Wcale nie chciał się budzić z chwilowego letargu, jaki go ogarnął.

Niestety, moment powrotu do rzeczywistości musiał nadejść. Ciepły dotyk szorstkich, spracowanych palców gładzących jego podbródek wywołał dreszcze na całej powierzchni jego ciała. Otworzył szeroko oczy, początkowo przestraszony.

czwartek, 4 czerwca 2020

Część 19. (Mrok)


Albert przez cały dzień wędrówki próbował udawać, że nic mu nie jest, a jątrząca się rana, barwiąca jego ubranie na nieprzyjemny brunatny kolor, to tylko zranienie. Leonar widział jednak, że książę udawał, nawet jeśli szedł przed siebie bez grymasu bólu. Zdarzały się momenty, w których, gdy Albert myślał, że nie jest obserwowany, krzywił się, a jego oddech stawał się nierównomierny. Na czole występowały krople potu, a on zaciskał zęby, byle tylko nie dać niczego po sobie poznać. Nie miał pojęcia, że uwadze sługi nie umknęłoby nawet najmniejsze drgnięcie mięśni na jego twarzy. Odkąd tylko ruszyli dalej, a noga przestała go boleć – wróciła do stanu sprzed ataku – Leonar nie mógł przestać zerkać na swojego księcia z przestrachem. Zupełnie, jakby ten lada moment miał paść na ziemię martwy.

czwartek, 21 maja 2020

Część 18. (Mrok)


Szli już piątą dobę z kolei, nic więc dziwnego, że byli wykończeni. Krótkie przerwy, jakie sobie zarządzali, nie dawały im wiele wytchnienia, jednak nie chcieli tracić czasu. Obaj marzyli o ciepłym posiłku, kąpieli, a później śnie w wygodnym łóżku, mimo to żaden z nich nie wypowiadał swoich pragnień na głos. Nie wiedzieli, co zastaną na końcu wędrówki. Nie mieli pojęcia, do kogo takiego wysłał ich Revinald. Jedyną rzeczą ciągnącą ich do przodu i podbudowującą na duchu była nadzieja, że osoba, do której właśnie szli, naprawdę im pomoże.
Ostatnio mało też ze sobą rozmawiali. Właściwie to prawie wcale, skupieni na dążeniu do celu, nie zaprzątali sobie głowy pogaduszkami. To byłoby tylko marnotrawstwo energii. Zresztą, o czym mogliby jeszcze rozmawiać po takim czasie? Każdy z nich miał swoje strapienia, nie chcieli dokładać ich sobie nawzajem.
– Powinniśmy się napić. I coś zjeść – stwierdził wreszcie Albert, kiedy Leonard z każdym kolejnym krokiem czuł coraz to większe zawroty głowy. Nie oponował więc, tylko chętnie przytaknął, po czym przysiadł na kamieniu tuż przy wydeptanej leśnej dróżce.
Sięgnęli do lnianego wora, w którym taszczyli bukłaki z wodą i owinięte w szerokie liście kawałki upieczonego mięsa. Powoli zaczynało im się kończyć. Albert odnotował w myślach, że jutro będzie musiał coś znowu upolować, a więc pewnie czeka ich dłuższy postój.
Leonar wziął kilka łapczywych łyków wody i aż odetchnął, kiedy chłodna ciecz ukoiła jego zbolałe gardło. Przeziębił się, to było pewne. Czasem wieczorami dręczyły go gorączki, jednak z dnia na dzień coraz bardziej słabły, za to ból gardła i kaszel wcale. Miał nauczkę, by nie brać kąpieli w zimnych strumykach, kiedy pogoda również nie rozpieszcza.
Albert przysiadł kilka kroków dalej, na mniejszym kamieniu i zaczął jeść w milczeniu, kiedy nagle leśną ciszę przerwały głośne poszczekiwania. Zmarszczył brwi, kierując głowę w stronę, z której przyszli, gdy nagle prosto na dróżkę wypadły dwa sporej wielkości psy. Momentalnie zerwał się na równe nogi, łapiąc jednocześnie za nóż u swojego pasa, jednak zwierzęta były szybsze. Dopadły do powoli orientującego się w sytuacji Leonarda, rozrywając materiał jego spodni i zatapiając swoje zębiska w łydce. Przeraźliwy krzyk chłopca rozniósł się po lesie, kiedy psy szarpiąc głowami w obie strony, rozrywały jego mięśnie.
Albert wiedział doskonale, że nie zareagował tak szybko, jak powinien, co uświadomił mu przepełniony bólem wrzask. Z opóźnieniem rzucił się na zwierzęta, jednemu błyskawicznym ruchem podciął gardło, a drugiemu wbił ostrze w kark, dzięki czemu pies od razu padł martwy w kałuży krwi niewiadomego pochodzenia, bo mogła być to krew zarówno zwierząt, jak i Leonarda.
Patrzył na czerwoną posokę wsiąkającą w ziemię by zaraz przenieść zszokowane spojrzenie na bladego, drżącego młodzieńca. Nie czekając już więcej, szybko podarł dół swojej tuniki i kucnął przed chłopcem, z zamiarem zatamowania krwi, jednak gdy spojrzał na szarpaną ranę, nie był pewny, czy to jakkolwiek pomoże.
– Będzie dobrze – mówił, sam nie wiedząc, do którego z nich kieruje słowa otuchy. – Nie wygląda źle – skłamał, patrząc w błyszczące od bólu piwne oczy, jednak nagle usłyszeli dudniące odgłosy i przedziwne parskanie.
Po plecach Leonarda wspiął się dreszcz przerażenia, a on na moment zapomniał o bólu, kiedy zdał sobie sprawę, skąd znał te dźwięki. W końcu ostatnie tygodnie spędzał zamknięty z tymi dużymi, niespotykanymi na Elmarnace zwierzętami.
– Ktoś się zbliża – zdołał tylko szepnąć, a już zobaczyli dwóch mężczyzn na brązowych, postawnych wierzchowcach. Krzyczeli coś, pędem zbliżając się do nich.
Umysł Alberta pracował w tamtej chwili na najwyższych obrotach. Był świadomy, że mógłby im uciec, wystarczyło czmychnąć w krzaki, a później biec slalomem między ciasno rosnącymi drzewami. Miał tylko jeden, mały problem – Leonar nie byłby w stanie teraz prawdopodobnie nawet ustać, a co dopiero uciekać.
– Nie patrz na mnie – szepnął chłopak, zaciskając dłoń na kolanie zranionej nogi. – Nie zastanawiaj się nawet! – krzyknął, kiedy dostrzegł, że Albert się jeszcze waha. – No już! Bo cię dopadną! – Ostre, tak niepodobne do Leonara spojrzenie zatrzymało się na księciu, który w mgnieniu oka podjął decyzję. Obejrzał się jeszcze na mężczyzn, po czym podniósł się i czym prędzej uciekł między drzewa.
Ta'nehowie – co do tego Leonar nie miał żadnych wątpiwości, ich język poznałby wszędzie – powiedzieli coś między sobą, a kiedy jeden z nich – ogolony na łyso i z bujną brodą – sięgnął po swój łuk, zrobiło mu się niedobrze. Widział, jak cięciwa nagina się, a następnie strzała mknie w stronę uciekającego Alberta.
– Uważaj! – zdążył tylko krzyknąć, kiedy dosłyszał pełen boleści jęk. Przed oczami mu pociemniało, a gardło ścisnęło się nieprzyjemnie ze strachu na samą myśl, że strzała mogła poważnie ugodzić księcia.
Mężczyźni znów powiedzieli coś do siebie, po czym parsknęli rozbawionym śmiechem i zatrzymali swoje konie tuż przed nim. Leonar zadrżał, kiedy rozpalone spojrzenie tego drugiego – niższego i znacznie grubszego, z szopą ciemnych, kręconych włosów – zatrzymało się na nim. Zebrało mu się na wymioty, gdy na usta Ta'neha wpłynął obrzydliwy rubaszny uśmieszek, a w momencie, w którym zeskoczył z konia, serce Leonara waliło w piersi tak, jakby chciało z niej uciec. Przymknął oczy, modląc się w duchu, aby to wszystko okazało się tylko złym snem, jednak zamiast tego umysł podsunął mu wspomnienia, o których wolałby zapomnieć.
Poczuł dotyk szorstkiej dłoni na policzku. Treść żołądka podeszła mu no gardła, a on spróbował się odsunąć. Nawet noga przestała go boleć albo może w obliczu tak dużego przerażenia całkowicie o niej zapomniał. Już wolałby, aby te wściekłe psy pożarły go żywcem, niż żeby znów miał skończyć jako zabawka barbarzyńców.
Krzyk zaskoczenia wdarł się do jego umysłu, a on powoli uchylił powieki tylko po to, aby spojrzeć na Ta'neha dławiącego się własną krwią. Patrzył na to początkowo zdziwiony, by nagle wyciągnąć z tego widoku kojącą satysfakcję, a dopiero później przez jego myśli przeszedł przebłysk świadomości. Spojrzał na drugiego z mężczyzn, który rozglądał się dookoła, szukając napastnika. Leonar od razu zrozumiał, co takiego się wydarzyło. Albert zaatakował z ukrycia, rzucił nożem, który wbił się barbarzyńcy w szyję. A skoro nóż wciąż był wbity w szyję, to oznaczało tylko jedno... Albert nie miał już czym się bronić.
Nie zastanawiał się dłużej. Jeśli chcieli wyjść z sytuacji cało, musiał coś zrobić. Szybko dopadł więc ostrza i jednym ruchem wyciągnął je z dogorywającego Ta'neha, po czym, ignorując ból oraz wszelki dyskomfort, dopadł do łysego mężczyzny wciąż siedzącego na wysokim zwierzęciu.
Nie miał z nim szans, to akurat wiedział doskonale, ale mógł się zamachnąć i wbić głęboko nóż w jego udo, by zaraz jeszcze przekręcić go i rozerwać bardziej ranę, przecinając tętnicę.
Wrzaski bólu znów rozniosły się po lesie, a zaraz po nim huk uderzenia. Leonard oberwał kopnięciem, noga trafiła w jego szczękę i powaliła go na plecy. Ostry ból żuchwy rozniósł się po całym jego ciele, ale świadomość, że zranił mężczyznę, łagodziła wszystko.
Nie musiał czekać długo, a nagle na drodze znów pojawił się Albert z istną furią bijącą z jego oczu. Leonar dostrzegł jeszcze strzałę tkwiącą w jego ramieniu, gdy nagle książę z łatwością strącił napastnika z konia. Osłabiony mężczyzna próbował się bronić, jednak ciosy przeciwnika były zbyt celne. Albert usiadł na nim okrakiem, okładając Ta'neha i tworząc z jego twarzy krwawą miazgę, tylko po to, aby zaraz wychylić się, wyciągnąć nóż z uda, a następnie poderżnąć barbarzyńcy gardło.
Dyszał ciężko, patrząc na wijące się w konwulsjach ciało, po czym zaraz przeniósł spojrzenie na Leonara. Na widok czerwieni spływającej mu z nosa i rozciętych warg, poczuł jeszcze większy gniew. Nagle pożałował, że zabił napastnika tak szybko, mógłby odcinać mu kawałki ciała jeden po drugim, rozkoszując się przy tym krzykami bólu, które dla jego uszu byłyby niczym najlepsza muzyka.
– Wszystko w porządku? – zapytał, a zdezorientowany młodzieniec kiwnął głową.
– Tak, tylko... – Jego rozedrgane spojrzenie zatrzymało się na ramieniu, w którym wciąż tkwiła strzała. Rękaw ubrania Alberta z chwili na chwilę coraz to bardziej przesiąkał krwią. – Jesteś ranny – szepnął, całkowicie zapominając o formalnym zwracaniu się do władcy.
– To nic – zbył go książę, podchodząc do niego i biorąc jego twarz w dłonie, aby dokładniej ją obejrzeć. – Coś cię boli? Szczęka? Skurwysyn nie wybił ci żadnego zęba?
Leonar, jakby dopiero teraz uświadomił sobie taką możliwość, przesunął językiem po swoich zębach, sprawdzając ich stan. Wydawało mu się, że wszystkie były na swoim miejscu.
– Chyba nic mi nie zrobił. – Jego spojrzenie znów zatrzymało się na lewym ramieniu. – Ale książę, ty...
– A noga? – Albert nie dał dojść mu do słowa, tylko zsunął spojrzenie na brzydko wyglądającą ranę z rozszarpanymi mięśniami. Aż się skrzywił, gdy nagle przypomniał sobie o mazi, którą na chwile takie jak ta dostał od Revinalda. – Jak to zostawimy, wda się bardzo brzydka infekcja – mówił, wstając i jakby nigdy nic, jakby postrzelona ręka wcale mu nie przeszkadzała, złapał za wór leżący przy kamieniu, w którym od razu odnalazł maleńki słoiczek. – Nie ma tego wiele, ale Oko mówiło, że pomoże przy najgorszych ranach.
Leonard patrzył na niego uważnie ze zmarszczonymi brwiami, a kiedy zobaczył ile specyfiku znajduje się w naczyniu, momentalnie zaprotestował.
– Nie książę. Twoja ręka – przypomniał. Albert jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę ze swoich obrażeń, zerknął na ramię z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Krew przesiąkła przez warstwy ubrania i moczyła już niemalże cały lewy bok.
– To nic. Ja dam radę się przemieszczać z raną na ramieniu, ty z taką nogą nie – powiedział, kucając przy Leonardzie, jednak ten zaraz cofnął nogę, jakby się bał, że książę wykorzysta całe lekarstwo na niego.
– Nie mogę pozwolić, żeby ci się coś stało – szepnął. – Ja... Moje życie i tak niewiele znaczy, a przynajmniej będę mieć świadomość, że w jakiś sposób ci pomogłem – dodał posępnie, ale zaraz na jego usta wpłynął lekki uśmiech. Mając wybór, nie wahał się, oddałby życie zarówno za Trevedica, Alberta jak i nawet za Mirenę.
– Czy ty słyszysz, co mówisz? – warknął nagle wściekle Albert, wpatrując się w jego oczy z taką złością, jakiej Leonar jeszcze nie miał szans u niego zobaczyć. Był nie tylko zirytowany, ale jakby... zawiedziony? Leonar przełknął ślinę, nie spodziewając się tak stanowczej reakcji. Niemalże poczuł się zawstydzony pod spojrzeniem księcia, zupełnie, jakby zrobił coś karygodnego. – Sam mówiłeś, że czeka na ciebie matka!
– Ale książę...
– Myślisz, że które życie będzie dla twojej matki ważniejsze: moje, czy twoje?
– Książę, musisz iść dalej, musisz...
– Odpowiedz!
Leonar aż drgnął, zaciskając mimowolnie dłoń na kępce trawy.
– Jesteś księciem, naszym przyszłym królem, oczywiście, że twoje.
Albert prychnął wściekle po czym powalił Leonara na ziemię i patrząc na niego z góry, zdzielił go lekko po twarzy z otwartej dłoni.
– Nigdy tak nawet nie myśl. Dla matki zawsze najważniejsze jest jej dziecko, a teraz leż. To rozkaz! W innym wypadku sam cię wypatroszę – warczał, jednak Leonar nie miał wątpliwości, że były to czcze groźby. Albert chciał go tylko wystraszyć, wpłynąć słowami na jego zachowanie, bo w swoim obecnym stanie bardzo szybko tracił siły i Leonar nawet z rozszarpaną nogą mógłby mu się sprzeciwić.
Leżał więc, wpatrując się lekko załzawionymi oczami w niebieskie niebo z kilkoma puchatymi obłoczkami. Śledził wzrokiem wróble, które właśnie wzbiły się w powietrze, kiedy poczuł dotyk ciepłych palców na swojej ranie. Syknął, a po jego policzkach popłynęły łzy.
Wiedział, że Albert powinien uleczyć samego siebie. Że powinien go tu zostawić. Może w wyrazie łaski by go dobił, aby nic gorszego nie czekało na niego jeszcze przed śmiercią. A jednak nałożył maść, która zareagowała niemalże błyskawicznie, bo już po kilku uderzeniach serca poczuł przyjemne, kojące ciepło.
Zamrugał szybko, chcąc odegnać łzy, których z chwili na chwilę zbierało się coraz więcej. Odkąd trafił na ten ląd, nie spotkało go nic równie miłego. Właściwie jego pobyt tutaj był jednym wielkim pasmem nieszczęść i chociaż nie powiedział tego głośno, bywały momenty, w których naprawdę wolałby umrzeć.
A jednak Albert go od tego uchronił.
Dał mu drugą szansę.
Tylko czy on ją wykorzysta? Czy miał jeszcze po co żyć?
Momentalnie przed oczami stanęła mu mama. Zatroskana, niepewna o losy swojego syna, zapłakana.
Musiał ją jeszcze zobaczyć. Wziąć w ramiona, pocałować w policzek i powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że już nie musi się o niego martwić.
Podniósł się powoli, spoglądając na rozerwane tkani, które drżały niepokojąco i na jego oczach odbudowywały się. Zagryzł wargę, podnosząc spojrzenie na siedzącego nieopodal Alberta, łamiącego promień strzały, by zaraz wyciągnąć ją z ramienia jednym szybkim pociągnięciem. Aż syknął i sięgnął jeszcze po bukłak z wodą, którą polał ranę.
Wciąż z tyłu głowy kołatało mu, że to nie tak powinno się potoczyć, ale mimo wszystko nie mógł opanować wdzięczności.
– Dziękuję – szepnął cicho, czego książę jednak nie usłyszał, zbyt zajęty opatrywaniem swojego obrażenia.

***

Trevedic w samotności ćwiczył na polu. Xahen nie miał dla niego tego dnia czasu, więc – ku ogromnemu zdziwieniu księcia – pozwolił mu samemu udać się na polanę, by potrenować wypady, sunięcia i uniki. Nie było to oczywiście tak rozwijające, jak przy starciu z prawdziwym przeciwnikiem, ale mógł przynajmniej w spokoju ćwiczyć niezbędne do walki kroki. Wciąż czuł się w tym niezdarny, więc miał przynajmniej pretekst, aby opanować to „na sucho”.
Otarł pot z czoła, kiedy po dłuższej chwili kombinacji takich ruchów poczuł ogromne zmęczenie. Uda paliły go żywym ogniem, nie mówiąc o ręce, w której trzymał nóż i którą wymachiwał na wszystkie strony. Zdecydowanie jednak wolał ten stan od wczorajszego samopoczucia. Na samo wspomnienie aż się wzdrygnął i sięgnął po bukłak z wodą przygotowany przez Ilimę.
Obiecał sobie, że już nigdy więcej nie przełknie takiej ilości alkoholu. Powiedzieć, że przesadził, to nic nie powiedzieć, ale kara spotkała go szybciej, niż mógłby przypuszczać, bo już drugiego dnia z samego rana. Nigdy wcześniej nie czuł tak potwornego bólu głowy i mdłości, wymiotował do późnego popołudnia i dopiero pod wieczór był w stanie coś zjeść, co chwilę później nie wróciłby tą samą drogą.
Wczorajsze dolegliwości cielesne nie mogłyby się jednakże równać z zawstydzeniem, które poczuł, gdy napotkał na zmęczone spojrzenie Xahena, kiedy ten oznajmił mu, co takiego działo się w nocy. Gdyby cierpiał w samotności i nie robił nic głupiego, jakoś by to wszystko przełknął, ale na bogów, czemu Xahen musiał być świadkiem jego – delikatnie mówiąc – mało reprezentacyjnego stanu?
Nie za wiele pamiętał z wieczoru spędzonego u Yamni'ila, a już wcale nie pamiętał, jak dotarł do domostwa Xahena i w jaki sposób znalazł się w jego łóżku. Jedno było pewne – nie działo się tam nic zdrożnego, choć sam Trevedic już nie wiedział, czy całonocne wymiotowanie i krztuszenie się zawartością własnego żołądka nie było przypadkiem bardziej urągające.
Stęknął ciężko na napływ wspomnień z tamtej nocy, czując tak ogromne zażenowanie własną osobą, że miał ochotę spłonąć żywcem. Całe szczęście dzisiaj rano Xahen zrezygnował z docinków, choć Trevedic miał świadomość, że po prostu nie miał na nie czasu... Bardzo możliwe więc, że kpiny jeszcze na niego czekają.
Zatkał bukłak korkiem i już miał wrócić do ćwiczeń, kiedy jego uszom nie umknął niepokojący dźwięk łamanej gałązki oraz dudnienie przypominające... bicie serca? Nie miał wątpliwości, że jeszcze nie tak dawno temu zupełnie by nie zwrócił na to uwagi, jednak teraz jego zmysły były naprawdę wyczulone.
Ktoś go obserwował, co do tego nie miał już wątpliwości. Zwrócił się więc w stronę krzaków, marszcząc brwi i wyciągając przed siebie nóż.
– Kim jesteś?
Minęła chwila, nim dostał odpowiedź. Nieznajomy wyprostował się i skierował ku niemu swoje pewniejsze kroki. Stawiał stopy ciężko, zupełnie inaczej od Xahena, który mimo swojej sporej sylwetki zdawał się poruszać zgrabniej.
– Och, a więc mnie wyczułeś. Jestem pod wrażeniem. – Na sam dźwięk głosu mężczyzny po plecach Trevedica przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Przełknął ślinę, mimowolnie odsuwając się i zaciskając jednocześnie dłoń na rękojeści noża, zupełnie jakby nie wiedział na co się szykować – na ucieczkę czy obronę?
Nie odpowiedział, tylko bacznie wsłuchiwał się w ruchy Vaadara, który zatrzymał się dwa kroki dalej.
– I bardzo dobrze mówisz w naszym języku – dodał po chwili, mierząc Trevedica uważnym spojrzeniem, podczas gdy na jego ustach błąkał się krnąbrny uśmiech. Chociaż książę nie był w stanie go zobaczyć, to zdecydowanie czuł drwinę w jego głosie. – Xahen chyba jest dobrym nauczycielem, hm? Nauczył cię języka, a teraz jeszcze sztuki walki. Cóż za wspaniały gest z jego strony – dodał z kpiącym parsknięciem.
Trevedic zmarszczył brwi, wciąż nie wiedząc, czego się po mężczyźnie spodziewać. Wiedział, że Vaadar był zdolny do wszystkiego. Najgorsze, że naprawdę mógł to wszystko teraz zrobić, w szczególności, że Xahena nie było obok.
– Czego chcesz? – zapytał i drgnął, gdy usłyszał, że mężczyzna poruszył się, z wolna okrążając go i oglądając z każdej strony.
Niczym zwierzę na targu – pomyślał Trevedic z niezadowoleniem, zaciskając dłoń jeszcze mocniej na nożu, tak, że aż pobielały mu knykcie.
– Jestem po prostu ciekawy – mruknął Vaadar, zatrzymując się wreszcie naprzeciwko księcia. – Co on w tobie takiego widzi? Ładną buźkę? Dupę? Dobrze się pieprzysz...? Nie – odpowiedział samemu sobie i parsknął śmiechem, kręcąc głową. – Nie Xahen. Nie może tylko o to chodzić – szepnął z zastanowieniem, wciąż mierząc Trevedica uważnym spojrzeniem. – Jest mu ciebie żal – zauważył nagle, jakby zaskakując samego siebie. Klasnął w dłonie i znów się zaśmiał rechotliwie, przez co po plecach księcia przebiegły nieprzyjemne dreszcze. – No tak, znając Xaena zapewne o to właśnie chodzi. – Na jego usta wpłynął szeroki, żmijowaty uśmiech, a Trevedic mógł się tylko cieszyć, że go nie widział. Usłyszał, jak mężczyzna robi dwa kroki w jego stronę, stając z nim dosłownie oko w oko. Aż poczuł kwaśny, nieprzyjemny oddech owiewający mu twarz, na co skrzywił się z obrzydzeniem, dusząc w sobie chęć odsunięcia się. W zamian zadarł głowę, zbierając całą swoją odwagę, aby wyglądać na nieporuszonego. Nie chciał wyjść na tchórza, nie w takim momencie, chociaż musiał przyznać, że ten mężczyzna przerażał go jak nikt inny. Chyba nawet bardziej niż Kavrem, bo przynajmniej działał pod wpływem emocji, a tego typu zachowanie łatwo było przewidzieć. Vaadar z kolei wydawał mu się wyrachowany i podstępny, zupełnie nie wiedział, czego mógł się po nim spodziewać. Nawet teraz nie miał pojęcia, do czego dążyła ta rozmowa i co takiego chciał nią osiągnąć.
– Czego chcesz? – powtórzył pytanie, udając, że jego słowa nie zrobiły na nim wrażenia.
Prawda jednak była taka, że zrobiły. Bo gdzieś podświadomie wiedział, że to właśnie tym kierował się Xahen.
Litością.
A on przecież jej nie chciał. Nie był bezbronnym chłopcem, liczącym na jakąkolwiek oznakę łaski.
– Jaki butny – zakpił Vaadar, gdy Trevedic poczuł jak mężczyzna łapie go za brodę i obraca jego twarz, aby móc mu się lepiej przyjrzeć. Tego było już za wiele, momentalnie strzepnął jego rękę niczym ohydnego, namolnego insekta. – I ten błysk w oku. Ta bezczelność. Ponoć twoja siostra też taka była tuż przed śmiercią. Bezczelna. Ale gdy podrzynali jej gardło nagle przestała wierzgać, kopać i gryźć. – Śmiech. Obrzydliwy, arogancki, przesiąknięty nienawiścią śmiech wdarł się do umysłu Trevedica, nie wywołując nic innego, prócz wściekłości.
Mógł go obrażać. Mógł gadać bzdury i oglądać go sobie z każdej strony. Ale nie miał prawa tymi swoimi obrzydliwymi ustami wypowiadać jakichkolwiek słów, które tyczyły się Mireny.
Trevedic przestał racjonalnie myśleć. Jego głowę zalały wyobrażenia ciepłej krwi Vaadara wsiąkającej w ziemię i jego ostatnie chrapliwe oddechy.
Zamachnął się z zamiarem ugodzenia mężczyzny, jednak ostrze noża smagnęło tylko tuż przed nosem wykonującego unik Ta'neha. Później poczuł mocny ból nadgarstka, ostrze upadło na trawę, a chwilę po nim Vaadar podciął mu nogi jednym, zgrabnym ruchem, przez co uderzył plecami o podłoże. Zdezorientowany zamrugał, by zaraz rzucić się z zamiarem jak najszybszego wstania i dopadnięcia do przeciwnika, gdy na jego piersi wylądowało coś ciężkiego.
Vaadar przycisnął go do ziemi stopą, pochylając się nad nim z obłąkańczym śmiechem.
– Wiesz, co za to grozi?
Nie odpowiedział. Prychnął, znów usiłując się podnieść, gdy nagle ta sama noga najpierw wbiła się w niego mocniej, by tylko na moment oderwać się od jego piersi, a następnie z mocą wbić się w jego brzuch. Trevedic zakrztusił się i skulił na boku, czując nagły ból promieniujący na całe ciało. Otworzył szeroko oczy, przez kilka chwil nie mogąc nawet nabrać oddechu.
– Podnosisz na mnie rękę, mała dziwko? – warknął z wyraźną satysfakcją. Ewidentnie właśnie to chciał osiągnąć, chciał go sprowokować, aby później móc ukarać go jak tylko mu się podobało.
Po jednym kopnięciu nadeszło kolejne. I następne. Trevedic nawet jakby chciał, nie miał jak się bronić, więc tylko jeszcze bardziej skulił się, chcąc ochronić twarz, ale wtedy Vaadar złapał go za włosy i podciągnął na nich wyżej. Przysunął się do niego, owiewając mu policzki swoim cierpkim oddechem.
– Twój pan nie uczył cię, co za to grozi? – Znów się zaśmiał, rechocąc nawet wtedy, gdy pierwszy z ciosów dosięgnął twarzy Trevedica. Po nim nastąpił jeszcze jeden i... I wtedy ktoś złapał go za ramiona, natychmiastowo odciągając od księcia.
Trevedic odetchnął, padając bezwładnie na trawę. Nie czuł nic, prócz goryczy oraz złości na samego siebie. Nie był w stanie się obronić, był bezradny niczym stożek siana, który Vaadar okładał ciosami. Przyjmował je biernie, choć miał ochotę wydłubać mu oczy, ale jednak wciąż był za słaby.
Uderzenia.
Szamotanina.
Jęknięcia.
Przekleństwa.
Zamrugał, powoli powracając myślami do rzeczywistości. Przekręcił twarz w stronę dźwięków dobiegających z boku, zastanawiając się mimowolnie, co takiego właśnie miało miejsce obok, aż wreszcie poznał odgłosy wydawane przez jedno z ciał.
Znał ten oddech i sposób bicia serca, nawet jeśli teraz łomotało w piersi jak szalone. A gdy usłyszał krzyk, był już pewny.
– Nie będziesz. Go. Kurwa. Bić!
Xahen. To musiał być on.
– Sam podniósł na mnie rękę! – Vaadar oddychał ciężko. Potyczka z bratem nie przychodziła mu już tak łatwo, jak znęcanie się nad księciem. – Dobrze wiesz, że mogłem go ukarać!
Xahen zamarł. Trevedic wręcz poczuł na sobie jego palące, rozzłoszczone spojrzenie, po czym usłyszał kolejny ruch, tym razem już spokojniejszy. Mężczyźni odsunęli się od siebie, napięta atmosfera między nimi jasno wskazywała, że najchętniej znów rzuciliby się w wir walki, byle tylko dać nauczkę temu drugiemu.
– On jest mój – powiedział Xahen, jakby to miało wszystko rozwiązać. – Tylko ja mogę go karać.
Vaadar zaśmiał się wrednie. Trevedic szczerze nienawidził tego dźwięku.
– Dobrze wiesz, że mogłem go nawet zabić – prychnął, otrzepując ubranie z trawy i piachu. – Pilnuj swojego zwierzaczka, bo nie wiesz kiedy, a jeszcze go stracisz – dodał niemalże z obietnicą, po czym, jakby nigdy nic, odszedł.
Na polanie zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosem szumiących na wietrze liści i krakania przelatujących nad nimi kruków. Minęła chwila, nim Xahen odwrócił się w jego stronę, pokonał dzielącą ich odległość, a następnie kucnął tuż obok.
– Wszystko w porządku?
Trevedic kiwnął głową, choć dobrze wiedział, że tak nie było. Pomijając już kwestie bolących go części ciała, miał do siebie żal o to, że nic nie zrobił. A powinien. Powinien wbić mu to pieprzone ostrze aż po sam trzpień i nasłuchiwać ostatnich odgłosów wydawanych przez jego ciało.
Nagle poczuł na swoich ramionach mocny uścisk dłoni i już po chwili został siłą podciągnięty do siadu. Momentalnie zakręciło mu się w głowie. Zamknął oczy, syknąwszy ze zdezorientowaniem.
– Kurwa, to nie wygląda dobrze – mruknął Xahen, przyglądając się jego twarzy. – Nie obędzie się bez siniaków i obrzęku – ocenił, dotykając najpierw jego policzków, na co Trevedic zareagował bolesnym syknięciem, a dopiero później przeniósł palce na nos. – Nie wygląda mi na złamany. Możesz poruszyć szczęką?
– Tak – szepnął.
– Zęby całe?
– Tak.
Xahen odetchnął, by zaraz opaść pośladkami na trawę tuż przed księciem. Siedzieli chwilę w milczeniu, aż wreszcie wojownik znów się odezwał:
– Nigdy tego nie rób, rozumiesz? Mówiłem ci przecież, jak atak na jednego z nas może się dla ciebie skończyć.
Trevedic nie odpowiedział. Nie miał na to sił, za bardzo bolał go brzuch, więc nie silił się na tłumaczenie swoich pobudek. Z drugiej jednak strony nie chciał przyznać się przed Xahenem, jak bardzo był żałosny.
– Naprawdę mógł cię zabić – dodał jeszcze, jakby chcąc go w jakiś sposób zaszokować.
Trevedic wzruszył ramionami.
– Ale nie zabił.
– Tylko dlatego, że byłem w pobliżu – warknął, po czym szybko poderwał się na nogi. – Wracamy do domu. W obecnym stanie długo jeszcze sobie nie poćwiczysz – prychnął, po czym pochylił się i znów złapał Trevedica, aby pomóc mu wstać. – Dasz radę iść?
Książę kiwnął głową, tłumiąc w sobie bolesny jęk, kiedy wyprostował się, a od jego brzucha i obitych żeber rozeszła się nagła, prawie że paraliżująca fala bólu. Zniósł ją jednak dzielnie, stawiając za Xahenem drżące kroki.
– Zabiję go kiedyś. – Słowa opuściły jego usta, zaskakując tym faktem nawet samego Trevedica. Nigdy nie spodziewał się, że nadejdzie moment, kiedy będzie pragnął cudzej śmierci. A jednak, nadszedł. Z ogromną chęcią zabiłby wszystkich, którzy przyczynili się do zabójstwa Mireny.
Xahen zamarł, odwracając się w jego stronę. Trevedic zadrżał, kiedy zrozumiał, że za to również może go czekać kara.
A jednak żaden cios nie nadchodził.
– Nie myśl, że ci w tym pomogę – powiedział powoli wojownik, a książę poczuł mocne ukłucie bólu, tym razem nie mającego już swojego źródła w ciele. Oczywiście, że tak to musi się skończyć. Xahen może i nie przepadał za bratem, ale to wciąż była jego rodzina. Mogli się nie lubić, ale nie musieli przecież pragnąć swojej śmierci. – Ale też nie będę przeszkadzać. – Trevedic zamrugał. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. – Jeśli więc masz taki cel, rób wszystko, aby go osiągnąć. Pamiętaj jednak o sobie, co to da, że machniesz mu kilka razy nożem pod nosem, a później skończysz z flakami na wierzchu? Bądź skuteczny w swoich działaniach. I pamiętaj o swoim bezpieczeństwie – dodał, kręcąc z politowaniem głową, jakby właśnie pouczał dziecko, a nie dorosłego faceta. – A teraz chodź. Ilima cię opatrzy.
Trevedic nie oponował. Ruszył krok za nim, zdezorientowany.
Nie wiedział już, co ma myśleć o Xahenie. Bo kim tak naprawdę był dla niego? Wrogiem czy przyjacielem?
Ogarnęło go nieodparte poczucie, że granice między jednym, a drugim, zaczynały się powoli zacierać.

piątek, 15 maja 2020

Część 17. (Mrok)

Dziękuję za komentarze.
Nie mogłam się zebrać do NGK, więc jest Mrok ;)

***

W ostatniej chwili odchylił się, kiedy drewniany nóż przemknął pod jego nosem, jednak wciąż nie miał jeszcze na tyle podzielnej uwagi, aby zwrócić dostrzec to, co dzieje się z drugiej strony. Poczuł mocne uderzenie w rękę, a rękojeść broni wymsknęła mu się z palców i z łoskotem opadła na trawę. Zdążył tylko odskoczyć, umykając nadchodzącej pięści, ale nie wiedział, że za nim znajduje się kamień wielkości ludzkiej głowy. Potknął się, lądując na pośladkach, które ostatnio nie miały najłatwiejszego życia, był już cały obolały, a na plecach i udach miał już same siniaki od upadków. Nie narzekał jednak. Paradoksalnie, wreszcie czuł, że żył.
– Trzymaj nóż pewniej – pouczył go Xahen, podchodząc do niego i wyciągając rękę, aby pomóc mu wstać. Trevedic poczuł lekkie smagnięcie wiatru, dzięki czemu zrozumiał, jaki zamiar miał mężczyzna. Złapał za dłoń i dźwignął się na drżące z wysiłku nogi. Odkąd zaczęli ćwiczyć, był o wiele bardziej wyczulony na wszelkie drobne znaki; skupiał się zarówno na otaczających go odgłosach, ale również na pędzie powietrza oraz zwyczajnej intuicji, której, jak się okazało, mógł zaufać.
– Skupiłem się na twojej lewej stronie – szepnął, otrzepując się z ziemi.
– A to błąd. Pamiętaj, że w prawdziwej walce wszystko jest dozwolone – powiedział, zerkając na jego lekko zaczerwienioną, zroszoną potem twarz, do której lepiły się jasne kosmyki. Ostatnio Trevedic chodził z włosami związanymi w warkocz. Niczym kobieta, cisnęło na usta, jednak Xahen musiał przyznać, że mu to pasowało i bynajmniej nie odejmowało męskości. Książę, choć urodziwy, miał męskie rysy twarzy, wyraźnie zarysowaną szczękę, mocne brwi i ostry kąt brody, którą teraz nawet pokrywał lekki zarost. Wciąż zbyt słaby, by Ta'nehowie mogliby go uznać za godnego mężczyzny, jednak mając na uwadze, że Ta'nehowie mało co uznawali za „godne” mężczyzny, Trevedic nie miał się czym przejmować.
– Jeszcze raz – poprosił, przyjmując pozycję gotową do odparcia ataku. Xahen uśmiechnął się lekko, nie mogąc zaoponować.
Od kilku dni ćwiczyli codziennie, każdego dnia stawali na tej polanie, mierząc się ze sobą i każdego dnia Trevedic czuł się coraz pewniej. Oczywiście daleko mu jeszcze było do umiejętności Xahena, w końcu po pierwsze – był ślepy, a więc miał do przepracowania zupełnie inne aspekty. Po drugie – młodszy książę nigdy nie lubił się z wysiłkiem fizycznym, a więc i jego kondycja miała sobie sporo do zarzucenia. Nie mógł jednak ukryć, że nie lubił się męczyć, nie lubił uczucia oblepienia potem (chociaż w niewoli u Ta'nehów zaczynał się powoli przyzwyczajać do nienadużywania kąpieli) oraz nie znosił wręcz obolałych po treningach mięśni. Teraz jednak ten właśnie ból przypominał mu, że jeszcze żył. A póki dychał, gra wciąż się toczyła.
Musiał przyznać, że czekał na te momenty, kiedy staną naprzeciwko siebie na polu i znów się zmierzą. Xahen znów będzie go instruować, dzięki czemu nauczy się czegoś nowego... to oczywiście przychodziło znacznie wolniej, niżby Trevedic tego chciał, a jednak nie stał w miejscu. Ze świadomością, że potrafi się sam obronić, znacznie łatwiej przesypiało mu się noce.
Oczywiście śmierć Mireny wracała do niego każdego wieczora. Zdarzało mu się nawet słyszeć głos siostry przebijający się przez nocną ciszę, ale przynajmniej nie miał już wiele czasu na rozmyślanie i roztrząsanie tematu. Gdy Xahen miał coś ważniejszego do zrobienia, a Trevedic zostawał sam, zazwyczaj pytał Ilimię, czy jej w czymś nie pomóc i choć mieli spore problemy z komunikacją, dziewczyna zawsze mu coś znajdywała. Czy to ugniatanie ciasta na chleb, czy też robienie prania w wyjątkowo zimnej wodzie. W gospodarstwie było naprawdę wiele obowiązków, a Trevedic nie wszystkie je rozumiał, jednak najprostsze prace potrafił wykonać. Zapewne nie tak dobrze, jak radziła sobie z tym Ilima, mimo to cieszył się, że chociaż w tak małym stopniu mógł pomóc i skrócić oczekiwanie do kolejnego treningu. A gdy te nadchodziły, zazwyczaj ciągnęły się albo do południa, gdy zaczynali już od samego rana, albo do nocy, w przypadku kiedy wychodzili jeszcze przed zachodem słońca.
Zmiana, jaka nastąpiła w młodym księciu była łatwo zauważalna. Xahen miał świadomość, że dał swojemu – teoretycznie – wrogowi chęć do dalszej walki oraz nadzieję, że kiedyś nabyte umiejętności mu się przydadzą. I zapewne wykorzysta je przeciwko niemu albo przeciwko któremuś z jego pobratymców. A jednak nie mógł odmówić Trevedicowi chwil spędzonych na polanie, bo wiedział, że wtedy już nic mu nie pozostanie. Ani nadzieja, ani chęci, by cokolwiek zrobić, nawet dalej żyć, bo w przypadku maga to również mogłoby okazać się ciężkie do wykrzesania.
Stali naprzeciwko siebie, aż Xahen wreszcie postanowił zaatakować. Poruszał się ciężko, wciąż nie tak, jak robiłby to w prawdziwej walce. Wiedział jednak, że minie jeszcze trochę czasu, nim Trevedic nauczy się dobrze rozpoznawać pozycje przeciwnika i przewidywać jego zamiary. To były rzeczy, których nie dałoby się ogarnąć w kilka – czy nawet kilkanaście dni. Możliwe więc, że ułatwiał mu trochę zadanie albo po prostu chciał pokazać, na jakie dźwięki powinien zwracać uwagę.
Dopadł do Trevedica, a ten sparował cios drewnianego noża. Xahen więc nie myśląc wiele, zamachnął się i już miał wbić pięść w brzuch maga, gdy ten cofnął się, jakby przewidując atak.
– Brawo – pochwalił, odskakując przed kontrą księcia. – Słuchaj dźwięków, one wiele mówią. Twoim atutem jest słuch, nie zapominaj o tym.
Książę kiwnął głową, z trudem już łapiąc powietrze. Mimo zmęczenia, nie chciał jeszcze kończyć. Nie teraz, kiedy powoli zaczynał rozumieć, na czym to polega. I może mu się tylko wydawało, ale miał wrażenie, że wszystkie odgłosy dobiegały do niego ze zdwojoną mocą. Bywały momenty, kiedy niemalże słyszał bicie serca Xahena, później jednak karcił się, dochodząc do wniosku, że to niemożliwe.
Nie myśląc wiele, znów wyskoczył w stronę Ta'neha z zamiarem realnego ataku na niego, choć doskonale wiedział, że zrobienie mężczyźnie krzywdy nie było takie proste. Zresztą... chyba nawet nie chciał go krzywdzić, co nie przeszkadzało, aby każdy z jego ciosów był śmiertelnie poważny. Wciąż jednak za mało poważny, jak się zawsze okazywało, bo Xahen wszystko parował z łatwością, zupełnie, jakby walczył z dzieckiem. Tak też i było tym razem. Złapał Trevedica za ramię i w kilku szybkich ruchach wybił z ręki jego broń, żeby następnie powalić go na ziemię i przygnieść do niej własnym ciężarem ciała.
– Zbyt pochopnie – skarcił go Xahen, patrząc na twarz Trevedica z bliska. Ich nosy niemalże się ze sobą stykały, czuł gorący, ciężki oddech księcia na swoich ustach i jego poruszającą się szybko klatkę piersiową tuż przy swojej własnej. – Nim zaatakujesz, przemyśl dobrze jak chcesz to zrobić. Oceń swoje szanse – mówił, a jednak jego wzrok błądził wzdłuż prostego, zadartego nosa, zsunął się na wyraźnie zarysowany łuk kupidyna i szerokie, ładnie wykrojone, choć wąskie usta, które teraz uchylały się zapraszająco, łapiąc powietrze. Czuł bijące od chłopaka gorąco i jego zapach będący mieszaniną potu oraz czegoś, czego nie doświadczył jeszcze u nikogo. Przyjemna, piżmowa nuta zabarwiona lekko słodkawą wonią, którą ciężko było mu bliżej określić, z pewnością należała tylko do Trevedica.
– Wiem, nie pomyślałem – odparł mag, wciąż leżąc pod nim tak, jak upadł. Xahen śledził, jak jego wargi układają się przy wypowiadaniu każdego ze słów. Nie od razu zrozumiał ich znaczenie, walcząc z chęcią pochylenia się i posmakowania ich.
Już widział, jak to robi. Jak przyciska zmęczonego, rozgrzanego Trevedica do ziemi. Jak wsuwa wygłodniałe dotyku dłonie pod jego ubranie i przesuwa nimi po mokrej, gorącej skórze, połykając w pocałunku każde najmniejsze westchnienie młodzieńca. Niemalże czuł na palcach strukturę jego skóry, a kiedy w wyobraźni wsunął rękę we włosy księcia i pociągnął za nie mocno, prawie słyszał zaskoczony jęk księcia.
– Zejdziesz?
Do rzeczywistości przywróciło go zdezorientowane, może nieco przestraszone pytanie Trevedica. Xahen spojrzał na maga już trzeźwiejszym wzrokiem, dostrzegając czający się w jego niewidzących oczach niepokój. Nagle niczym obuchem przez głowę, zrozumiał, że nic takiego nie powinno ich łączyć. Oczywiście, Trevedic był jego niewolnikiem i na miejscu Xahena każdy inny potraktowałby go w sposób, w jaki by mu się tylko podobał... A jednak Xahen czuł opór. Nigdy nikogo nie brał siłą, nawet gdy plądrowali zachodnie miasta, brzydziło go postępowanie pobratymców, którzy nie odmawiali sobie uciech z tamtejszymi kobietami. Sama myśl, że miałby to na kimś wymuszać, budziła w nim niechęć.
Czym prędzej więc się podniósł, po czym odwrócił się w stronę leżącego nieopodal noża, zażenowany reakcją własnego ciała. Mógł tylko cieszyć się, że Trevedic nie był w stanie dojrzeć wybrzuszenia w jego spodniach. Doszedł do wniosku, że zbyt długo uprawiał już celibat, właśnie dlatego tak zareagował na bliskość Trevedica. Musi czym prędzej coś z tym zrobić, w końcu był tylko młodym mężczyzną, nic dziwnego, że miał swoje potrzeby.
– Dziś spędzisz noc u Yamni'ila – powiedział, gdy już się wyprostował.
Trevedic uniósł zdziwiony brwi, również podnosząc się z ziemi.
– Co? Dlaczego?
– Mam... kilka spraw do załatwienia – zbył go, nie chcąc, aby chłopak był tuż obok, gdy on sobie przyprowadzi kogoś do towarzystwa. Wolał tego jednak głębiej nie roztrząsać, w końcu nawet Ilima mu nie przeszkadzała, gdy znajdował się w podobnych sytuacjach. Sprawy cielesne w ogóle go nie krępowały, zdarzyło mu się już być z kobietą, podczas gdy na drugim końcu izby Yamni załatwiał swoje potrzeby z inną panną.
A jednak – w tym przypadku obecność Trevedica wydawała mu się niezwykle irytująca. I kompletnie niepotrzebna.

Tak jak zapowiedział, tak też się stało – jeszcze nim zaczęło zmierzchać, Trevedic został wysłany do domostwa Yamniego. Przyjaciel Xahena nie wydawał się jednak niezadowolony z powodu niezapowiedzianego towarzystwa, wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej znał powody kolegi, więc nawet nie oponował.
– Wreszcie będę miał z kim pograć w tablut – powiedział z zadowoleniem, kiedy Trevedic zajął miejsce na długiej ławie tuż przed dogasającym paleniskiem.
Książę nie odpowiedział. Czuł się zdezorientowany tą nagłą zmianą miejsca swojego noclegu, w końcu Xahen nawet gdy miał do załatwienia jakieś swoje – zapewne bardzo ważne, bo niczego więcej Trevedic o nich nie wiedział – sprawy, nie wyrzucał go. Wręcz przeciwnie, sam wtedy wracał późną nocą lub też i nad samym ranem. Nie przejmował się nawet krzątaniem po izbie, w której akurat spał Trevedic. Nie raz już go przecież budził swoimi późnymi powrotami, dlaczego więc teraz postanowił go przenieść?
– Możemy – odpowiedział, nasłuchując odgłosów domostwa. Nie byli sami, dookoła krzątała się jakaś kobieta, której brzmienie głosu wskazywało na podeszły wiek oraz chłopak, dość młody, ale chyba niezbyt lotny, biorąc pod uwagę narzekania kobiety. Przysłuchiwał się chwilę ich rozmowom, zastanawiając się, kim dla siebie byli. Pierwsze co mu przyszło do głowy, to pokrewieństwo z Yamnim.
Matka i jego brat?
– Nali, przynieś nam po bańce z winem... Chyba, że wolisz miód pitny? – zapytał wojownik, kierując swoje spojrzenie na Trevedica, który wciąż siedział z twarzą zwróconą ku palenisku.
– Może być wino – odparł bez większego zastanowienia, wzruszając ramionami. Był tak zdezorientowany sytuacją, że napiłby się teraz chyba wszystkiego... zresztą, może właśnie potrzebował czegoś na odstresowanie się?
– Nali, słyszałeś? Boże, ty durny chłopaku, wino jest w alkierzu! – pomieszczenie wypełnił donośny głos kobiety, w momencie, w którym wspomniany Nali ruszył w zupełnie odwrotną stronę. – Zero pożytku z tego dzieciaka!
– To twoje dziecko, Gera, nie zapominaj – pouczył ją Yamni, chichocząc z rozbawieniem, a wtedy Trevedic zwrócił w jego stronę swoją twarz, na której malował się grymas zastanowienia, bo nie wydawało mu się, aby Ta'neh właśnie tak odzywał się do swojej matki.
Postanowił jednak zapytać wprost. Dość miał już snucia własnych teorii, w szczególności, że Yamni różnił się od swoich pobratymców. Trevedic mógłby nawet zaryzykować stwierdzeniem, że dobrze czuł się w towarzystwie tego mężczyzny.
– To twoja mama?
– Gera? – zapytał i nagle parsknął śmiechem. – Gera, chciałabyś mieć takiego syna jak ja? – zwrócił się do kobiety, która siedziała przed krosnem, tkając jakiś pled, czego oczywiście Trevedic nie mógł zobaczyć. Słyszał za to rytmiczne uderzenia drewnianego urządzenia, wypełniające całą izbę główną.
– Dałabym się za to pokroić – odparła smętnie. – Nali już od urodzenia przygłupi mi się wydawał – zamamrotała, nie przerywając swojej pracy. – Opiekowałam się Yamnim, gdy był mały. I nie tylko Yamnim, bo kiedy matka Xahena zmarła, też trafił pod moją opiekę – tu wyraźnie zwróciła się do Trevedica. – Boże, co to za dwa bandziory były. Nie wiem, który gorszy! A okładali się, że aż huczało! Ale przynajmniej rozgarnięte chłopaki były, głową umiały ruszać. Nie to co ten mój! – poskarżyła się po raz kolejny, a Trevedic parsknął z rozbawieniem, już sobie wyobrażając małego Xahena i Yamni'ila, kłócącego się dosłownie o wszystko. Tak, to im nawet pasowało, nie wyobrażał sobie, że jako dzieci mogliby być grzeczni i usłuchani.
– Oj bez przesady, Gera, już tak na nas nie psiocz – prychnął Yamni, wstając i oglądając się jeszcze na Trevedica. – To przynieść tablut?
Książę kiwnął z wolna głową, w końcu jak inaczej mógłby spędzić ten wieczór? Gdyby znajdował się u Xahena, pewnie bezczynnie siedziałby z psami, może więc lepiej, że trafił tutaj? Nie pogardzi rozrywką, był jej wręcz złakniony, a gra całkiem przypadła mu do gustu.
Nie czekał długo, Nali (który prawdopodobnie był po prostu upośledzony, wywnioskował Trevedic przysłuchując się jego chaotycznej, niewyraźnej mowie) już przyniósł im wina, a Yamni rozłożył planszę wraz z pionami. Rozpoczęli grę, popijając przy tym wina, a gdy byli już przy trzeciej rozgrywce, Gera wraz ze swoim synem postanowili położyć się spać.
– Kuźwa, kto by pomyślał, że zaczniesz mnie ogrywać – parsknął z rozbawieniem Yamni po swojej drugiej przegranej. Trevedic wzruszył ramionami, ale również uśmiechnął się lekko, wyraźnie rozluźniony dzięki wypitemu trunkowi. Miał wrażenie, że przy Yamni'ilu mógł sobie pozwolić na swobodę, nawet jeśli mężczyzna też był Ta'nehem, a więc jego wrogiem. Nigdy nie poczuł się jednak w jego towarzystwie zagrożony, a sam wojownik traktował go jak kogoś równego sobie, zupełnie odwrotnie do reszty barbarzyńców.
– Lubię strategie – powiedział Trevedic, znów sięgając do swojego kielicha. – Z grami tego typu jest jak z życiem – szepnął, wyciągając rękę, aby przypomnieć sobie, jak aktualnie wyglądała sytuacja na planszy. – Wykonując jeden ruch trzeba umieć przewidzieć jeszcze kilka kolejnych – mówił i przesunął wreszcie jeden z pionków do samego brzegu pola, blokując tym samym możliwość ruchu Yamniego.
– Szlag – przeklął i pokręcił głową. – Przegrywam ze ślepcem – powiedział, jakby wciąż nie mógł się temu nadziwić. – Jesteś w tym dużo lepszy od Xahena. Xahen woli działanie, a nie żmudne analizy.
– Xahen w ogóle jest bardzo impulsywny – mruknął pod nosem książę, dudniąc palcami w blat stołu i czekając na ruch przeciwnika.
– Od zawsze – sapnął Yamni, głowiąc się, co powinien w obecnej sytuacji zrobić. Każdy jego ruch wydawał się oznaczać klęskę i łatwą wygraną Trevedica.
– Co takiego musiał dzisiaj ważnego załatwić? – zagadnął książę, mając wreszcie więcej odwagi, aby zapytać. Dotychczas udawał, że wcale go to nie obchodziło, jednak nie mógł dłużej zaprzeczać sobie i spychać palącego uczucia ciekawości na dno umysłu. Teraz, gdy alkohol płynął już w jego żyłach, nie potrafił już trzymać języka za zębami.
Yamni wreszcie poddał się i przesunął pionek, doskonale wiedząc, że wysyła swojego wojownika na pewną śmierć.
– Pion na prawym dolnym polu. Tym skrajnym – wytłumaczył, po czym sam sięgnął po wino. – Nie domyślasz się? – parsknął, gdy już przełknął.
– Coś z ojcem? Jakaś narada? – W każdym innym wypadku taka myśl by go przeraziła, teraz wiedział jednak, że nie mieli mu już co odebrać. Został sam, nie licząc kilku elmarniańskich jeńców, mimo to ich śmierć nie zabolałaby go już tak, jak śmierć siostry. A Albert z kolei pewnie był już daleko stąd – przynajmniej taką żywił nadzieję. Innych myśli nawet nie dopuszczał do siebie. Mógłby nie udźwignąć ich ciężaru, bo doskonale wiedział, że od załamania nerwowego dzieliła go cienka linia.
Yamni wpatrzył się w niego, żeby zaraz zaśmiać się głośno.
– Och i to jaka burzliwa! Ale nie z ojcem – zarechotał.
Trevedic zmarszczył brwi. Nie zrozumiał go.
– A z kim? Z bratem? – Pamiętał przecież, że rodzeństwo nie pałało do siebie sympatią, może to dlatego został wyproszony z domostwa? Bo Xahen bał się, że rozpęta się jatka i nie chciał go narażać?
Śmiech Yamniego wypełnił całe pomieszczenie, wprowadzając Trevedica w jeszcze większą dezorientację.
– Naprawdę nie wiesz, dlaczego dorosły facet wyprasza cię z domu na noc? Jakie może mieć intencje, hm, Trev? – podpytał Yamni, zdrabniając imię księcia na swój własny sposób.
– A skąd ja... – I nagle zrozumiał. Odpowiedź zadźwięczała mu w uszach, na co on spłonął rumieńcem aż po sam czubek swojego jednego szpiczastego ucha, a drugiego uciętego. – Och – wydukał, co wywołało kolejną salwę śmiechu u jego kompana do gry.
– Dokładnie, och! – Yamni najwidoczniej doskonale się bawił, obserwując zawstydzenie księcia. – Ale nie powiem, zdziwiło mnie, że przyprowadził cię do mnie. Xahen raczej nie przejmuje się takimi sprawami, gdy obraca panienki.
Trevedic spuścił głowę, powstrzymując się przed naturalnym odruchem zakrycia uszu. W jego otoczeniu nie mówiło się o takich rzeczach na głos, owszem, miał lekcje biologi, wiedział, w jaki sposób ludzie się rozmnażają, jednak rozmawianie o tym było uznawane za olbrzymi brak kultury.
– I bardzo dobrze – wydukał. Nawet nie chciał myśleć, że mógłby teraz siedzieć w głównej izbie przy akompaniamencie różnych zwierzęcych odgłosów. Chyba zapadłby się pod ziemię!
– Więc doceń, bo Ilima nie ma tak dobrze – ciągnął dalej i jeśli wcześniej twarz Trevedica była zaczerwieniona, to teraz już niemalże płonęła żywym ogniem.
– Przestań! Zmieńmy temat – wybąkał.
– Nie gadaj, że taki cnotliwy jesteś!
– Miłość się uprawia, a nie o niej mówi – szepnął cicho, na co Yamni znów zarechotał. Jeszcze trochę i Trevedic zmieni o nim zdanie, bo teraz ewidentnie się nad nim znęcał.
– „Miłość” – powtórzył, klepiąc się w udo z rozbawienia. – Oni się chędożą, a nie uprawiają miłość!
Na sam dźwięk tego słowa Trevedic miał ochotę wykopać sobie własnoręcznie dół i się w nim schować. Nie wiedział już, czy przypadkiem nie lepiej byłoby rzeczywiście siedzieć w domu i nasłuchiwać odgłosów, niż wulgarnych komentarzy Yamniego. Zaraz jednak jak sobie to wyobraził, poczuł o dziwo nie wstyd, a złość.
Dotarło do niego, że w momencie, gdy on pije z Yamni'ilem wino i rozgrywa kolejną partię tabluta, Xahen jest z jakąś kobietą (może mu bliską, może nie) w łóżku. Przełknął ślinę, nie rozumiejąc skąd bierze się w nim to uczucie, ale miał ochotę wstać i wrócić do chaty, a później...
No właśnie. A później co?
Wszedłby do izby sypialnianej i wygonił kobietę? Przerwałby im w połowie i co wtedy? Ale najważniejsze – dlaczego w ogóle miałby im przerywać?
– Kim ona jest? – słowa same opuściły jego usta, a on niemalże nie rozpoznał własnego głosu.
Yamni'il przełknął wino, odstawiając pusty kielich, tylko po to, aby zaraz znów napełnić go trunkiem.
– Nie wiem. Może Del'hija, a może córka cieśli albo jeszcze jakaś inna dziewka po uszy zakochana w Xahenie. Takich tu nie brakuje, wiele chciałoby spędzić u jego boku noc – odparł, a Trevedic poczuł jeszcze mocniejsze ukłucie złości, choć początkowo nie chciał nawet tego przed sobą przyznać. Przecież nie był zazdrosny, po prostu sama myśl, że kobiety mogły tak się nie szanować, irytowała go.
Tyle i nic więcej!
A może jednak? Chyba był zbyt pijany, nie miał już sił na okłamywanie samego siebie. Wizja Xahena z jakąś kobietą niezmiernie go irytowała, a on nie chciał doszukiwać się powodów tego uczucia, bo jego umysł nie pracował już tak jak powinien.
– Czemu więc tak rzadko z nimi sypia?
– Sam zadaję mu to pytanie! – parsknął Yamni i pokręcił głową. – Ma tyle pięknych kobiet dookoła siebie, a nie korzysta! – obruszył się, w ogóle nie wyobrażając sobie sytuacji, w której byłby na miejscu przyjaciela i tak odrzucałby zaloty panien.
Trevedic wydął wargi w wyrazie niezadowolenia, po czym sięgnął po swoje wino. Był już pijany, ale wciąż miał ochotę na dalsze picie, nawet się już nie zastanawiał, jak ono się skończy. Wciąż pamiętał jeden z bali, wydany na cześć Mireny, która kończyła wtedy szesnaście lat. Nie miał on zbyt dobrego dla niego finału, wraz z Albertem i dalekim kuzynem, który wtedy ich odwiedził, postanowili podkraść z kuchni alkohol. Zaszyli się w ogrodzie, przepijając pół nocy, żeby następnego dnia zostać ukaranym przez wszystkie bóstwa tego świata okropnym bólem głowy wraz z mdłościami.
Uśmiechnął się lekko na to wspomnienie.
– Dawno już nie piłem – przyznał, całkowicie zapominając o rozegranej grze. Zresztą, coś mu podpowiadało, że w obecnym stanie z pewnością już nie uda mu się przechytrzyć w niej Yamniego, nawet, jeśli sytuacja na planszy wydawała się z góry wygrana.
– Zupełnie przeciwnie do mnie – odparł, śmiejąc się cicho.
– Zauważyłem, że nie stronicie od napitki – wytknął.
– Och, oczywiście, że... – Do ich uszu dobiegło skrzypnięcie drzwi zewnętrznych. Momentalnie odwrócili się zaskoczeni w stronę wejścia do domostwa, a kiedy Yamni dostrzegł w progu swojego przyjaciela, uniósł wysoko brwi, uchylając ze zdziwieniem usta. – No ciebie to się nie spodziewałem. Nie gadaj, że ją spławiłeś!
Xahen prychnął, odrzucając derkę, którą był okryty, na długą ławę znajdującą się tuż obok drzwi.
– A dlaczego nie? – zapytał mężczyzna, patrząc na nich z odległości kilku kroków. Od razu rzuciły mu się w oczy niebezpiecznie zaczerwienione policzki Yamniego i Trevedica, wnioskował również, że stojąca tuż obok bańka z winem była ściśle powiązana z ich aktualnym stanem. A ten, cóż, do najtrzeźwiejszych nie należał.
– Jak zawsze – zamarudził Yamni. Trevedic nic nie mówiąc, znów wziął spory łyk zbyt kwaśnego i cierpkiego, jak na jego gust, trunku. Nie odezwał się ani słowem, walcząc z przedziwnym uczuciem, które go dopadło w chwili pojawienia się Xahena. Ogarnęło go coś na kształt ulgi, a jednocześnie zadowolenia, że mężczyzna nie spędzał więcej czasu z jakąś kobietą, tylko postanowił przyjść do nich. – To zdradź chociaż, kim była ta szczęściara, hm? – Poruszył wymownie brwiami. – Del'hja, czy córka cieśli... jak jej tam było – bąknął, próbując wyciągnąć z głębi umysłu imię dziewczyny, ale Xahen zaraz mu to ułatwił:
– Am'hna, kowalowa – powiedział i spokojnym, odprężonym krokiem ruszył w stronę stołu, na którym znajdowała się rozłożona plansza wraz z pionkami. – Gracie w tablut? – zapytał zaskoczony.
– Am'hna! – podłapał Yamni, parsknąwszy śmiechem. – Ta Am'hna? Toć z nią porozmawiać nie idzie, bo już płonie rumieńcem i się jąka! Nie wierzę, że wskoczyła ci do łoża!
Trevedic milczał, ale przysłuchiwał się wszystkiemu z uwagą... cóż, przynajmniej się starał, bo w jego obecnym stanie naprawdę ciężko było ją z siebie wykrzesać. Nic jednak nie mówił, tłumiąc powoli rosnącą w sobie gorycz, którą jeszcze próbował zrzucić na zniesmaczenie luźnymi obyczajami Ta'nehów.
– Chodziła za mną odkąd wróciliśmy z polowania – oznajmił rzeczowo, jak zwykle nie wdając się w żadne większe dyskusje. W zamian usiadł na ławie, tuż obok księcia, analizując przez chwilę położenie pionków na planszy. – Nie mów, że czarne są Trevedica.
– Niestety – przyznał Yamni. – Wina?
– Podziękuję. Przyszedłem tylko po moje zwierzątko.
Trevedic na tę uwagę obruszył się, a jego umysł nagle doznał przebłysku trzeźwości.
– To je bierz i daj nam dokończyć – prychnął, ani myśląc dać się tak nazywać.
Yamni z rozbawieniem patrzył to na jednego, to na drugiego, nie kryjąc swojej wesołości. Nie odezwał się jednak ani słowem, czekając na rozwój sytuacji.
– Widzę tu tylko jedno, siedzi obok mnie – odparował Xahen.
– W takim razie chyba nie ja mam tu problemy ze wzrokiem. – O ile to tylko możliwe, Trevedic z chwili na chwilę robił się coraz bardziej czerwony na twarzy ze złości. Jak on śmiał się w ogóle tak do niego odzywać?! Ale, ku jego niezadowoleniu, najwidoczniej nie tylko Yamni się teraz dobrze bawił, Xahen również wydawał się być rozbawiony. – Zresztą, nie zamierzam dzisiaj wracać – prychnął wyniośle, aż zadzierając dumnie brodę i prostując się. – Bogowie jedni wiedzą, co wyście tam robili. Przewietrz pomieszczenie, to może jutro wrócę, a dziś skorzystam z gościnności Yamniego.
– Łaskawca – skomentował Xahen z lekkim, rozbawionym uśmiechem, podczas gdy Yamni już się prawie dławił ze śmiechu. Dawno już nie widział, aby ktoś z taką pewnością zadzierał z Xahenem, a już na pewno nie wydawał mu rozkazy, będąc tylko jeńcem. – Mam jeszcze podziękować?
– Nie oczekuję tego – odparł Trevedic, zupełnie, jakby wziął jego słowa na poważnie.
– Spokojnie, nie robiliśmy tego na twoim sienniku – ciągnął dalej syn wodza, nie mogąc odpuścić sobie okazji do podrażnienia się z księciem. Z sadystycznym wręcz zadowoleniem obserwował, jak na twarzy maga pojawia się najpierw głębokie zszokowanie, a następnie tylko większe zawstydzenie. Jeszcze moment, a wydawałoby się, że Trevedic zacznie parować z gorąca. – Ograniczyliśmy się do mojego posłania... no i w pewnym momencie trafiło też trochę na podłogę, bo Am'hna...
– Cicho! – Trevedic aż odwrócił głowę w drugą stronę. – Nie chcę wiedzieć!
– Normalna rzecz – żachnął się Yamni, chętny do poznania szczegółów zbliżenia przyjaciela i córki kowala. – Opowiadaj! Ile razy? Jaka jest? Duże piersi ma? Wydają się całkiem krągłe.
– Ani się waż! – Trevedic momentalnie odwrócił się w stronę Xahena, przerażony, że ten zacznie zaraz z ogromną chęcią udzielać dokładnych odpowiedzi.
– Coś ty taki cnotliwy? – parsknął Yamni, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nigdy żeś baby nie miał?
Trevedic chrząknął.
Cóż. Zdarzyło mu się zalecać już do niejednej, jednak tylko w granicach przyzwoitości. Tego od niego oczekiwano jako od syna króla, w końcu kiedyś miał zostać mężem jednej z wysoko urodzonych panien. Skłamałby jednak, że bardzo go te zaloty obchodziły, podchodził do nich niczym do kolejnego zadania wyznaczonego przez ojca. Nic więcej nie czuł, w szczególności, że z połową tych dziewczyn nie miał nawet o czym porozmawiać.
Nie mógł się jednak do tego przyznać, doskonale wiedział, że to spotkałoby się z kolejną falą szykan.
– Oczywiście, że miałem – bąknął więc, mało przekonująco nawet jak na swój (pijacki) gust.
– Akurat! – Yamni nie odpuszczał. – Założę się, że nawet nikogo nie całowałeś.
Xahen uśmiechnął się, popatrując kątem oka na Trevedica. Widząc jego głębokie zakłopotanie, zrobiło mu się go trochę żal, więc spuścił nieco z tonu. Teraz jednak nie mógł się powstrzymać przed odpowiedzeniem na to pytanie.
– Całował.
Ciemne oczy Yamniego zwróciły się w jego stronę zaskoczone, tak samo jak i twarz Trevedica.
– Skąd wiesz?
Książę miał ochotę zapaść się pod ziemię. Albo naprawdę wykopać ten dół własnymi rękami, nawet tu i teraz, na środku izby.
– To ty mnie pocałowałeś! – Mimo zawstydzenia, nie miał zamiaru pozwolić Xahenowi opowiadać takich bredni. – Zmusiłeś mnie!
– Owszem. I prawie straciłem język. – Wzruszył ramionami.
– Nawet nie wiesz, jak teraz żałuję, że tak się nie stało – prychnął i z całej tej swojej frustracji, sięgnął po kielich, dopijając wino do końca. – Dolej! – polecił Yamniemu tonem nieznoszącym sprzeciwu. Ale Yamni nie zamierzał się sprzeciwiać, bo zaraz podniósł się i uzupełnił naczynie księcia.
– Chyba jednak ci już wystarczy... – zaczął Xahen, oczyma wyobraźni widząc, jak taszczy zwłoki Trevedica do swojej chaty. Z drugiej strony może to była najdogodniejsza opcja? Lepiej nieść nieprzytomnego, milczącego maga, niż ciągnąć go za sobą i wysłuchiwać jego biadolenia o niewywietrzonym, brudnym pomieszczeniu.
– Sam wiem, kiedy mi wystarczy – warknął urażony do cna Trevedic, po czym wziął kilka dużych łyków trunku.
– Skoro tak mówisz...

***

Trevedic nie był pijany.
On był urżnięty do tego stopnia, że nie uszedłby nawet jednego kroku o własnych siłach. Za to całkiem dobrze wychodziło mu mielenie językiem, ku niezadowoleniu Xahena. Całą drogę musiał słuchać jego jojczenia, na które w głównej mierze składały się narzekania wraz z pouczeniami. Wydawało się nawet, że Trevedic po alkoholu miał w sobie jeszcze więcej irytującej książęcości, niż na trzeźwo.
W końcu jednak udało im się dostać do chaty, a Xahen od razu skierował swoje kroki ku izbie sypialnianej, co – jak mógł się spodziewać – wywołało protest.
– N-nie – czknął – będę spał w tym pomieszczeniu! – Wojownik nie odpowiedział, tylko otworzył drzwi. – Ściągasz tu jakieś kobiety p-pod moją nieobecność i myślisz, że co? – bełkotał, kiedy Xahen w milczeniu usadził go na swoim sienniku, po czym zaczął powoli rozbierać. Ku jego zdziwieniu, Trevedic pozwolił mu na to bez grymasu sprzeciwu. – Nie je-stem – znów czknął – jakąś rzeczą, któ-rą możesz odd... – Zmarszczył brwi. Język mu się zaplątał przy tym słowie. – ...oddać – uśmiechnął się zwycięsko – kiedy ci się podoba – zakończył ledwie zrozumiale.
Xahen westchnął ciężko, patrząc na niego z bliska ze zrezygnowaniem. Gdyby wiedział, że tak to się skończy, faktycznie trzy razy by się zastanowił, zanim zaprosiłby kowalową do siebie.
– Ręce do góry – poprosił, nie komentując w żaden sposób słów Trevedica. A ten chyba tylko się rozkręcał, całe jednak szczęście grzecznie podniósł ręce, by Xahen mógł z niego ściągnąć wełniany sweter, jaki założył na lekką, lnianą tunikę.
– Nastę-pnym razem więc – czkawka wciąż go męczyła – nie ży-życzę sobie, abyś ta-k mnie traktował. Jak chce-sz coś zrobić, wyjdź-cie gdziekolwiek.
Xahen posłał mu pobłażliwe spojrzenie.
– Oczywiście, książę. Będę uciekał z mojego własnego domu, byleby cię tylko nie gorszyć – powiedział usłużnym tonem, który najwidoczniej przypasował Trevedicowi, bo uśmiechnął się z zadowoleniem. – A teraz wstań. Trzeba pozbyć się spodni.
Książę niemal od razu spróbował spełnić jego prośbę, jednak zaraz wylądował z powrotem na sienniku. Nie był w stanie ustać o własnych siłach chociażby przez moment. Xahen widząc to, sapnął tylko pod nosem, po czym machnął ręką i zaczął ściągać dolną część garderoby leżącemu na wznak Trevedicowi. Uznał, że tak szybciej się jej pozbędzie, niż miałby bezustannie próbować utrzymać maga w pionie. Rozpiął więc skórzany pas i po krótkiej serii przekleństw, głównie skierowanej w stronę pijanego księcia, udało mu się wreszcie wyswobodzić go ze spodni. Teraz leżał przed nim na wpół rozebrany, z rozsypanymi włosami, których kosmyki zdążyły uwolnić się z warkocza i kompletnie bezbronny. Xahen spojrzał na jego czerwoną od alkoholu twarz i przymknięte powieki.
Mógłby teraz zrobić mu wszystko. Trevedic zapewne nawet by jutro nie pamiętał, że w czymkolwiek uczestniczył. Ale Xahenowi taki ruch znów wydał się niesamowicie obrzydliwy, przecież książę nie mógłby teraz nawet zaprotestować.
Westchnął ciężko, po czym pochylił się nad młodzieńcem i jednym sprawnym ruchem ułożył go w odpowiedniej pozycji na łóżku, w końcu nie zamierzał spać z nim w poprzek siennika. Trevedic zaburczał coś pod nosem, ale wyglądało na to, że zapadł w pijacki sen, więc Xahen nakrył go jeszcze kocami, mimowolnie sięgając pamięcią do nocy, w której również pozwolił chłopcu spać ze sobą. I nie była to przyjemna noc, więc z dwojga złego wolał kompletnie urżniętego, ale nierozpaczającego Trevedica... choć podejrzewał, że to jedynie pozory.
Nie dało się w tak krótkim czasie przejść do codzienności po stracie ukochanej siostry, ale książę wyraźnie próbował nie pogrążać się w żałobie. Xahen nie raz już słyszał, jak ten przez sen nawołuje swoją siostrę, czy mówi coś w swoim języku, z wyrazem cierpienia malującym się na twarzy. Nigdy go jednak nie budził, może nie miał odwagi, a może wychodził z założenia, że mag by tego nie chciał.
Wyszedł na krótką chwilę z pomieszczenia, tylko po to, aby zaraz wrócić do niej z wiadrem i dzbanem pełnym wody pitnej. Podejrzewał, że poranek może nie należeć do najłatwiejszych dla Trevedica, więc chociaż tak chciał mu pomóc w zmierzeniu się z nim. Ustawił wszystko na podłodze po stronie, na której spał chłopak po czym zaczął się rozbierać.
Był senny, a spotkanie z córką cieśli z pewnością miało z tym wiele wspólnego. Xahen przespał się z nią tylko z uwagi na swoje potrzeby, czego zresztą nie ukrywał. Nigdy nie mamił dziewczyn obietnicami długiego wspólnego życia, zawsze informował je, czego oczekuje. A chciał tylko chwili zapomnienia i rozładowania kumulujących się emocji.
Już chciał ułożyć się obok Trevedica, gdy ten nagle przebudził się i stęknął coś pod nosem niezrozumiale.
– Coś się dzieje? – zapytał zaalarmowany Xahen, obserwując bacznie młodzieńca.
– Będę rzygał – powtórzył głośniej, na co wojownik zareagował niemalże natychmiastowo. Nie uśmiechało mu się sprzątać wymiocin z posłania czy podłogi, więc czym prędzej dopadł do księcia i odgarniając mu jeszcze włosy z twarzy, podstawił mu pod brodę wiadro.
Trevedicem wstrząsnęły torsje i już po chwili kubeł wypełnił się wodnistym, nieco spienionym płynem o różowawej barwie. Xahen spojrzał na to zrezygnowany, rozsiadając się za chłopakiem, aby łatwiej było mu go podtrzymać, w szczególności, że jedną ręką podsuwał mu pod usta przeklęte wiadro, a drugą trzymał zaciśniętą na jasnych puklach, aby te przypadkiem się gdzieś nie zaplątały. Wizja zmywania rzygowin z włosów wydała mu się niezwykle obrzydliwa, a przecież widział już naprawdę ohydne rzeczy w swoim życiu.
– Już? – zapytał, gdy wydawało się, że nic już więcej z Trevedica nie wyjdzie. Ten, ledwo przytomnie, pokiwał głową. Był blady i wyraźnie zmęczony, a dodatkowo ledwo kontaktujący.
Xahen odstawił więc kubeł na bok, po czym sięgnął jeszcze po szmatę leżącą nieopodal, aby wytrzeć buzię maga. Ten pozwolił mu na to bez najmniejszego sprzeciwu, opierając się plecami o tors mężczyzny.
– Chcesz pić? – zapytał, na co Trevedic pokiwał ledwo zauważalnie głową, a gdy Xahen przystawił mu do ust dzban, momentalnie wziął kilka dużych łyków. Aż odetchnął z ulgą. – Coś jeszcze?
– Spać – stęknął książę z zamkniętymi oczami.
Xahen westchnął ciężko, ale bez słowa ułożył Trevedica na poduszce, spoglądając jeszcze na jego zmęczoną twarz. Coś czuł, że ta noc będzie ciężka dla nich obu. I wiele się nie pomylił, bo torsje uderzyły w młodzieńca jeszcze trzykrotnie. Za każdym razem Xahen przebudzał się ze swojego lekkiego snu, pilnował, by przypadkiem elf nie zakrztusił się swoimi własnymi wymiocinami, wycierał go, poił i nakrywał kołdrą, tylko po to, aby obudzić się chwilę później i powtórzyć zabieg.
– Gorzej niż z dzieckiem – szepnął do siebie, gdy na zewnątrz zaczynało już świtać. Zanotował jeszcze w umyśle, aby dopilnować Trevedica i nie pozwolić mu nigdy więcej tyle pić, po czym zasnął, wykończony ekscesami minionej nocy.
Alkohol ewidentnie nie był dobry dla książęcej główki.

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.