Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebo nad nami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebo nad nami. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2013

Rozdział 8. (Niebo nad nami)

Dwa tygodnie siedzenia w domu. Czy to nie brzmi pięknie? Dla Deana było to jak balsam na ranę, czy inny miód na uszy. Bez idealnych Connellów, bez denerwującego Keitha, tylko on i spokój. No i też Diabeł, który ze spokojem miał niewiele wspólnego.
I nawet jeżeli kostka rwała go silnym bólem, nic nie mogło zepsuć jego dobrego nastroju. Mógł rozłożyć się na kanapie, co zresztą robił, zajadać się chipsami, dokładnie tak jak teraz, i oglądać kolejny odcinek Big Bang Theory, którego nawet nie lubił. No, ale na innych stacjach nic nie puszczali o tej godzinie, więc był skazany na maraton z Sheldonem, a ten wychodził mu już wszystkimi dziurkami w jego ciele. Ale nie narzekał. Lepszy Sheldon niż Keith.
Nagle do pokoju wbiegł przemoczony od czubka czarnego nosa, aż po wściekle merdający, puchaty ogon, Diabeł. Dean wiedział co za chwilę się wydarzy. Już się podnosił. Już miał krzyczeć. To było jak odliczanie. Trzy.
– Tato!
Dwa.
– Wytrzyj go!
Jeden.

czwartek, 27 grudnia 2012

Rozdział 7. (Niebo nad Nowym Jorkiem)


– Gdzie? – zapytał jeszcze raz. Może się przesłyszał. Przecież tak też się zdarza.
– Newcomers High School – odpowiedział Keith, po czym ziewnął szeroko, wsiadając do limuzyny, wcześniej jednak wrzucając do środka swoją skórzaną torbę. Niemal od razu rozwalił się na siedzeniu, jęcząc pod nosem coś, co brzmiało jak „spaaać”. Faktycznie. Jak na panicza Keitha było bardzo wcześnie, zbliżała się ósma.
– Żartujesz? Tej na Long Island? – dopytał jeszcze, wchodząc do pojazdu za, prawie nieżywym, chłopakiem.
– Tak, tej – odmruknął, opierając głowę o zagłówek i zamykając oczy. – Chociaż wolałbym już chyba jakieś podrzędne liceum – dodał.
To niemożliwe, żeby ktoś taki jak Keith chodził do najlepszego liceum w mieście. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tym chwilę, aż w końcu doszedł do wniosku, że to nie jego sprawa. Albo Keith ma jakieś ukryte talenty, albo pomógł mu ojciec i jego znajomości.
– Rob, możemy ruszać – powiedział do kierowcy, na co ten odpowiedział niemalże po żołniersku:
– Yes, sir!

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 6. (Niebo nad Nowym Jorkiem)

Niebetowane

Rozdział szósty

– Diabeł, ty gnido przebrzydła – warknął, widząc pogryzioną gazetę na środku pokoju. Pies z dnia na dzień robił się coraz sprytniejszy, a on chyba wolał nie wiedzieć, jak ściągnął New York Timesa ze stołu.
I jest. Wyczołgał się spod łóżka, szczerząc do niego kły, w których wciąż znajdowały się kawałki papieru. Zamachał radośnie ogonem i czym prędzej ruszył powitać swojego pana, na co Dean westchnął i pogłaskał go dopiero wtedy, gdy ten uspokoił się.
– Wstrętny gnom – powiedział, ściągając z wieszaka smycz. – Niewdzięczny na dodatek – zamruczał pod nosem, kiedy przypinał mu ją do obroży. – Ale przynajmniej się nie zlałeś. – Wystarczyło, że uśmiechnął się lekko, a pies niemal od razu zamachał szybciej ogonem, po czym polizał z radością jego dłoń.
Teraz tylko klucze i można wychodzić. Rozejrzał się, najpierw kierując swoje spojrzenie na szafkę do butów, a następnie na drzwi, w których miał nadzieję zobaczyć pęk kluczy.
– Cholera jasna – zawarczał, puszczając smycz i przeszukując swoje kieszenie.
Zaraz chyba go coś trafi. Gdzie mógł je rzucić? Przecież wydawało mu się, że kładł je na tę durną szafkę!

wtorek, 20 listopada 2012

Rozdział 5. (Niebo nad Nowym Jorkiem)

Niebetowane

Rozdział piąty

Wpatrywał się w drzwi wykonane z ciemnego drewna o nieco biurowym wyglądzie ze złotą klamką. Westchnął. Idealne, bez żadnych nalepek głoszących: „wstęp wzbroniony” czy „proszę pukać”. Perfekcyjne, czyli takie, za jakiego uchodził ich właściciel. Tylko czy na pewno?
Czuł, że nie chce wchodzić do tego pokoju, bo zaatakuje go ład i porządek. Nie tak jak w przypadku Keitha, którego sypialnia wyglądała jak pobojowisko. Z dwojga złego, już chyba wolał ten burdel, niż kolejne, nieskazitelne pomieszczenie.
Wyciągnął dłoń, przytrzymując tacę z jedzeniem jedną ręką. Zapukał. Minęła chwila i usłyszał „proszę”. Nacisnął na klamkę, uchylił drzwi i… zdziwił się. Brandon po raz kolejny pokazał, że wcale nie jest tak idealny, jakiego udaje.

poniedziałek, 29 października 2012

Rozdział 4. (Niebo nad Nowym Jorkiem)

Betowane przez Istis

Rozdział czwarty

Przyszedł. Jest. Dean odetchnął z ulgą. Zbliżała się czwarta rano, a on obawiał się, że dzieciak nie wróci, przez co spotkają go niemiłe konsekwencje, ale na szczęście Rob w tym wypadku nie mylił się. Coś było jednak nie tak. Zmrużył oczy, zauważając, że chłopak zatacza się. Musiał sporo wypić albo mieć słabą głowę.
Keith znalazł się tuż przy limuzynie i wyglądał jak worek nieszczęścia. Podkrążone oczy, ziemisty odcień cery i rozszerzone źrenice. Oraz zapach taniego alkoholu, papierosów, a także słodki smród skrętów.
Podniósł na niego uciekające spojrzenie. I Dean już wiedział.
- Ćpałeś?
- Spadaj – warknął, otwierając sobie drzwi do pojazdu. Wgramolił się na siedzenie.
- Weź go tylko odeskortuj do pokoju tak, żeby nikt was nie widział. – Usłyszał głos Roba, który obserwował całą scenę. Dean spojrzał na mężczyznę, który właśnie kończył kolejnego tego wieczora papierosa. Prawdopodobnie, podczas gdy czekali na Keitha spalił całą paczkę.

niedziela, 14 października 2012

Rozdział 3. (Niebo nad Nowym Jorkiem)

Betowała Istis 

Rozdział trzeci

Obudził go jakiś dźwięk. Piskliwy i głośny. Nie potrafił i nie chciał go rozpoznać. Wiedział tylko, że go skądś zna, bo kiedyś słyszał go codziennie.
Niech on już zamilknie. Niech go zastąpi błoga cisza, błagał w myślach. Ale nie, ten dźwięk nie chce dać za wygraną, ciągle rozbrzmiewa mu w uszach. Coraz głośniej i głośniej. Otworzył powoli oczy, a jego spojrzenie padło na poduszkę, na której leżał wibrujący telefon i z którego wydobywał się ten przeklęty dźwięk. Ach tak, budzik. Nastawił go wczoraj wieczorem przed pójściem spać. Dawno już nie słyszał tej drażniącej wszystkie zmysły melodyjki.
Wyciągnął powoli, ospale rękę i złapał za komórkę. Nacisnął pierwszy lepszy przycisk. Nie, zły. Nacisnął następny. Trafił. Udało się. Denerwująca melodyjka umilkła, pozostawiając po sobie niebiańską ciszę. Mógłby iść teraz spać, prawda? Już nic nie stało mu na przeszkodzie. Ale musiał wstać. Musiał, a przynajmniej tak powtarzał sobie w myślach. Musi, musi, musi. Bo się spóźni. To pierwszy dzień pracy.
Naprawdę musisz wstać, Dean, przemknęło mu przez głowę, gdy zasypiał.

poniedziałek, 1 października 2012

Rozdział 2. (Niebo nad Nowym Jorkiem)

Betowała Istis

Rozdział drugi

Spojrzał na małą, białą karteczkę z koślawo zapisanym adresem, po czym przeniósł wzrok na to, co rozpościerało się przed przednią szybą jego Passata. A później jego wzrok znów zjechał na karteczkę i teraz jeszcze bardziej badawczo przyglądał się temu, co było na niej nabazgrane. Może nie rozczytał tego prawidłowo? Może świnia napisała mu zupełnie inny adres? Może ta nieforemna literka, która wydawała mu się być „a” tak naprawdę jest „e”?
Przecież ten budynek, który znajdował się za ogrodzeniem nie mógł należeć do takiej świni. Przecież takie budynki widywało się jedynie na filmach, nie w rzeczywistości.
Widoczny zza niego wielki, jasny budynek miał trzy piętra, ogromny ogród oraz dziedziniec z fontanną na środku. Pod dwuskrzydłowe frontowe drzwi, poprzedzone trzema półokrągłymi schodkami prowadził podjazd od automatycznej bramy, obok której ustawiony był słupek z czarnym ekranikiem, głośnikiem oraz białym przyciskiem. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, nacisnąć owy biały guzik, który aż prosił się o naciśnięcie, i czekać. Czekać, co pojawi się na ekrannie. Zobaczy w nim lokaja, tak jak to zazwyczaj bywa w tych wszystkich Hollywoodzkich produkcjach?

czwartek, 20 września 2012

Rozdział 1. (Niebo nad Nowym Jorkiem)

Betowała Istis

Część pierwsza: Niebo nad Nowym Yorkiem
Rozdział pierwszy

Tykanie zegara. Denerwujące. Wdzierające się w myśli i przeszywające umysł. Wypełniające całe pomieszczenie. Tykanie. Nieznośne. Będące jedynym odgłosem w dwupokojowym mieszkaniu. Towarzyszące Deanowi przez ostatnie kilka dni. Przypominające o tym, co zaszło trzy miesiące temu.
I jeszcze coś. Jeszcze jakiś dźwięk mówiący mu, że wcale nie jest sam w tym małym kiedyś, a tak wielkim i pustym teraz, dwupokojowym mieszkaniu. Dźwięk, którego nie słyszał za życia Carmen, a o którym razem marzyli. Jednak na zrealizowanie tego marzenia zabrakło im czasu.
Ciche odgłosy psich pazurów uderzających o panele i postękiwanie. Dziecięce, piskliwe. Żałosne i słodkie. Rozlegające się tuż obok dwuosobowego łóżka, na którym leżał Dean.
A później kolejny dźwięk, tym razem już niezbyt przyjemny – dźwięk darcia materiału, na który mężczyzna niemal od razu podniósł się do siadu. Czarna, puszysta kuleczka spojrzała na niego zaciekawiona, z prześcieradłem, a raczej jego strzępkiem, w pysku.

wtorek, 18 września 2012

Prolog. (Niebo nad nami)


Betowała Istis

Pikanie aparatury wypełniało całe pomieszczenie, ale on nie przejmował się już tym dźwiękiem. Ignorował go, a może nawet nie słyszał. Za długo już tu siedział. Tydzień? Dwa? Musiał chwilę pomyśleć, stracił już rachubę.
Zbliża się trzeci tydzień. Trzeci, a on ani na chwilę jej nie opuszcza. Czuwa i obserwuje. Ona śpi, zmożona lekami przeciwbólowymi, czasem tylko budzi się, patrzy na niego zmatowiałymi oczami, które jeszcze pół roku temu miały w sobie tyle blasku, a później je zamyka. Mówi coś do niego, coś bardzo nieistotnego i znów zasypia. Przychodzi też lekarz: zapisuje coś na karcie, sprawdza aparaturę, bada ją, mruczy pod nosem i odchodzi.
Ona umiera. Z każdym dniem jest bliżej śmierci, bo za późno tu trafiła. Radioterapia już nie uśmierza bólu tak, jak kiedyś. Jest coraz gorzej. Prawie trzy tygodnie śpi, jest podłączona do aparatury i… i on wie, że Carmen umiera.

wtorek, 20 września 2011

Niebo nad nami

Ostrzeżenia: wulgaryzmy, przemoc
Status: niezakończone
Gatunek: obyczajowe, sensacyjne
Rok rozpoczęcia i zakończenia publikacji: 2012-?
Rating: +16

Dean Ferrey w wieku trzydziestu czterech lat stracił sens swojego życia. Zmarła mu żona, wcześniej zmagając się przez kilka lat ze straszną, rzadką chorobą. Mężczyzna nie wytrzymuje ciągłego siedzenia w mieszkaniu, w którym znajduje się masa wspomnień. Postanawia poszukać pracy i tym sposobem trafia do perfekcyjnej rezydencji Connellów. Ma zostać ochroniarzem trójki rodzeństwa: pięknej Juliett, rozkapryszonego Keitha i idealnego Brandona. Wraz z wejściem w nowy etap swojego życia, zaczyna przyciągać do siebie kłopoty. W Nowym Jorku jednym z nich staje się czarnoskóry sąsiad z czwartego piętra.

część pierwsza:
Niebo nad Nowym Jorkiem

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.