Sunday, August 30, 4:30 a.m.
Jarzeniówka pod sufitem brzęczała jednostajnie, wwiercając się prosto w mój umysł. Adrenalina i alkohol powoli odpuszczały, a w ich miejsce wpełzała lodowata świadomość tego, co się właściwie wydarzyło.
Wpatrywałem się w swoje dłonie. Nadgarstki wciąż pulsowały tępym bólem; za ciasne kajdanki zostawiły na skórze sine, piekące pręgi.
Będę miał co opowiadać Patrykowi, pomyślałem z wisielczym humorem, gdy pijany, śmierdzący moczem facet po raz kolejny zatoczył koło na środku celi, po czym dopadł do krat i zaczął wrzeszczeć, że jest głodny.
– I na chuj ci to było? – zapytał siedzący obok mnie Blaine. Odchylił się na metalowej ławce i oparł głowę o brudną ścianę.
Nie odpowiedziałem od razu. Sam zadawałem sobie to pytanie. Dlaczego nie mogłem, jak reszta, po prostu stać z boku? Patrzeć, a potem grzecznie dać się wylegitymować, ryzykując co najwyżej mandat za picie jako niepełnoletni? Zamiast tego gniłem w tej dziurze z bandą meneli.
– A ty? Dlaczego rzuciłeś się na Jake'a? – zapytałem cicho.
Mój głos utonął w nagłym wrzasku chłopaka z naprzeciwka. Wił się na ławce, ewidentnie naćpany.
Blaine nawet na niego nie spojrzał.
Przypomniały mi się słowa Sofii o dilerowaniu. Może bywał już w takich miejscach? Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego ani towarzystwem, ani warunkami.
– Bo mu się należało – rzucił od niechcenia.
Westchnąłem ciężko i zsunąłem się niżej na ławce. Chciało mi się płakać, ale nie zamierzałem się tu rozklejać. Resztką sił powstrzymałem łzy, choć za każdym razem, gdy docierało do mnie, gdzie naprawdę jestem, gula w gardle tylko rosła.
„Deportują mnie?” – ta myśl tłukła się w mojej głowie jak oszalała.
– Przestań – syknął nagle Blaine i złapał mnie za rękę.
Spojrzałem w dół. Mój kciuk był obdrapany do krwi. Dopiero teraz poczułem, że bezwiednie skubałem skórki.
Wyrwałem się z jego uścisku, zbyt nerwowo. W przypływie paniki pochyliłem się do przodu i ukryłem twarz w dłoniach, mocno dociskając knykcie do oczu. Próbowałem odciąć się od brzęczącej jarzeniówki, smrodu celi i siedzącego obok faceta, przez którego moje życie właśnie legło w gruzach.
– Mogłeś myśleć kilka godzin temu – prychnął wściekle, po czym gwałtownie poderwał się z ławki. – Po co się wychylałeś, skoro teraz zamierzasz mi tu beczeć? Nie wiedziałeś, co się stanie?
Podniosłem na niego rozedrgane, zaczerwienione oczy.
– A skąd miałem wiedzieć?! – jęknąłem. – Nigdy nie byłem w takiej sytuacji! Bili cię... rzucili na podłogę! Nie wiem, co myślałem. Może, że jak podejdę i pogadam, to da się to załagodzić?
Blaine parsknął, przeczesał dłonią sterczące włosy i znów opadł na miejsce obok mnie.
– Tu tak to nie działa – burknął. – Z nimi się nie dyskutuje.
– To dlaczego im nie powiedziałeś, że Jake miał prochy? – zapytałem cicho.
Wzruszył ramionami, wpatrując się w zegar na ścianie po drugiej stronie krat.
– Żeby mieć jeszcze większe problemy? To już nie byłaby sprawa o samo pobicie.
Milczałem. Nie rozumiałem tego. Nie pierwszy raz zresztą, powinienem zacząć się przyzwyczajać.
Wbiłem wzrok w sekundnik płynnie przesuwający się po okrągłej tarczy. Nagle znów uderzyła we mnie fala paniki.
– Boże, wyrzucą nas ze studiów, prawda? – jęknąłem w dłonie. Przestało mnie obchodzić, jak żałośnie wyglądam. Przecież jeśli wrócę do Polski to i tak nigdy więcej się nie spotkamy.
– Zależy. Ale szanse są spore – ocenił spokojnie.
– Kurwa – syknąłem po polsku. – Ja pierdolę, kurwa mać. Ojciec mnie zajebie... albo i nie – wpadłem w słowotok, nie mogąc przestać. Ojczysty język znacznie lepiej układał się w ustach podczas nagłego przypływu paniki. – Będzie się, stary chuj, cieszył, że mi nie wyszło. Widzę to, kurwa, widzę tę jego satysfakcję. Wszystko poszło w pizdu. A ja to zjebałem, totalnie zjebałem.
Blaine parsknął śmiechem. Ten dźwięk brzmiał nierealnie w zimnej, śmierdzącej stęchlizną celi w samym centrum Brooklynu.
– Ty właśnie rzucasz jakieś klątwy? – Był wyraźnie rozbawiony.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ma naprawdę ładny głos.
– Nie. Przechodzę załamanie nerwowe – odparłem śmiertelnie poważnie. – Serio? Musiałeś tak się odpalić o głupie prochy? – zapytałem nagle, prostując się i patrząc mu w oczy.
Twarz Blaine'a stężała.
– Musiałem – uciął.
Zmarszczyłem brwi, nie zamierzając odpuszczać.
– Bo?
Skrzywił się z niechęcią. Już myślałem, że mnie zignoruje, ale w końcu wyrzucił z siebie:
– Nienawidzę tego – wyznał. – BJ lubi przyćpać, a jest czysty od kilku tygodni. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Nie wiem, po co ja w ogóle do was przyszedłem.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie tylko ja żałuję tego wieczoru. Oparłem głowę o ścianę. Początkowo budziła we mnie obrzydzenie, ale teraz było mi już wszystko jedno.
– A ja nie wiem, po co wyskoczyłem do policjantów – mruknąłem.
Blaine parsknął krótko.
– Bo bawisz się w superbohatera. Masz silne poczucie sprawiedliwości, ale niespodzianka: to jest życie. Może w końcu się czegoś nauczysz.
Przewróciłem oczami. Nie miałem siły na złośliwości. Ciszę przerwało nadejście funkcjonariusza – tego samego, który pobierał nasze odciski palców.
– Blaine Cooper – wywołał. – Masz szczęście. Jake Bennett nie wniósł zarzutów – rzucił beznamiętnie, po czym przeniósł wzrok na mnie. – Skibinsky. Twoja ciotka jest na miejscu. Adwokat też już został powiadomiony.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Poczułem, jak zalewa mnie fala gorąca. Czy ja jeszcze kilka godzin temu nie obiecałem sobie, że wrócę do domu o własnych siłach? A teraz ciągałem Asię po aresztach, niczym jakiś młodociany degenerat?
Skuliłem się na ławce. Nie odezwałem się do Blaine'a ani słowem. Głowa pulsowała tępym bólem, a ja znów zacząłem skubać skórki u palców, aż do krwi.
Tak bardzo chciałem, żeby wszystko okazało się tylko pijackim snem.
Same day, 11:30 a.m.
Nic nie mogło mnie przygotować na to, co wydarzyło się później. Jeszcze kilka tygodni temu, pakując walizkę i szykując się na studia, w życiu bym nie przypuszczał, że poznam Stany od strony przestępcy... bo tak się właśnie czułem, choć część mnie krzyczała w sprzeciwie. Nic złego nie zrobiłem, a potraktowano mnie jak największego zwyrodnialca.
Wyprowadzili nas z cel w grupie, skuci po dwóch. Korytarze były zbyt jasne; ostre światła niemal wypalały dziurę w zmęczonych od braku snu oczach.
Drzwi, zakręty, kolejne drzwi, zapach starej kawy i taniego płynu do podłóg.
Sala była mniejsza, niż się spodziewałem. Panował tam mechaniczny pośpiech. Ludzie przede mną przewijali się jak na taśmie.
Nazwisko? Zarzut. Podpis. Następny!
– Skibinsky, Mate... – zawahanie.
– Matthew – podsunąłem cicho, płasko, dobrze wiedząc, że nie będą potrafili wymówić mojego imienia.
– Skibinsky Matthew – powtórzył sędzia z wyraźną ulgą.
Zbliżyłem się do barierki, czując na sobie wzrok kilku osób, choć nikt tak naprawdę się mną nie interesował. Byłem tylko kolejnym dzieciakiem, który narozrabiał w sobotę.
– Zakłócanie porządku oraz spożywanie alkoholu poniżej dwudziestego pierwszego roku życia – odczytał protokolant monotonnym głosem.
Obok mnie wyrósł facet w garniturze. Widziałem go pierwszy raz na oczy, a on już kładł mi rękę na ramieniu, jakbyśmy byli starymi znajomymi.
– Wysoki Sądzie, mój klient nie był wcześniej notowany. To incydent. Jest przykładnym studentem. Wnosimy o umorzenie warunkowe i grzywnę.
Sędzia nawet na mnie nie spojrzał. Przerzucił papiery, jakby właśnie przeglądał gazetkę reklamową ulubionego dyskontu.
– Pięćdziesiąt dolarów mandatu. Umorzenie po roku nienagannego sprawowania. Następny! – rzucił, nie podnosząc głowy.
To… już? Całe moje życie zawisło na włosku, a oni poświęcił mi dziesięć sekund?
Policjant złapał mnie za łokieć i odciągnął od barierki, zanim zdążyłem zapytać, czy właśnie uniknąłem deportacji.
Same day, 11:45 a.m.
Funkcjonariusz wyprowadził mnie na korytarz, a ja wciąż próbowałem ogarnąć umysłem to, co się właśnie wydarzyło. Drzwi za moimi plecami zamknęły się z tępym stuknięciem, które odbiło się echem od jasnych, zbyt czystych ścian. W porównaniu z celą, w której spędziłem tę koszmarną noc, tutaj było niemal sterylnie.
Ludzie siedzieli na ławkach, rozmawiali półgłosem, ktoś nerwowo stukał butem o posadzkę. Zapach kanapek z mięsem, które jadł mężczyzna z dyżurki, wypełniał całe pomieszczenie, a ja przez chwilę stałem w miejscu, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Czułem się kompletnie obco – pognieciony i brudny. Przyciskałem do piersi plastikowy worek z depozytu, w którym grzechotały moje klucze, telefon i sznurówki z butów.
Zobaczyłem ją dopiero po kilku sekundach. Poderwała się z krzesła i dopadła do mnie, rzucając mi się na szyję.
– Mateusz, coś ty nawyrabiał? – zapytała Asia z autentyczną trwogą.
– Ja... nie wiem – stęknąłem, wtulając się w jej ramiona. Musiało to wyglądać komicznie; sięgała mi zaledwie do barków, a ja zachowywałem się jak wyrośnięte dziecko. – Byłem na tej imprezie... i później jeden chłopak wyciągnął jakieś prochy. Blaine się wkurzył. Zaczęli się bić... wpadła policja, rzuciła się na Blaine'a, a ja... ja chciałem pomóc. Bo oni go bili. I jakoś tak... tak wyszło – zakończyłem słabo, nie łudząc się nawet, że zrozumiała z tego chociaż połowę.
– Och, sweetie – westchnęła, odgarniając mi włosy z czoła. – Tak mi przykro, że musiałeś przez to przechodzić – wyznała ze współczuciem, po czym nagle spojrzała za mnie. – To twój kolega?
Odwróciłem się. Blaine stał kilka kroków dalej, a ja nawet nie zauważyłem, kiedy go wypuścili. Przyglądał nam się bez słowa.
Krew uderzyła mi do policzków. Na pewno wszystko widział. Pocieszałem się tylko myślą, że przynajmniej nic nie rozumiał.
Odchrząknąłem. Asia puściła mnie i podeszła do Blaine'a, jakby znała go od lat.
– Oh my God – szepnęła, wyciągając rękę w stronę jego policzka. Fioletowy obrzęk zdążył już porządnie spuchnąć. – Co oni ci zrobili, dziecko?
– Dzień dobry – przywitał się, cofając głowę. – To nic takiego – uciął, uciekając wzrokiem gdzieś w kierunku butów, na co ja patrzyłem z niedowierzaniem.
Czyżby bezpośredniość Asi zdołała speszyć nawet samego Blaine'a pieprzonego Coopera?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Pierwszy raz od wielu godzin coś mnie szczerze rozbawiło.
– Jak wracasz do domu?
– Metrem...?
– Jak to metrem? Nikt po ciebie nie przyjedzie?
– Jestem pełnoletni – wytknął urażony.
Nie wytrzymałem. Parsknąłem śmiechem, za co od razu dostałem od Blaine'a złowrogie spojrzenie. Nie mógł wiedzieć, że po nocy spędzonej razem w areszcie straciło ono w moich oczach przynajmniej połowę swojej dawnej mocy.
– Nie ma mowy, chodź. Zawiozę cię. Nie będziesz mi się w tym stanie tułać po mieście – zarządziła.
Blaine jeszcze próbował się sprzeciwić, ale ostatecznie skapitulował.
Asi się nie odmawiało.
Same day, 11:58 a.m.
Siedzieliśmy w samochodzie na parkingu przed komisariatem. Blaine zajął tył, ja usiadłem z przodu. Asia stała kilka metrów od auta, rozmawiając z adwokatem, który pojawił się na mojej „rozprawie”. O ile tak można było nazwać to, co się przed chwilą wydarzyło.
Powinienem się domyślić, że facet nie znalazł się tam przypadkowo.
– Myślisz, że możemy mieć problemy na uczelni? – zapytałem cicho, opierając potylicę o zagłówek. Głowa pulsowała mi tępym bólem, ale starałem się to ignorować.
– Raczej tak... chociaż ciebie pewnie nie będą się tak czepiać. – Blaine odetchnął ciężko. Głos miał ochrypły ze zmęczenia; przeszedł więcej niż ja. Gdyby tylko Jake zdecydował się wnieść zarzuty, dalej siedziałby w celi.
– A ciebie? – wypaliłem, nim zdążyłem ugryźć się w język.
Cisza. Nie odwracałem się, ale niemal czułem na karku ten jego charakterystyczny, krzywy uśmieszek.
– A dlaczego niby cię to interesuje? – W jego głosie jednak nie dało się wyczuć ani grama kpiny.
– Nie wiem, może dlatego, że jesteś pierwszą osobą, z którą spędziłem noc w areszcie? Wiesz, kumple z celi i te sprawy – parsknąłem, próbując obrócić to w żart.
Blaine zaśmiał się krótko. Zamarłem, wsłuchując się w ten dźwięk. Dopiero teraz dotarło do mnie, że w tej beznadziejnej sytuacji zaskakująco często słyszałem jego śmiech. Chociaż równie dobrze mogło to być spowodowane czystym wycieńczeniem.
– No widzisz, w czymś jesteśmy dla siebie tymi pierwszymi.
Zamrugałem i gwałtownie odwróciłem się w jego stronę.
– To był twój pierwszy raz?
Blaine uniósł brew, patrząc na mnie z jawnym politowaniem.
– Skibinsky – rzucił, a jego ciemne oczy wwiercały się we mnie tak intensywnie, że poczułem uderzenie gorąca. Nie potrafił poprawnie wypowiedzieć mojego nazwiska, ale w jego ustach wybrzmiało ono zaskakująco dobrze. – Serio myślisz, że ja co piątek ląduję na dołku?
Wzruszyłem ramionami, unikając odpowiedzi.
– Masakra – skwitował i znów parsknął śmiechem. – To był mój pierwszy raz. Możesz to sobie gdzieś zanotować. Przecież nie wygrałbym tego gównianego konkursu i nie dostałbym się na studia, gdybym był kryminalistą – prychnął, wyraźnie oburzony moimi oszczerstwami.
Odchrząknąłem, nagle czując się wyjątkowo głupio. Obejrzałem się na niego, wyglądał naprawdę źle z obitą twarzą, potarganymi włosami i zmęczonym spojrzeniem.
– Sorry – wydusiłem i wzruszyłem ramionami. – To po prostu strasznie nie fair, że Jake'owi wszystko teraz ujdzie na sucho.
Blaine wzruszył ramionami, jakby był już do tego przyzwyczajony.
– Takie życie.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Drzwi od strony kierowcy szarpnęły i do środka wpadł orzeźwiający podmuch powietrza. Asia usiadła za kierownicą, ale zamiast odpalić silnik, odwróciła się do nas.
– Policja w takich przypadkach natychmiastowo zawiadamia uczelnię – wyjaśniła, a jej twarz nagle wydała mi się obca i surowa, ściągnięta przez nerwy. – Uczelnia reaguje od razu, bardzo możliwe, że zawieszą was jeszcze jutro. I prawdopodobnie zwołają radę dyscyplinarną. Mati, jeśli Wicklow zgłosi to do dalej, mogą cofnąć ci stypendium. A jakby doszło do urzędu, to w najgorszym wypadku mogliby nawet cofnąć wizę.
Zamarłem. Miałem naiwną nadzieję, że skoro nie było wyroku skazującego, to nie było też tematu. Palec wskazujący znów odnalazł ranę na kciuku. Zacząłem ją skubać, ignorując piekący ból.
– Mogą tego nie zgłosić – odezwał się z tyłu Blaine. Nie miałem siły nawet na niego spojrzeć. – Przecież to tylko alkohol. Da się z tego wybrnąć.
Asia nie odpowiedziała. Westchnęła tylko i ścisnęła moje ramię.
– Coś się wymyśli. Będzie dobrze – powiedziała pokrzepiająco, po czym spojrzała w lusterko na Blaine'a. – Gdzie cię podrzucić?
– Mott haven na South Bronx'ie – odparł krótko Blaine. W jego głosie wyłapałem cień zawahania.
Nic nie powiedziała, po prostu wrzuciła bieg. Jechaliśmy w ciszy. Krajobraz za oknem zmieniał się szybko. Kolorowe murale i zadbane skwery Brooklynu ustąpiły miejsca zapuszczonym kamienicom z rdzawymi schodami przeciwpożarowymi.
Gdy zatrzymaliśmy się przed jego blokiem, przeszedł mnie dreszcz. Ściany były pokryte grubą warstwą graffiti, a wejście zastawiały worki ze śmieciami. To nie był ten Nowy Jork, który zdążyłem poznać.
Blaine otworzył drzwi i wysiadł. Przez moment stał na chodniku, pognieciony i brudny, pasując do tego miejsca aż nazbyt dobrze.
– Dzięki za podrzucenie – mruknął przez otwarte okno, patrząc to na mnie, to na Asię. – Widzimy się niedługo.
To ostatnie było już tylko do mnie. Kiwnąłem głową, niezdolny wydobyć z siebie słowa. Głos ugrzązł mi w gardle.
Drzwi trzasnęły, a Asia ruszyła. W bocznym lusterku zobaczyłem jeszcze jego sylwetkę, znikającą w ciemnej bramie.
Same day, 3:36 p.m.
– Ja po prostu nie wierzę, że coś takiego się odwaliło – mówiła Min-jin z przejęciem.
Wpatrywałem się w ekran telefonu, nie mając nawet sił go podnieść.
– Kogoś jeszcze spisywali? – zapytałem.
– Eliana na pewno. I Tamarę. Dużo osób uciekło, mnie Kurt wyprowadził. Inaczej pewnie też dostałabym mandat i notę w papierach – powiedziała i nagle zamilkła, rozumiejąc, że nie była to najbardziej fortunna uwaga.
– No patrz, ja dostałem – burknąłem, nie mogąc się powstrzymać.
– Matt, sorki. Nie powinnam... zresztą Jake, Jezu, nie wiem co mu odwaliło. I Blaine, przecież on się całkowicie odpalił! – opowiadała, jakby mnie tam nie było.
Nie chciała źle, doskonale o tym wiedziałem, ale w tamtym momencie nie umiałem inaczej. Myślałem tylko o ojcu i jego zadowoleniu, kiedy się dowie, że są realne szanse na mój powrót do Polski.
– Wiesz co, będę kończyć. Głowa mnie boli – rzuciłem trochę na odczepne, ale Min od razu zrozumiała.
– Tak... jasne. Jak coś to pisz, nie?
– Mhm. Będę, pa – powiedziałem i rozłączyłem się. W pokoju zapanowała cisza przerywana jedynie odgłosami dobiegającymi z ulicy. Pogoda była idealna, nieznośne gorąco w końcu odpuszczało. Powietrze straciło już tę lepką duszność, która męczyła przez ostatnie tygodnie. Było rześko, słonecznie i spokojnie.
Przymknąłem oczy, próbując zawiesić umysł gdzieś pomiędzy tym, co już się wydarzyło, a tym, co mnie czeka. Chciałem przestać myśleć.
Z odrętwienia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Podniosłem się do siadu, jakbym właśnie wynurzył się z głębokiej wody.
– Możesz wejść.
W progu stanęła Asia ze skonsternowaną miną. Churchill przemknął między jej nogami i zaraz czmychnął w moją stronę, tylko po to, żeby zniknąć pod łóżkiem.
Chyba nigdy nie zrozumiem kotów.
– I jak się czujesz? – zapytała, skanując moją sylwetkę uważnym spojrzeniem.
– Beznadziejnie – odparłem, nie siląc się nawet na uśmiech, by zatuszować swój fatalny stan.
Asia westchnęła i w kilku krokach pokonała dzielącą nas odległość. Przysiadła obok mnie na materacu, po czym wyciągnęła ramiona. Nie miałem szans zaoponować. Zanim zdążyłem pomyśleć, już przyciskała mnie do swoich piersi.
– Nie załamuj się, wszystko naprostujemy, dobrze? – mówiła, gładząc mnie po plecach.
Cały stres i strach, które kumulowały się we mnie od nocy, zbiły się w jeden wielki, ciasny kołtun w gardle. Brakowało mi tchu, ale nie z powodu uścisku Asi. To był ten moment, w którym tama pękła.
Wtuliłem się w nią, nie mogąc złapać oddechu między kolejnymi łzami.
– Shit happens, sweetie. Myślę, że damy radę to odkręcić. Będzie dobrze, zobaczysz.
Ciepło jej ramion i spokojny głos, uspokajały.
– A twój ojciec nie musi się przecież o niczym dowiedzieć – dodała, odsuwając mnie, żeby spojrzeć mi w oczy. – Nigdy go nie lubiłam, więc na pewno nic mu nie powiem. Masz moje słowo – zakończyła stanowczo.
Kiwnąłem głową. Uśmiech ledwo drgnął na moich ustach, ale coś we mnie wyraźnie odpuściło. Nie byłem w tym sam. To wystarczało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!