Friday, August 28, 8:57 a.m.
Blaine nie pojawił się na zajęciach od środowego zniknięcia, a rok już huczał od plotek, że Cooper się poddał. Nie komentowałem tego, ale trudno mi było uwierzyć, że ktoś, kto wygrał stanowy konkurs, odpuściłby po dwóch dniach.
Choć pewnie wielu by to ucieszyło.
– Są wszyscy? – zapytała Alice na piątkowych zajęciach, omiatając nas wzrokiem.
– Nie – odezwała się Tamara, a ja zdusiłem w sobie nagłą chęć wywrócenia oczami. – Blaine'a nie ma od wczoraj – powiedziała, jakby się z tego faktu cieszyła.
D'Nneiro wydęła wargi i zerknęła do notesu, z którym chyba nigdy się nie rozstawała.
– Niedobrze – skomentowała. – Matthew?
Wywołany znienacka poczułem, jak napinają się wszystkie mięśnie w moim ciele.
– Tak...?
– Jesteś, dobrze. Miałam pewien plan na waszą grupę. Ale mniejsza. Zacznijmy od rozgrzewki, potem powiem wam, co i jak.
Już po dwudziestu minutach byliśmy zlani potem. Alice nie znała litości, a kiedy przeszliśmy do rozciągania, połowa grupy wyglądała tak, jakby najchętniej położyła się na parkiecie i już z niego nie wstała. D'Nneiro ewidentnie nasiąkła szkołą Marthy Graham – byłem przekonany, że gdyby mogła, cisnęłaby nas bez przerwy, do ostatniej kropli sił.
Wziąłem łyk wody i posłałem Min-jin wykończone spojrzenie. Odpowiedziała mi tylko równie zmęczonym westchnieniem.
W tej samej chwili drzwi sali otworzyły się i do środka wpadł Blaine.
– Przepraszam za spóźnienie.
Od razu zauważyłem pod jego oczami potężne cienie.
I choć wmawiałem sobie, że naprawdę gościa nie znoszę, momentalnie poczułem uścisk w żołądku na wspomnienie jego ucieczki z wykładu. Coś mi podpowiadało, że Blaine miał cholernie poważny powód, by się spóźnić. Albo żeby w ogóle nie przychodzić.
– O, proszę – usłyszałem złośliwy szept. Zerknąłem z ukosa na Tamarę, która pochylała się właśnie w stronę Chloe, swojej najbliższej sojuszniczki w grupie. – Możemy chyba zacząć przyjmować zakłady, kiedy Cooper wyleci.
Chloe zachichotała złośliwie.
Skrzywiłem się z niesmakiem, ale nie skomentowałem tego ani słowem. Wypracowałem sobie taką strategię przetrwania już w Polsce – nie wtrącać się w afery, które mnie nie dotyczą. Dzięki temu w miarę bezboleśnie przebrnąłem przez kilkanaście lat edukacji.
Alice zmierzyła Blaine'a wzrokiem, ale w przeciwieństwie do Tamary, nie skomentowała spóźnienia.
– Rozgrzej się szybko i dołącz – rozkazała, po czym nagle ruszyła w moją stronę. Poczułem, jak robi mi się słabo. – Matt, rozmawiałam wczoraj po zajęciach z panią MacTavish.
Odruchowo rozejrzałem się wokół z nadzieją, że pomyliła imiona. Jej skupiony wzrok nie pozostawiał jednak złudzeń.
To już ten moment?
Chwila, w której oznajmiają mi, że się nie nadaję?
– Mówiła, że masz dobre podstawy baletowe – powiedziała, zatrzymując się przy mnie. – Chciałabym to wykorzystać w choreografii.
Zaniemówiłem.
– Tak? – wykrztusiłem w końcu.
– Tak. Ale zanim podejmiemy decyzję, chciałabym zobaczyć czyste pirouettes en dehors w twoim wykonaniu. A potem płynne przejście do grand jeté.
Głowa mi parowała. Francuskie nazwy z mocnym, angielskim akcentem brzmiały obco.
– Czy... mógłbym to najpierw zobaczyć? Uczyłem się tego w Polsce i... – zacząłem słabo, czując, jak krew szumi mi w uszach.
– Jasne, wrzuć sobie w Google – rzuciła Alice z pokrzepiającym uśmiechem, który całkowicie wybił mnie z rytmu. Po chwili odwróciła się i podeszła do rozciągającego się Blaine'a.
Nie słyszałem, co do niego mówiła, bo obok mnie nagle wyrosła Min-jin. Trzymała w rękach telefon z już wyszukanymi nazwami kroków.
– Szczęściarz – skomentowała bez krzty zazdrości. Zwilżyłem wargi, pochylając się nad filmikiem.
– Nie jestem przekonany – burknąłem, czując narastający stres.
Nie pomagał fakt, że piruety i podstawowe skoki miałem opanowane. Wiedziałem, że moje ciało to potrafi, ale pokazanie tego tutaj, przed Alice i całą grupą, wydawało mi się nagłą, publiczną wiwisekcją. Czułem na sobie wzrok wszystkich, w tym Blaine'a, który patrzył na mnie nadzwyczaj uważnie.
Nagle zdałem sobie sprawę, że to właśnie on był problemem. Część mnie okrutnie nie chciała się przed nim zbłaźnić.
– Gotowy? – zapytała Alice. – Zaczynaj.
Skinąłem głową, choć gardło miałem tak ściśnięte, że nie wydobyłbym z siebie słowa. Wyszedłem na sam środek, tam, gdzie światło z wysokich okien najostrzej odbijało się w parkiecie.
Przybrałem pozycję. Pod bosymi stopami czułem każdą nierówność chłodnego parkietu. Zwilżyłem wargi i wziąłem głęboki wdech.
Zacząłem od pirouettes en dehors. Z mocnego odepchnięcia palców od podłogi wystrzeliłem w górę, wkręcając się w oś własnego ciała. Jeden pełny obrót, drugi, trzeci... Świat wokół mnie zamienił się w wirujący pas bieli ścian i ciemnych sylwetek pod lustrem. Skupiłem wzrok na jednym, stałym punkcie przed sobą, by nie stracić równowagi.
Zatrzymałem obrót i bez chwili przerwy wybiłem się do grand jeté.
Wyrzuciłem nogi w powietrze, tworząc w locie idealnie prostą linię szpagatu. Przez ułamki sekund czułem specyficzne zawieszenie w najwyższym punkcie, jakby grawitacja na chwilę o mnie zapomniała. Widziałem czubki swoich mocno obciągniętych palców, czułem napięcie w każdym mięśniu brzucha.
Opadłem na podłogę, amortyzując ciężar przez głębokie plié.
W sali panowała cisza.
– Ładnie, ładnie – powiedziała Alice, kiwając głową. Spojrzałem na nią, nie wiedząc, czy nie powinienem się uszczypnąć. – Dobrze. Skoro to już mamy, to wiem jeszcze, że Min-jin, Kavya i Clara też zostały pochwalone przez panią MacTavish. Jak się czujecie w balecie?
– Zaczynałam od baletu – odpowiedziała Min-jin, a jej pewność siebie aż biła po oczach.
Alice potaknęła, notując uwagę w głowie i przeszła na środek sali.
– Słuchajcie uważnie – zaczęła w końcu. – Na koniec semestru chcę choreografii z prawdziwego zdarzenia. Dziesięć osób, dziesięć sposobów poruszania się.
Klasnęła w dłonie.
– Punkt wyjścia to kontrast. Porządek i chaos. Kontrola i impuls. Dlatego zaczniemy od geometrii. Na początku sceny ustawicie się w dwóch równych liniach po pięć osób. Ruch będzie bardzo czysty: kroki w bok, zamknięcia, przeniesienia ciężaru, długie linie rąk. Chcę, żeby wyglądało to niemal jak ćwiczenie z baletu.
Zatrzymała się i wskazała ręką przestrzeń przed sobą.
– W kolejnej frazie jedna z linii zacznie się „psuć”. Najpierw drobne odchylenia: ktoś spóźni się o pół uderzenia, ktoś skróci krok, ktoś zmieni kierunek. Ruch zacznie się rozlewać po scenie. To będzie moment przejścia z baletu w taniec współczesny.
Spojrzała na nas po kolei.
– Matthew, ty otwierasz drugą część. – Na moment przestałem oddychać, wyczekując jej dalszych słów. Przygryzłem wargę, przestępując z nogi na nogę. – Wyjdziesz z linii pierwszym skokiem. Dużo przestrzeni, duże ramiona, praca w górze. Chcę w tym lekkości i kontroli.
Potem przeniosła wzrok gdzieś w bok, jakby wyobrażała sobie brakującą osobę.
– A ty, Blaine… – urwała. – Dostaniesz kontrapunkt. Kiedy Matthew będzie pracował w pionie, ty wejdziesz nisko w podłogę. Przesunięcia, rotacje, praca na ciężarze ciała.
Przeszła kilka kroków, pokazując fragment sekwencji – wydłużony skok, potem gwałtowne zejście nisko, niemal do podłogi.
Zerknąłem na Blaine'a. W jego oczach dostrzegłem znajomy błysk. Stał w milczeniu, ale ja dobrze wiedziałem, że właśnie układał sobie ten ruch w głowie. Kącik jego ust uniósł się minimalnie, jakby walczył z bezwiednym uśmiechem.
– W trzeciej części wszyscy zaczniecie się łączyć w krótkie duety i tria. Każdy z was przez chwilę będzie prowadził. Partnerowanie, przenoszenie ciężaru, momenty podtrzymania i nagłe rozdzielenia. Scena ma wyglądać tak, jakby grupa cały czas się budowała i rozpadała.
Alice zatrzymała się na środku sali, w której panowała wręcz grobowa cisza.
– Finał jest prosty. Wracacie do jednej formacji, ale już nie w liniach. W półkole. Każdy powtarza fragment swojego wcześniejszego ruchu, tylko w zwolnionym tempie. Dziesięć różnych historii na raz.
Uśmiechnęła się lekko.
– A na ostatnie uderzenie muzyki wszyscy zatrzymujecie się dokładnie w tym samym momencie. Cisza. I koniec.
Złożyła ręce na piersi.
– Jeśli zrobimy to dobrze, widownia nie będzie wiedziała, na kogo patrzeć. I o to właśnie chodzi.
Zagryzłem wargę, czując, jak po plecach wspina się znajome mrowienie. Tym razem nie miało ono nic wspólnego z napięciem, które ostatnio nie dawało mi spokoju.
Byłem… chyba po prostu podekscytowany.
*
Same day, 10:27 a.m.
Usiadłem na ławce w przebieralni, dopijając resztki wody z butelki. Alice wyglądała niepozornie, ale na treningu budził się w niej demon. Po jej zajęciach człowiek nagle odkrywał, że w ciele istnieją mięśnie, których nigdy wcześniej nie czuł.
Zerknąłem na Blaine'a. Ściągał koszulkę, odsłaniając napięte mięśnie brzucha i szerokie plecy, wciąż lekko błyszczące od potu. Światło jarzeniówek ślizgało się po jego skórze, podkreślając linię ramion i wyraźnie zarysowane łopatki.
Dopiero po chwili zauważyłem mały, czarny tatuaż na jego barku. Przedstawiał koronę o minimalistycznym kształcie, z trzema ostrymi zębami. Kreski nie były idealnie równe. Wyglądały tak, jakby ktoś robił ten tatuaż szybko albo niezbyt pewną ręką. Poniżej widniały trzy niewielkie kropki.
Szybko odwróciłem wzrok, orientując się, że gapię się na niego zdecydowanie za długo. Odchrząknąłem, wyciągnąłem z torby ręcznik i ruszyłem w stronę pryszniców.
– Niezły ten twój balet – padło za moimi plecami.
Zatrzymałem się.
– Co? – Odwróciłem się, pewny, że się przesłyszałem.
Blaine nie odpowiedział. Posłał mi tylko spojrzenie, którego nie potrafiłem rozgryźć i minął mnie w przejściu, tak blisko, że otarł się swoją rozgrzaną skórą o moje ramię.
Gdy już myślałem, że zniknie w łazience, obejrzał się jeszcze. Na jego ustach błąkał się kolejny bezczelny uśmiech.
– A następnym razem, jak już „przypadkiem” polubisz moje zdjęcie, nie cofaj tego. To wygląda dużo gorzej.
Gorąco uderzyło mnie w pierś. Zamarłem, nie wiedząc, co odpowiedzieć, ale Blaine nawet na to nie czekał.
Chwilę później słyszałem już tylko szum wody z kabiny obok.
Same day, 4:33 p.m.
Zajęcia kończyliśmy całym rokiem o tej samej godzinie. Kiedy więc wyszliśmy z auli po kompozycji choreograficznej, korytarz aż huczał od rozmów o jutrzejszej imprezie.
Tylko Blaine szybkim krokiem wyminął naszą grupkę i ruszył do wyjścia z wydziału.
– Jego nawet nie ma sensu pytać o integrację – mruknęła pod nosem Tamara, zerkając kątem oka na idącego obok niej Eliana.
Chłopak zmarszczył swoje gęste, ładnie wykrojone brwi.
– Dlaczego niby?
– Daj spokój, on sobie robi z tego kierunku jaja – fuknęła.
– Dopiero pierwszy tydzień, a już ma nieobecności – podjęła Chloe, poprawiając wiszącą na ramieniu torbę. – Nawet próby zaczyna odpuszczać.
Przysłuchiwałem się temu uważnie. Język świerzbił mnie niemiłosiernie, ale milczałem.
– Wygrał konkurs z YoungArts – powiedział nagle Elian, a ja aż się odwróciłem w jego stronę. – Widziałem na stronie organizatora jego solówkę. Dobry jest – dodał z uznaniem, na co Tamara skrzywiła się z niesmakiem.
– No nie wiem, na zajęciach z Alice...
– Też był dobry – przerwał jej Elian, po czym nagle wyrwał do przodu i pierwszy wyszedł z budynku.
Musiałem zagryźć wargę, żeby się nie roześmiać. Mina Tamary była bezcenna; napawałem się nią przez ułamek sekundy, po czym również przyspieszyłem, byle nie zostać z dziewczynami sam. Min pognała do pracy zaraz po zajęciach, a Kurt wlókł się gdzieś daleko w tyle. Gdybym teraz zwolnił, skazałbym się na towarzystwo Tamary i jej sobowtóra. A doświadczenie podpowiadało mi, że takie osoby najlepiej trzymać na dystans.
Dzień był wyjątkowo nieprzyjemny. Ciemne chmury wisiały nad Nowym Jorkiem od rana, a teraz w powietrzu czuć było już tylko metaliczne napięcie zwiastujące burzę.
„Trzeba się streszczać”, pomyślałem, kierując się w stronę metra. Wtedy na parkingu dostrzegłem dwie sylwetki. I bardzo znajomy motocykl.
Blaine o czymś rozmawiał z Elianem. Zamrugałem z niedowierzaniem, widząc cień łagodnego, przyjacielskiego uśmiechu na twarzy Coopera.
Więc on w ogóle to potrafił?
Najwyraźniej Elian umiał oczarować każdego... Dosłownie każdego.
Odchrząknąłem i raz jeszcze przyspieszyłem. Lepiej się nad tym nie zastanawiać. Najbezpieczniej było trzymać się na uboczu.
*
Saturday, August 29, 5:43 p.m.
– Tylko mi się tam nie zbłaźnij – z telefonu dobiegał głos Patryka, uderzający w przerysowane, coachowskie tony. – Pokaż tym hamburgerom, jak się pije z Polakiem. Nie po to trenowaliśmy tyle lat.
Zaśmiałem się pod nosem.
– Wiesz, nie tknąłem alkoholu, odkąd tu przyleciałem. Mogłem wypaść z wprawy – odpowiedziałem, przecierając mokre włosy ręcznikiem.
Po treningu i szybkim prysznicu czułem przyjemne rozluźnienie, ale nawet ono nie potrafiło zagłuszyć nagłego uścisku w klatce piersiowej, który wywołał we mnie głos byłego chłopaka.
– Załamujesz mnie.
– No, sorry, że nie dotrzymuję wam kroku. Ile razy już się widzieliście w tym tygodniu? Trzy? Cztery? – Nie chciałem, żeby zabrzmiało to jak wyrzut, a jednak oskarżycielski ton wybił się na wierzch, zanim zdążyłem nad nim zapanować.
Patryk to wyłapał. Zaśmiał się w swoim stylu, próbując zatuszować niezręczność.
– Ej, mamy jeszcze wakacje. Drugich tak długich już nie będzie.
Skrzywiłem się, zły na samego siebie. Nie miałem prawa oceniać jego życia. Dobrze wiedziałem, że gdybym był teraz w Gdańsku razem z nimi, wykorzystałbym każdą możliwą chwilę przed rozpoczęciem studiów.
Rozmawialiśmy jeszcze przez parę minut, uciekając w neutralne tematy. Byliśmy mistrzami w ukrywaniu tęsknoty; ani przez moment żaden z nas nie zająknął się o tym, jak bardzo nam siebie brakuje.
W końcu uznaliśmy, że pora kończyć.
Sam nie wiedziałem, czy robimy dobrze, utrzymując tak bliski kontakt. Im dłużej to trwało, tym bardziej przypominało pudrowanie trupa. Próbowaliśmy utrzymać przy życiu coś, co i tak miało się rozpaść.
Pocieszała mnie tylko myśl, że Patryk najwyraźniej miał tak samo.
Usiadłem przed szafą, zastanawiając się, co na siebie włożyć. W tym samym momencie drzwi do pokoju otworzyły się na oścież.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Asia nie robiła tego złośliwie. Ona po prostu najpierw działała, a dopiero potem myślała – dlatego wiecznie zapominała o pukaniu.
– Mati, zjadłbyś… Och. A ty co? – zapytała, zatrzymując się w progu.
– Wychodzę. Impreza integracyjna, mówiłem ci.
Pacnęła się teatralnie otwartą dłonią w czoło.
– No tak. Masz dziś to całe get-together. Jak mogłam zapomnieć.
– Mhm. Wrócę pewnie późno, więc nie czekaj na mnie.
– Daj spokój. – Machnęła ręką. – Jakbyś potrzebował, żebym cię odebrała, dzwoń. Podjadę o każdej porze.
Uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową, choć dobrze wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby wrócić do mieszkania na własną rękę. Asia jutro pewnie zerwie się skoro świt i pogna do knajpy.
Oddawanie komuś kontroli nad biznesem nie przychodziło jej łatwo.
– A w ogóle… wiesz, że tutaj picie jest od twenty one years old? – zagadnęła, wbijając we mnie uważne spojrzenie.
Parsknąłem śmiechem.
Oczywiście, że wiedziałem. Jaki student z wymiany by o tym nie wiedział?
– Tak, tak. Idziemy do jakiegoś baru, gdzie to nie będzie problemem. Na Bushwick, więc niedaleko.
Widząc cień wahania na jej twarzy, od razu dodałem:
– Wyślę ci później lokalizację.
– Okej. Thanks. Ale… jakby co, I'm not spying on you. Jak nie chcesz, nie musisz…
– Daj spokój. Rozumiem – przerwałem jej. – Napiszę ci, gdzie dokładnie jesteśmy.
Asia odetchnęła. Wyraźnie czuła się za mnie odpowiedzialna, ale nie chciała mi matkować
– Dzięki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!