Same day, 3:06 p.m.
Leżałem w poprzek łóżka, wpatrując się w wirujący powoli sufitowy wentylator, który zamiast chłodzić, jedynie mieszał duszne, późnosierpniowe powietrze. Telefon leżał na mojej piersi, wibrując przy każdym słowie mamy.
– Jakoś poszło. Dałem radę przeżyć ten pierwszy dzień – wymamrotałem, przymykając powieki. Czułem się jak przebity balon, z którego powoli uchodziło życie.
– Aż tak ciężko?
– Daj spokój, masakra – jęknąłem, podnosząc się do siadu. – To zupełnie inny poziom. Jak dotrwam do końca semestru, to chyba ze szczęścia wykorkuję.
Mama się roześmiała. Rany, jak bardzo brakowało mi tego dźwięku, a jeszcze bardziej jej samej, tutaj, w tym ciasnym mieszkaniu.
– Lepiej nie korkuj. Masz jeszcze kilka lat studiów przed sobą. A jak już uda ci się je skończyć, warto żebyś z tego skorzystał i zakręcił się gdzieś na Broadwayu.
Z moich ust wydarło się niekontrolowane parsknięcie.
– Dorotka, w co ty wierzysz.
– W ciebie – odpowiedziała absolutnie rozbrajająco.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć. Jeśli miałbym wskazać osobę, która najbardziej mi kibicowała, to zdecydowanie byłaby nią moja mama.
– Chociaż ktoś. Bo ja dzisiaj przestałem to robić – mruknąłem, a mój głos nagle nabrał wisielczych nut.
– Mateusz! – skarciła mnie natychmiast. – Nie mów tak, nie możesz się poddawać po jednym dniu!
– Mamuś – sapnąłem ciężko. – Nie wiesz jak tam było. Mam na roku naprawdę zajebistych tancerzy, przy nich jestem...
– Mati, – jej głos nagle złagodniał – głowa kreuje rzeczywistość, pamiętaj o tym.
Parsknąłem, a resztka napięcia uciekła ze mnie wraz z tym krótkim wydechem. Brzmiała teraz zupełnie jak Asia i te jej niekończące się wykłady o manifestacji. A więc jednak płynęła w nich ta sama krew.
– Tak, tak. – potaknąłem, wycofując się z linii frontu. – Nie poddaję się, mamo. Jeszcze nie teraz.
– Dla mnie zawsze będziesz najlepszy – dodała, a ja poczułem nagłe uderzenie ciepła i pieczenie pod powiekami. Z trudem przełknąłem ślinę, próbując zdusić to w zarodku. Przecież nie rozkleję się przy telefonie.
– Wiem – odparłem zgodnie z prawdą, ale w tej samej sekundzie cała magia prysła. Gdzieś w tle, tuż obok łagodnego głosu mamy, usłyszałem ten drugi. Oschły i dominujący. Głos ojca.
– Z kim rozmawiasz?
– Z twoim synem – odpowiedziała, a ja w jej tonie wyczułem wyraźną niechęć. Coraz częściej odnosiłem wrażenie, że prócz obrączek na palcach nie łączyło ich już absolutnie nic. Bywały nawet momenty, w których podejrzewałem, że mama zaczynała go szczerze nienawidzić.
– Daj mi go – rzucił krótko ojciec.
Aż jęknąłem, zakrywając twarz dłonią. Ostatnie, na co miałem teraz ochotę, to rozmowa z nim.
– Cześć – padło w słuchawce. Krótkie, bez wyrazu, niczym suchy wystrzał z pistoletu.
– No cześć – odpowiedziałem. Mogłem się tylko cieszyć, że mnie w tamtym momencie nie widział. Inaczej już wysłuchiwałbym tyrady na temat zniesmaczonej miny i braku szacunku.
– I jak ci idzie? – zapytał, a ja podskórnie czułem, że wcale nie chciał znać odpowiedzi. To było pytanie czysto kurtuazyjne, wycelowane tylko po to, by wybadać grunt. W jego głowie zawsze istniała ta radosna możliwość, że się nie sprawdzę i z podkulonym ogonem wrócę do domu.
– Dobrze – skłamałem. Jemu jednemu nie miałem zamiaru się żalić. – Jest świetnie.
– Oby – kpiący, niedowierzający ton sprawił, że we mnie zawrzało. – Wysłałem ci pieniądze. Dopilnuj, żeby nie poszły na marne, bo funduję ci tę przygodę nie po to, żebyś teraz osiadł na laurach. Masz być tam najlepszy, inaczej tylko marnujemy czas i mój portfel.
– Jasne – wycedziłem przez zęby.
– Jeśli zawalisz, wracasz, rozumiemy się? Nie będę biernie patrzeć, jak marnujesz sobie życie przez...
– Muszę kończyć – przerwałem mu, nie mając ochoty go dłużej słuchać. – Trzymajcie się, pa – rzuciłem krótko i czym prędzej się rozłączyłem, jakbym chciał uciąć dopływ toksycznego powietrza.
Tak jak mama, czasem też go nienawidziłem.
*
Wednesday, August 26, 8:49 a.m.
Kolejny dzień zajęciowy rozpoczynaliśmy baletem. Samo wyobrażenie tych lekcji miało w sobie coś chłodnego i majestatycznego, co budziło we mnie instynktowny opór. Nie pomagały plotki o profesorce, które krążyły po korytarzach Wicklow. Podobno Sterling przy niej był uosobieniem łagodności.
W męskiej szatni zająłem miejsce przy drzwiach. Blaine, jedyny chłopak w mojej grupie, usiadł naprzeciwko. Ignorował mnie, co przyjąłem z ulgą. Opadłem na ławkę i zacząłem rozwiązywać buty.
Klasykę już przerabiałem. Trenowałem ją dodatkowo przez niecałe trzy lata, żeby podciągnąć podstawy. Myśl, że znałem zasady, była pokrzepiająca.
Bez większej refleksji, wyciągnąłem z torby obcisłe legginsy i dopasowany tank top. Zacząłem się przebierać. Dopiero jednak gdy zobaczyłem, co miał na sobie Blaine, w cienkim, opinającym materiale poczułem się niemal nagi.
Zamknąłem drzwiczki blaszanej szafki, kątem oka wciąż spoglądając na Coopera w luźnych dresach.
Pech chciał, że w tym samym momencie podniósł wzrok. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie, które niemal natychmiast przeszło w perfidne rozbawienie.
– A ty co masz na sobie?
– Strój na balet – burknąłem, mierząc go zirytowanym wzrokiem.
– W dupę ci to nie włazi? Za wiele to ty tam nie ukrywasz – rzucił i zaśmiał się złośliwie.
Wszystko we mnie zawrzało, ale nie dałem mu tej satysfakcji. Milczałem. Przewróciłem tylko oczami i wyszedłem z szatni, zamykając drzwi trochę mocniej, niż planowałem. Środkowy palec aż świerzbił, ale nie zamierzałem zniżać się do poziomu Coopera.
Odetchnąłem dopiero na sali – nie ja jeden tak wyglądałem. Min-jin wbiła się w czarne body, a włosy zlizała w wysokiego, ciasnego koka, co nadało jej profesjonalnego wyglądu. Szybko przeskanowałem wzrokiem resztę grupy. Większość dziewczyn miała na sobie tradycyjny baletowy strój do ćwiczeń. Tylko Chloe i Tamara założyły wyciągnięte T-shirty.
No i oczywiście Blaine. Mój „oprawca” wszedł na salę ostatni. W dresach.
Jak na zawołanie wyłowił mnie z tłumu i posłał mi to swoje rozbawione spojrzenie, które bezczelnie zjechało w okolicę mojego krocza.
Poczułem, że robi mi się gorąco. Nie ze wstydu, a z czystej wściekłości.
Nie wytrzymałem. Spokojny, wycofany Mati właśnie dobił do swojej granicy.
Spojrzałem mu prosto w oczy. Powoli, demonstracyjnie poruszyłem ustami, układając je w dwa, niemożliwe do pomylenia słowa:
– Fuck you.
To jednak tylko bardziej go rozbawiło. Na szczęście w tym momencie drzwi otworzyły się ponownie. Do sali weszła wysoka, starsza kobieta o nienagannej sylwetce.
Ledwo przekroczyła próg, a na jej twarzy od razu odmalował się zniesmaczony grymas.
– Otworzyć okna! Ktoś tu umarł czy jak? – rzuciła z taką dawką teatralnego obrzydzenia, że aż mi zaimponowała.
– Jak postać z kreskówki – szepnęła Min, której głos utonął w szumie wpuszczanego do środka powietrza i nagłym zgiełku nowojorskiej ulicy.
Pokiwałem głową, bo trudno było się nie zgodzić. W profesorce było coś przerysowanego, niemal komiksowego.
Kobieta stanęła przed nami, mierząc grupę wzrokiem pełnym jawnego cynizmu.
– Ty. – Szczupły, kościsty palec zakończony perłowym paznokciem wystrzelił w stronę Tamary. – Ty. – Na celowniku znalazła się Chloe. – I, na litość boską, zdecydowanie ty. – Padło na Blaine'a.
Musiałem mocno zagryźć dolną wargę, żeby nie zdradzić się z szerokim, pełnym satysfakcji uśmiechem.
MacTavish podeszła o krok bliżej, a ciężka, pudrowa woń jej perfum otoczyła nas wszystkich. Zatrzymała wzrok na ubraniu Coopera, krzywiąc się przy tym z wyraźnym zdegustowaniem.
– Pomyliliście sale, czy to po prostu zbiorowa amnezja? – zapytała cicho, ale jej głos przeciął powietrze jak żyletka. – Przyszliście tu na uliczny pokaz pląsów? Bo patrząc na was, widzę jedynie brak szacunku.
Zrobiła pauzę, a w sali zrobiło się cicho.
– Ten budynek ma swoją historię, a wy właśnie ją obrażacie takim przygotowaniem. Balet to geometria. Mam widzieć linię ciała: kolana, biodra, każdy ruch. Nie zamierzam zgadywać, co kryje się pod tymi lumpami. Proszę zapamiętać, że to… – wskazała niedbale na strój Blaine'a – na moich zajęciach nie istnieje.
Blaine wyglądał, jakby każde słowo profesorki uderzało w jego ego, ale nie kulił się ze wstydu. Publiczna bura zdawała się go tylko usztywniać. Widziałem, jak zaciska szczękę i wbija wzrok w lustro, byle nie patrzeć MacTavish w oczy. Walczył ze sobą, by niczego nie palnąć, ale ostatecznie tylko skinął głową, akceptując jej uwagi z wyraźnym trudem.
Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia spotkały się w odbiciu. Nie mogłem sobie odpuścić.
Posłałem mu szeroki, zadowolony uśmiech.
– Jeśli jutro ktokolwiek z was pojawi się w takim ubiorze, nie będę się hamować. Wyrzucę bez mrugnięcia okiem – zakomunikowała lodowatym tonem. – Dziś macie taryfę ulgową. A teraz na podłogę. Usiądźcie. Wyłożę wam szybko zasady zaliczenia mojego przedmiotu, a później zobaczymy, z czym właściwie mam tu do czynienia.
I o dziwo, dalej poszło gładko.
Rozgrzewkę zaczęliśmy przy barierkach, a potem kolejno przechodziliśmy przez podstawowe figury.
Raz nawet zostałem pochwalony za passé balancé. Kiedy zastygałem w bezruchu na jednej nodze, z drugą ugiętą tak, by stopa dotykała kolana, poczułem na sobie badawcze spojrzenie MacTavish. Trzymałem ręce uniesione wysoko nad głową, pilnując idealnej równowagi, której jeszcze niedawno, na zajęciach z Alice, nie mogłem w sobie odnaleźć.
– Dobra kontrola, panie... – zawiesiła głos, patrząc na mnie wymownie.
Opuściłem nogę i oparłem dłoń o drążek, pozwalając mięśniom na chwilę odpoczynku.
– Matthew Skibiński – odparłem, nie łudząc się, że będzie w stanie powtórzyć moje nazwisko.
Ku mojemu zaskoczeniu, wiecznie zniechęconą twarz profesorki rozjaśnił cień uśmiechu. Mógłbym go nawet uznać za przyjazny.
– Skibinsky – powtórzyła, choć angielski akcent wyraźnie tańczył jej na języku. – Z Polski?
– Tak – potwierdziłem, wybity z rytmu.
– W latach dziewięćdziesiątych miałam przyjemność przez dwa sezony pracować jako baletmistrzyni w Warszawie. Przygotowywałam tamtejszy zespół do „Giselle”. Polscy tancerze mają niezwykłą duszę, choć bywają... uparci.
Omiotła mnie badawczym spojrzeniem, a rozrzewnienie zniknęło z jej twarzy tak szybko, jak się pojawiło. Odeszła bez słowa do kolejnej osoby, ale pomimo jej chłodnego obycia, poczułem nagłą nić sympatii.
Zadowolony odnalazłem w lustrze intensywnie ciemne spojrzenie Blaine'a. Posłałem mu uśmiech pełen satysfakcji z samego siebie.
I kto tu nie potrafił odnaleźć środka ciężkości?
Same day, 10:47 a.m.
Przejście z nasączonej potem sali baletowej do dusznej, sterylnej auli było jak nagłe zanurkowanie w lodowatej wodzie. Dopiero co moje ciało pracowało na najwyższych obrotach pod okiem MacTavish, a teraz musiało zastygnąć w niewygodnym, drewnianym krześle.
Anatomia w tańcu zapowiadała się na kolejny morderczy przedmiot – tyle że tym razem trudność leżała w przytłaczającej ilości łacińskich terminów i medycznego żargonu, który mieliśmy przyswoić.
Cały nasz rok, wymieszany ze studentami starszego rocznika, rozproszył się po auli – tej samej, w której wcześniej odbyły się zajęcia z historii sztuki. Felicia Montgomery prowadziła wykład bez pośpiechu, jakby naprawdę zależało jej, żebyśmy wszystko zrozumieli. Miła odmiana po usypiającym sposobie mówienia Sterlinga i zimnym podejściu instruktorek, pomyślałem, skrupulatnie notując każde słowo.
– O wow – szepnęła Min, zaglądając mi przez ramię.
Zerknąłem na nią z niezrozumieniem, po czym sięgnąłem po zielony cienkopis, żeby wyróżnić jedno z pojęć.
– Jeszcze nigdy nie widziałam tak ładnego pisma u faceta – dodała ze szczerym zdziwieniem.
– Bez przesady – mruknąłem pod nosem, trochę zawstydzony, ale i przyjemnie połechtany.
Zawsze prowadziłem zeszyty z niemal chorobliwą starannością. A może to po prostu konsekwencja dorastania w prawniczym domu? Nikt tak nie wymagał porządku, jak mój ojciec. W każdym aspekcie życia.
– Już wiem, od kogo będę sępić notatki – rzucił Kurt, wychylając się zza Min-jin.
Posłałem mu rozbawione spojrzenie i kiwnąłem głową. Nie miałem nic przeciwko; w tym chaosie, jakim było Wicklow, wzajemne wsparcie mogło okazać się niezbędne, by dotrwać do dyplomu bez większych uszczerbków na zdrowiu.
Minęło może pół wykładu, kiedy kątem oka dostrzegłem, że Blaine – siedzący jak zwykle na uboczu – zaczyna się kręcić. Położył telefon na blacie i wpatrywał się w ekran z tak mocno ściągniętymi brwiami, że niemal tworzyły jedną linię. Na jego twarzy odmalowało się... zdenerwowanie? Aż musiałem zamrugać, nie wierząc własnym oczom. Ten gość zawsze wyglądał, jakby miał wykupiony abonament pogardy dla całego świata, a teraz nagle coś go autentycznie wytrąciło z równowagi.
W tym samym momencie Blaine odwrócił się gwałtownie. Przecisnął się przez rząd pustych siedzeń i prawie wybiegł z auli z komórką w ręku. Porzucony na blacie zeszyt oraz samotny długopis sugerowały jednak, że zamierzał wrócić.
Tak też się stało – po piętnastu minutach znów pojawił się w pomieszczeniu, ale tym razem nawet nie usiadł. Starając się nie przyciągać wzroku, zgarnął swoje rzeczy i wrzucił je do czarnego plecaka. Zarzucił go na ramię, by po chwili nerwowym krokiem opuścić salę. Trzask zamykanych drzwi odbił się echem i zniknął w kojącym głosie pani Montgomery. Musiała odnotować nagłą rejteradę jednego ze studentów, ale w żaden sposób na nią nie zareagowała, kontynuując omawianie budowy stawu biodrowego.
– Już się poddał? – rzuciła z rozbawieniem Min, ale nie podchwyciłem żartu.
Wyraz twarzy Coopera nie dawał mi spokoju. Wyglądał na... przestraszonego? I choć normalnie nie odpuściłbym sobie okazji, by choć w myślach trochę z niego poszydzić, tym razem kompletnie nie miałem na to ochoty. W tej ucieczce było coś zbyt rozpaczliwego, by mogła być tylko kolejnym przejawem jego lekceważącego stylu bycia.
Wróciłem do notatek, nie chcąc niczego przegapić. Reszta zajęć minęła w spokojnej atmosferze, już bez Blaine'a. Nie pojawił się w Wicklow do końca dnia, zostawiając po sobie jedynie puste miejsce.
*
Thursday, August 27, 6:45 p.m.
Mruczenie kota zlewało się w jedną kakofonię z rzężeniem przestarzałej lodówki i rytmicznym dudnieniem kroków dobiegających z mieszkania nade mną. Jedna z moich dłoni, niemal od niechcenia, drapała Churchilla za uchem, na co ten aż odchylał głowę, domagając się więcej. Niezrażony odgłosami, drugą ręką scrollowałem Instagrama.
Patryk opublikował zdjęcie morza z zachodzącym słońcem, Jagoda czarno-biały mur jakiejś starej kamienicy z wysprejowanym hasłem: „Piekło jest puste, wszystkie diabły są tutaj”. Zjechałem niżej. Min-jin wrzuciła kawę w papierowym kubku na tle Brooklyn Bridge.
Lajkowałem wszystko po kolei, uśmiechając się lekko pod nosem, gdy nagle w sekcji sugerowanych mignęło mi znajome zdjęcie profilowe. Oczywiście, że zdążyłem już przeskanować jego profil. Kto w dzisiejszych czasach nie stalkował ludzi? A już zwłaszcza tych, za którymi nie przepadał?
Wszedłem na jego konto. Było tam zaledwie kilka postów i żaden nie był typowym selfie. Głównie surowe, miejskie kadry. Migawki z życia, w których brakowało głównego bohatera. Nawet zdjęcie profilowe przedstawiało jedynie ciemny zarys sylwetki na tle jakiegoś muralu; nigdzie nie dało się dostrzec twarzy. Wiedziałem jednak, że to on. Nazwa użytkownika – @b_cooper_bx – oraz kilka osób z naszego roku w obserwatorach nie pozostawiały wątpliwości.
Zatrzymałem się przy zdjęciu czerwonego motocykla. Minimalistyczne ujęcie, przednie koło i fragment intensywnie czerwonej obudowy.
Musiał kochać tę maszynę.
Zagryzłem policzek od wewnątrz, nie odrywając wzroku od fotografii. Nawet dla takiego motoryzacyjnego ignoranta jak ja ten sprzęt wyglądał na drogi.
Na górnym pasku mignęła ikonka Messengera. Patryk. Wysłał zdjęcie, a po chwili kolejną wiadomość. Machnąłem ręką, chcąc wejść w okienko naszej rozmowy, kiedy palec mi się ześlizgnął.
Różowofioletowe serce zapulsowało na ekranie.
Zamarłem. Dosłownie zapomniałem, jak się oddycha, a w pierwszym odruchu miałem ochotę rzucić telefon za siebie.
Co ja najlepszego zrobiłem?
Tępym wzrokiem wpatrywałem się w – już czerwone – serduszko pod postem Blaine'a.
Oczywiście.
Ze wszystkich zdjęć na świecie musiałem polubić akurat motocykl, którym Cooper prawie mnie rozjechał.
Część mnie chciała natychmiast cofnąć lajka, druga – ta rozsądniejsza – podpowiadała, że mleko już się rozlało. Blaine i tak zobaczy, że przeglądałem jego profil.
Wygrała duma.
Odkliknąłem serduszko i prędko zamknąłem aplikację, jakby zniknięcie ekranu mogło w jakikolwiek sposób odwrócić bieg wydarzeń.
– Umieram – stęknąłem, opadając na oparcie kanapy.
Churchill spojrzał na mnie z niepokojem, po czym nagle zerwał się i pobiegł do pokoju Asi.
Pozazdrościłem mu.
W tamtym momencie niczego tak bardzo nie pragnąłem, jak schować się pod łóżko.
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!