Same day, 10:44 a.m.
Sala treningowa była wysoka, jasna, a mimo to w tłumie ciał sprawiała wrażenie klaustrofobicznej. Powietrze pachniało świeżo wypastowanym parkietem. Przez ogromne okna widziałem tętniące życiem skrzyżowanie 68th Street i Lexington – żółte taksówki i tłum ludzi, którzy nie mieli pojęcia o naszym istnieniu.
Nagłe, głośne klaśnięcie w dłonie przecięło gwar.
– Dobra, kochani. Półkole. Siadamy i słuchamy.
Kobieta, która wyrosła w centrum pomieszczenia, zmierzyła nas badawczym, chłodnym spojrzeniem. Stała wyprostowana, ze ściągniętymi ramionami, wysoko uniesioną głową i nieprzeniknioną miną. Bardziej przypominała posąg niż żywego człowieka.
Usiadłem obok Min i Kurta. Od wykładu Sterlinga trzymaliśmy się razem, tworząc mały, bezpieczny bastion. Ale mój wzrok nieustannie uciekał na drugą stronę sali, gdzie między innymi siedział Blaine. Od czasu naszej rozmowy, każde jego spojrzenie wywoływało we mnie nieprzyjemny ścisk w żołądku.
– Nazywam się Alice D'Nneiro – przedstawiła się, stojąc na środku sali. Przez chwilę milczała, upewniając się, że ma naszą pełną uwagę. – Zostałam zaproszona jako gościnna artystka, aby poprowadzić wasze zajęcia poziomujące i podzielić na grupy warsztatowe – powiedziała. – Krótko o mnie: jestem tancerką i asystentką choreograficzną u Marthy Graham.
W sali zapanowała cisza, w której słyszałem bicie własnego serca. Marzeniem każdego, kto brał taniec współczesny na poważnie, był ten jeden zespół. Miejsce, w którym narodził się amerykański modern.
– Zaraz zrobimy rozgrzewkę, potem pokażę krótki dwuminutowy układ. Przejdziemy go kilka razy, a na końcu zatańczycie go przede mną w czteroosobowych grupach. Połowa z was jest tu dzięki stypendiom i listom polecającym – powiedziała, rzucając nam ostre spojrzenie. – Zobaczymy, czy wasze ciała mówią to samo, co papiery.
Przełknąłem ślinę. Żołądek ścisnął mi się nieprzyjemnie.
To nie był już trening w szkole w Gdańsku, gdzie po każdej kombinacji ktoś klepał mnie po plecach. Żaden z moich wcześniejszych nauczycieli nie miał w sobie tej chłodnej pewności co Alice, której jeden ruch ręki postawił nas wszystkich na nogi.
Wyrwanie dla siebie kawałka podłogi graniczyło z cudem. Każdy walczył o przestrzeń i choćby skrawek odbicia w lustrze. Skończyłem w rogu, w miejscu, na które nikt nie zwrócił uwagi. Widok na siebie miałem wystarczający, w tym ścisku nie było sensu wybrzydzać.
Co jakiś czas w kadr wchodził mi chłopak o latynoskiej urodzie, z burzą kręconych włosów do ramion. Elian Hernández. Imię pasowało do niego tak dobrze, że zapamiętałem je od razu.
Wysoki, dobrze zbudowany, z tą promienną, prawie zbyt niewinną twarzą. Wyglądał jak ktoś, kto zawsze trafiał w samo światło reflektorów.
Po rozgrzewce Alice stanęła na środku. Odczekała chwilę i ruszyła, gdy muzyka uderzyła z głośników.
Pokazała nam surowy modern. Jej ruchy były czyste, ostre, niemal bolesne. Z impetem rzucała się na podłogę, by sekundę później zastygnąć w bezruchu. Miała kontrolę nad każdym mięśniem. Jej stopy uderzały o deski tak, że aż czułem drgania parkietu. To, co wcześniej uznawałem za wysoki poziom, tutaj wyglądało jak szkolne przedstawienie.
Powtarzaliśmy układ krok po kroku. Mój wzrok uparcie wracał do Eliana. Przy nim każdy wypadał jak statysta.
Hernández łapał wszystko od razu, jakby jego ciało wiedziało więcej niż on sam. Min, na drugim końcu sali, też radziła sobie świetnie. Kurt zniknął mi z oczu, pewnie tańczył gdzieś z tyłu. Blaine'a próbowałem ignorować... bez skutku. W lustrze jego sylwetka odcinała się wyraźnie – oliwkowa skóra, czarne włosy, ostre linie ciała.
Dupka nie dało się przegapić. Wciąż pojawiał się w moim polu widzenia, jakby robił to specjalnie.
Tempo nie zostawiało miejsca na myślenie. Niskie zejście do parteru: skurcz, prawie do ziemi, potem szybki wyprost i obrót.
Kiedy prostowałem plecy i szukałem punktu w lustrze, zamiast siebie zobaczyłem Coopera. Stał kilka metrów dalej, dokładnie na linii mojego wzroku. Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy, gdy obaj wyrzuciliśmy ramię w górę.
To wystarczyło, spóźniłem dostawienie stopy. Ciało poleciało w bok, prosto na Eliana. Wpadłem na niego. Uderzyłem go w ramię i zatrzymałem się dopiero na jego klatce piersiowej, a on cofnął się o krok, ratując nas przed upadkiem.
– Jedyne o co was proszę, to pełna koncentracja – chłodna uwaga Alice sprawiła, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Odchrząknąłem, a ciepło rozlało mi się po policzkach, sięgając aż do koniuszków uszu.
– Przepraszam – zwróciłem się do Alice, by zaraz zerknąć jeszcze na Eliana i dodać ciszej: – Sorry.
On uśmiechnął się tylko, jakby w ogóle go to nie obeszło.
– Spoko, zdarza się przecież.
Ustawiając się, znów zerknąłem w lustro. Jak na złość, mój wzrok samoistnie powędrował w stronę Blaine'a. Wyglądał na rozbawionego, a gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, jego uśmiech natychmiast nabrał drwiącego wyrazu.
Przymknąłem na moment oczy, próbując się wyciszyć i odsunąć upokorzenie na bok.
Wróciliśmy do ćwiczeń, które jednak nie trwały już długo. O to Alice chodziło: chciała nas sprawdzić pod presją, a moja pamięć ruchowa potrafiła się wywalić w najmniej odpowiednim momencie.
Szybko podzieliła nas na czwórki, po prostu odliczając kolejne osoby. Trafiłem do grupy z Sofią (z którą na pewno nie pogadam po rosyjsku), Jake'iem, i drobną, cichą blondynką.
Min-jin występowała w pierwszej grupie. Szybko odnalazła się z Tamarą i dwiema innymi dziewczynami, których imiona uleciały mi z głowy równie szybko, jak je usłyszałem. Z twarzami radziłem sobie zdecydowanie lepiej niż z nazwiskami.
Od razu uderzyła we mnie jej płynność i kontrola. Pod koniec lekko się pogubiła, ale i tak wyglądało to dobrze. Tamara odstawała technicznie, za to nadrabiała siłą. Kiedy Alice wyłączyła muzykę, tylko ona wyglądała, jakby w ogóle się nie zmęczyła.
– Dobrze ci poszło – rzuciłem, gdy Min usiadła obok z butelką wody.
– Mogło być lepiej.
Na środku pojawiła się kolejna czwórka. Odetchnąłem, widząc, jak dwie osoby mylą kroki i improwizują, byle dotrwać do końca. Może nie będę tu najgorszy.
Kątem oka spojrzałem na Alice. Siedziała z notatnikiem na kolanach i coś w nim zapisywała. Kiedy jedna z dziewczyn znów zrobiła błąd, zamaszyście coś podkreśliła.
Przełknąłem ślinę. Od samego czekania dłonie miałem już mokre.
Grupa trzecia: Elian i reszta.
„Reszta”, bo pozostali po prostu przy nim zniknęli. Płynął przez choreografię bez potknięć, całkowicie zawłaszczając przestrzeń, trudno było oderwać wzrok. Szczerze współczułem tym, którzy musieli z nim tańczyć.
Kolejne grupy wypadały nierówno, zawsze ktoś wybijał się na pierwszy plan. W czwartej dominowała wysoka, rudowłosa dziewczyna z niesamowitą kontrolą, a w piątej – co szczerze mnie ucieszyło – na pierwszy plan wybił się Kurt.
Nie pomylił się ani razu. Dociągał każdy ruch do końca, pilnując najmniejszych szczegółów. Na co dzień wycofany, w tańcu całkowicie zagarnął przestrzeń.
Przyszła moja kolej.
Wstałem, czując mrowienie w dłoniach. Kurt klepnął mnie w ramię, a Min szepnęła, że trzyma kciuki.
Kiedy mijałem Blaine'a, nawet na niego nie spojrzałem, nie chcąc wybijać się z rytmu.
– Tylko się nie potknij. – On miał jednak inne plany. Uśmiechnął się do mnie wyzywająco, na co ja nie dałem się sprowokować. Nie odpowiedziałem.
Ustawiliśmy się w szachownicę, tak żeby każdy miał swoje „okno” w lustrze. Stanąłem na swojej pozycji, na moment wyłączając umysł.
Z głośników popłynęły pierwsze akordy utworu, który znałem już na pamięć. Początek wszedł idealnie. Ciało po prostu wiedziało, co robić. Niski skurcz, wyrzut i długa linia ramion. Zmiany ciężaru były płynne, a przejścia do parteru miękkie i dynamiczne. Wszystko siedziało w rytmie.
I wtedy przekręciłem obrót.
Zamiast trzymać pion, za mocno szarpnąłem ramię. Musiałem dobić dodatkowy, koślawy krok, żeby nie wylądować na boku. Chciałem to nadgonić, ale wyleciałem z tempa. Przy kolejnym wyskoku stopy nie złapały pełnego kontaktu z podłogą i zamiast mocnego wybicia, wyszło nerwowe szarpnięcie.
Muzyka zamilkła. Stałem na środku z walącym sercem.
Dwa błędy. Dokładnie o dwa za dużo.
– Dobrze, grupa siódma – rzuciła Alice, kompletnie ignorując nasz występ.
Zszedłem z parkietu, ze wzrokiem spuszczonym w dół. Usiadłem obok Min, która od razu szturchnęła mnie ramieniem.
– Początek miałeś mistrzowski – szepnęła.
– A potem był dramat.
– Nie było tak źle – mruknął Kurt.
Uśmiechnąłem się do nich blado. Doceniałem, że próbują, ale wszyscy wiedzieliśmy, że Alice notowała każde potknięcie.
Kiedy kolejna grupa zaczęła zajmować pozycje, robiłem co mogłem, byle tylko nie spojrzeć na Blaine'a. Uparcie wpatrywałem się w swoje gołe stopy, jakby ich zetknięcie z zimnym parkietem było teraz najważniejszą rzeczą na świecie. Wszystko, byle oglądać jego złośliwego uśmiechu.
W międzyczasie dziewczyny skończyły tańczyć. Nie śledziłem ich zbyt uważnie, ale wydawało mi się, że poradziły sobie poprawnie.
A potem przyszła kolej na ostatnią grupę. Mimowolnie zacisnąłem dłonie spodniach dresowych, patrząc na Blaine'a ustawiającego się przed lustrem. Miał tę swoją znudzoną minę, która jednak zniknęła w sekundzie, gdy uderzyła muzyka. Cały zesztywniał, wzrok mu stężał, a sylwetka nagle nabrała ostrości.
Ku mojemu rozczarowaniu, był dobry. Nawet bardzo. Choć czasem jego stopy lądowały za późno, a ręce zamykały się niedokładnie, to kiedy wykonał obrót i rzucił się na kolano, uderzenie aż rozeszło się po sali. Nie tańczył schematami, po prostu puszczał swoje ciało w przestrzeń, a ono, jakimś cudem, zawsze lądowało tam, gdzie powinno.
Było w tym coś dzikiego i kompletnie niechlujnego, a jednocześnie hipnotyzującego. Nawet gdy gubił wykończenie rąk, nadrabiał to siłą i pewnością. Patrzyłem na niego, czując narastającą irytację.
W sali zapadła cisza, przerywana jedynie ciężkimi oddechami tancerzy. Alice uniosła brwi i szybko coś nabazgrała, po czym kiwnęła głową – bardziej do siebie niż do nas.
– Dobrze, przeszliśmy przez najtrudniejszą część – powiedziała, zamykając notatnik. – Zróbmy przerwę. Dam wam godzinę. Idźcie coś zjeść, odpocznijcie. Spotykamy się o piętnastej. Wtedy powiem wam, co dalej. Muszę kilka rzeczy przemyśleć.
W sali nagle zrobiło się głośno. Wszyscy ruszyli ku wyjściu, zbijając się w grupki.
– Boże, co za stres – jęknęła Min-jin, gdy wychodziliśmy na korytarz. – Myślicie, że mogłaby nas stąd po prostu wyrzucić?
– Jakby się uparła, pewnie tak – mruknął Kurt.
– Dobra, nie ma co. Ogarnijmy się i chodźmy coś zjeść.
Posłałem Min blady uśmiech i potaknąłem. Patryk zawsze powtarzał, że należy odpuszczać kwestie, których nie można już realnie zmienić. A ja, chyba po raz pierwszy, miałem zamiar w końcu go posłuchać.
Same day, 12:13 p.m.
W szatni śmierdziało potem, dezodorantem i tanim mydłem z dozownika. Lampy jarzeniowe rzucały ostre, białe światło na rzędy metalowych szafek. Zdjąłem przepoconą koszulkę i rzuciłem ją na ławkę. Starałem się nie myśleć o Blaine'ie stojącym za moimi plecami, którego obecność raz po raz przypominała mi każde potknięcie z dzisiejszych zajęć.
– Tak się zastanawiam... – Zamarłem z ręką na zamku torby. Blaine stał dwa metry dalej, pochylony nad swoim plecakiem. – Ty masz problemy z równowagą czy z koncentracją?
Szum pryszniców niósł ze sobą stłumione głosy Kurta i Jake'a, ale tutaj, między rzędami blachy, byliśmy zupełnie sami.
Nie odezwałem się. Sięgnąłem po czystą koszulkę. W tym samym momencie Cooper z ręcznikiem w dłoni podszedł bliżej.
– Po tym, jak władowałeś się na czerwonym na pasy, stawiam, że łatwo się rozpraszasz.
Zacisnąłem palce na materiale, mnąc go bezwiednie. O co mu
właściwie chodziło?
Odwróciłem się gwałtownie. Stał za
blisko, z tym swoim głupim, krzywym uśmiechem przyklejonym do
twarzy.
– Ja przynajmniej nie rzucam się po parkiecie jak pojeb – wypaliłem.
On w odpowiedzi parsknął śmiechem, jakby właśnie usłyszał najlepszy dowcip roku.
Zamrugałem. Na sekundę zgubiłem grunt pod nogami. Gość był absolutnie nieobliczalny. Nie potrafiłem wyczuć, czy to kolejna szpila, czy nagle, z jakiegoś chorego powodu, zaczęliśmy się kumplować.
Śmiech uciął się równie szybko, jak się pojawił. Rozbawienie zniknęło z jego twarzy w jednej chwili.
Zrobił kolejny krok w moją stronę. Teraz dzieliło nas niecałe pół metra, a w szatni zrobiło się jeszcze bardziej duszno. Widziałem, jak porusza się jego jabłko Adama, kiedy przełykał ślinę.
– Masz zły środek ciężkości.
– Co?
– Tutaj. – Uniósł rękę i zanim zdążyłem zareagować, wcisnął palec tuż nad moim pępkiem. – Za wysoko trzymasz ciężar. Dlatego wyrzuciło cię w obrocie.
Gorąco rozlało mi się po karku. Zastygłem w bezruchu. Palec Blaine'a był zaskakująco chłodny w porównaniu z moją rozgrzaną skórą.
– Znajdź swój środek ciężkości dwa centymetry niżej – kontynuował. Zabrał rękę, po czym odsunął się na krok. – Skup się na oddechu i powinno być dobrze.
Na jego twarzy znów pojawił się ten drwiący uśmieszek, którego zaczynałem nienawidzić.
– I następnym razem uważaj na Eliana – dodał z rozbawieniem. – Jeszcze mu tę ładną buźkę obijesz – to mówiąc, wyminął mnie bez słowa i zniknął w łazience, nie dając możliwości odpowiedzi.
Opadłem na ławkę. Zimne powietrze z wentylacji uderzyło w moją klatkę piersiową. W miejscu, gdzie przed chwilą wbijał się jego palec, skóra wciąż mrowiła – lekkie, uporczywe pulsowanie, którego nie mogłem zignorować.
Dupek. Potraktował mnie jak amatora, którego trzeba nauczyć podstaw.
Wypuściłem głośno powietrze, próbując pozbyć się z płuc resztek tej ciężkiej, dusznej atmosfery, którą po sobie zostawił. Spojrzałem na swoje dłonie, lekko drżały. Nie wiedziałem, czy z irytacji, czy z czegoś zupełnie innego.
Zacisnąłem pięści, wbijając paznokcie w skórę.
Muszę wziąć się w garść. I to szybko.
Nie byłem przecież łamagą.
Same day, 12:21 p.m.
– Chodźmy na stołówkę – zaproponował Elian, kiedy wszyscy ponownie spotkaliśmy się w holu. – Złączymy stoły, żeby usiąść większą ekipą.
– Dobry pomysł! – podchwyciła Tamara zbyt entuzjastycznie.
Rozejrzałem się po twarzach, brakowało kilku osób, w tym Blaine'a, ale nikt się tym nie przejął, a mnie ogarnęła ulga. Ostatnie czego chciałem, to kolejnej dziwnej konwersacji z nim.
Elian, wykorzystując swój urok, błyskawicznie przekonał pracownice, że połączenie czterech stołów to świetny pomysł. I chwilę później siedzieliśmy już wszyscy razem.
Nie mogłem powiedzieć, że polubiłem każdego z nich. Może przez tę wzmiankę o rosyjskim, która wciąż gdzieś mnie kłuła, a może przez jej narzucający się styl bycia – Tamara zupełnie nie przypadła mi do gustu. Była głośna w ten męczący sposób, jakby każdą sekundę bez uwagi innych uważała za straconą.
Za to Min i Kurt szybko stali się moją przystanią. Kiedy więc zaproponowali piwo w sobotę, zgodziłem się bez wahania.
Niestety, pytanie nie było na tyle dyskretne, by nikt go nie usłyszał.
– Mogę dołączyć? – zapytał Elian, pochylając się nad stołem.
Zagryzłem wargę. Lubiłem go. Dobra, bardziej niż lubiłem. I, patrząc po reakcjach większości dziewczyn, nie tylko ja.
– Jasne – rzuciła Min-jin, wzruszając od niechcenia ramionami.
– O, jakieś wyjście? W sobotę? – Tamara natychmiast podchwyciła.
I tyle z kameralnego planu wyjścia w trójkę. W kilka sekund zrobiła się z niego impreza na pół roku.
– Byle gdzieś, gdzie nie sprawdzają ID – mruknęła Sofia. – Ja jeszcze go nie mam.
Ktoś rzucił nazwę baru, ktoś inny godzinę. Opadłem na oparcie krzesła.
Zamiast spokojnego wieczoru szykowała się operacja logistyczna.
Spojrzałem na Eliana. Wyglądał na szczerze zachwyconego.
Same day, 1:15 p.m.
Powrót na salę uciął wszystkie rozmowy. Atmosfera zgęstniała tak bardzo, że każdy głośniejszy oddech wydawał się niewłaściwy. Nawet Elian, siadając na parkiecie, stracił tę swoją lekkość i wbijał wzrok w jeden punkt przed sobą.
– Zaraz zwymiotuję – jęknęła Min, zaciskając palce na moim ramieniu.
– Daj spokój. Nawet na maturze tak się nie stresowałem – szepnąłem.
– Na czym?
– Na egzaminach końcowych w moim kraju.
Min-jin milczała przez chwilę, po czym pokręciła głową.
– Suneung był najgorszym dniem mojego życia. Ten jest drugi w kolejce.
Usiedliśmy w stałym składzie: Kurt, Min i ja. Alice zajęła drewniane krzesło na środku sali, od razu otwierając notes. Czekała cierpliwie, aż zapadnie cisza, po czym zaczęła powoli:
– Z dobrych wiadomości: nie jest najgorzej. – Przez pomieszczenie przetoczył się zbiorowy świst wypuszczanego powietrza. – Ale to nie oznacza, że jest dobrze. Wielu z was musi się podciągnąć. I to natychmiast.
Przerzuciła stronę.
– Podzielę was na trzy grupy. Jedna dziesięcioosobowa, dwie pozostałe po jedenaście osób – mówiła, nie odrywając wzroku od zapisków. – W tym roku zaproponowałam zmianę. Zawsze dzieliliśmy was według umiejętności: od zaawansowanych po tych, którzy wymagali najwięcej pracy. Tym razem przeprowadzimy eksperyment. Wymieszam was.
W sali, mimo działającej klimatyzacji, zrobiło się duszno. Zerknąłem na moją zagraniczną ekipę; oboje wbijali w Alice napięte spojrzenia, ale ich twarze rozluźniły się nieznacznie. Najwyraźniej doszli do tego samego wniosku co ja – dziś raczej nikt z nas nie wyleci.
– Skoro mamy się mieszać, potrzebujemy punktów odniesienia – kontynuowała, podnosząc w końcu wzrok znad notatnika. Przesunęła nim po naszych twarzach, aż zatrzymała go w jednym miejscu. – Elian.
Elian wyprostował się odruchowo.
– Twój dzisiejszy występ był najbliższy temu, czego wymagam w tej szkole. Twoje ruchy są czyste, kontrolowane i, co najważniejsze, masz świadomość swojego ciała. Dlatego ty będziesz filarem pierwszej grupy. Reszta ma do ciebie równać – powiedziała sucho, choć jej ton podszyty był groźbą.
– Druga osoba, która się wyróżniła... Margaret. – Tym razem spojrzenie Alice spoczęło na wysokiej, rudej dziewczynie. – Masz warsztat oraz świetne poczucie rytmu. Ale brakuje mi w tobie ciężaru. Wszystko jest u ciebie lekkie, zwiewne i poprawne, ale w modernie czy w contemporary trzeba umieć upaść. Te rodzaje tańca bywają brudne i chciałabym, żebyś mi to kiedyś pokazała.
Margaret tylko lekko skinęła głową, choć widziałem, jak zacisnęła dłonie na kolanach. Alice nie dawała czasu na przetrawienie krytyki. Jej wzrok przesunął się dalej, omijając mnie, Min i Kurta, aż zatrzymał się na drugim końcu sali.
– Trzecia grupa... Blaine.
Przez salę przeszedł stłumiony szept. Nawet Elian uniósł brwi.
– U ciebie jest dokładnie na odwrót – kontynuowała Alice, a w jej głosie pobrzmiewało zaciekawienie. – Nie masz za grosz techniki, twoje stopy to dramat, a ręce latają, gdzie chcą. Ale masz to, czego brakuje Margaret, nie boisz się upaść. Tańczysz, jakbyś walczył o życie. Będziesz filarem trzeciej grupy. Zobaczymy, czy twój chaos jest zaraźliwy. Tu jednak zaznaczę – uniosła na Coopera uważne spojrzenie – nie wiem, czy postępuję słusznie. Ale było w tym coś, co mnie zaintrygowało, więc dam ci kredyt zaufania.
Poczułem, jak żołądek wykręca mi się w supeł. Alice zaczęła czytać nazwiska, a ja modliłem się tylko o to, by wylądować w składzie chociaż z Min albo z Kurtem – nie łudziłem się, że zostawi naszą trójkę razem.
– Grupa pierwsza: Elian, Sofia, Jake, Victoria... – Głos Alice niósł się po sali, suchy i beznamiętny.
Każde kolejne imię brzmiało jak zatrzaskujące się drzwi. Gdy lista pierwszej grupy dobiegła końca i żadne z nas nie zostało wyczytane, poczułem krótką ulgę, zaraz zduszoną przez jeszcze większe napięcie.
– Grupa druga: Margaret, Kurt...
Serce mi zamarło. Kurt rzucił nam szybkie, niepewne spojrzenie. Pierwsza nić pękła. Zostaliśmy tylko ja i Min, której dłoń zacisnęła się porozumiewawczo na moim nadgarstku.
– Grupa trzecia: Blaine, Kavya, Clara, Samira, Min-jin...
Posłałem jej krótkie spojrzenie.
– Lucia, Chloe, Tamara, Matthew...
No i jest. Ulgę szybko jednak przykrył niesmak.
Blaine i Tamara w jednej grupie. Czy to nie było już przegięcie? Zerknąłem na Min, miała dokładnie tę samą minę co ja.
– Oraz Yue – dodała Alice, zamykając listę i zerkając w stronę dziewczyny o azjatyckich rysach. – Każdy wie, gdzie trafił?
Przesunęła po nas chłodne spojrzenie, jakby czekała na sprzeciw. Nikt się nie odezwał. Tylko stłumiony gwar z ulicy wciskał się przez nieszczelne okna.
– Od jutra, czy to na balecie, czy na próbach z techniki współczesnej, pojawiacie się w tych właśnie składach. Na waszych kontach CUNYfirst znajdziecie zaktualizowane plany zajęć.
Zamknęła notatnik, ale nie wstała jeszcze z krzesła.
– A co do zaliczenia semestru: w grupach, które wymieniłam, zatańczycie układy pod okiem choreografów. Z tego, co wiem, ja również będę przypisana do jednej z waszych grup. Pokaz końcowy odbędzie się w naszym Black Boxie.
Przez salę przeszedł trudny do rozszyfrowania pomruk. Zdezorientowany, zerknąłem na Min-jin, a potem na Kurta. Obaj wglądali na tak samo zagubionych.
– Nie wiem, czy widzieliście już naszą salę teatralną – podjęła Alice, a jej głos jeszcze się ochłodził. – Nie ma tam efektów specjalnych ani wielkiej sceny, która wybaczałaby błędy. Będziecie tylko wy i widownia metr od waszych twarzy. W Black Boxie widać każde zawahanie. Tam nie da się udawać. Pamiętajcie o tym, kiedy jutro zaczniecie pracę w grupach.
Alice podniosła się i po raz pierwszy na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
– To tyle. Z częścią z was widzę się jutro na próbach.
Wyszła, a w sali natychmiast pękła bańka ciszy. Wzbił się typowy pozajęciowy szum; dźwięk zasuwanych zamków w torbach, głośne wypuszczanie powietrza i pierwsze szepty o nowych przydziałach.
– Kurt, będziemy tęsknić! – jęknęła Min, uwieszając mu się na szyi, jakby wysyłali go na front, a nie do innej grupy.
– Mhm... – mruknął Kurt ze swoją charakterystyczną nutą egzystencjalnego smutku. – Ja przy Margaret chyba będę musiał zacząć prasować koszulki na treningi.
Łypnął na nas spode łba, poprawiając torbę na ramieniu. Wyglądał, jakby już teraz pogodził się z tym, że jego życie przez najbliższy semestr będzie pasmem nienagannych plié i wyrzutów z powodu każdego krzywego palca.
Margaret właśnie wiązała swoje ogniście rude włosy – jedyny ekstrawagancki akcent w jej wizerunku – w ciasny, pedantyczny kucyk. Nawet jej biała koszulka, mimo męczących ćwiczeń, pozostawała nienagannie gładka.
– My i tak mamy gorzej – szepnąłem, wychodząc na korytarz.
Jak na zawołanie minął nas Blaine. Nie zatrzymał się, tylko rzucił w naszą stronę ciężkie spojrzenie. Na litość boską, czy ten facet miał w ogóle jakieś inne emocje w zanadrzu?
No tak. Przypomniało mi się moje spektakularne potknięcie na próbie. Był nim przecież niesamowicie rozbawiony.
Przeklęty dupek.
– To co, ktoś leci na metro i jedzie linią szóstą? – Za plecami rozbrzmiał niski, znajomy głos.
Odwróciłem się do Eliana z mimowolnym uśmiechem.
– Ja – rzuciłem, nim zdążyłem to dobrze przemyśleć.
Z tłumu wyłoniła się też Tamara, poprawiając torbę i szczerząc się, ale zdecydowanie nie do mnie. Przysunęła się do Eliana i zaczęła coś paplać o wspólnych dojazdach na uczelnię.
Westchnąłem w duchu.
Mogłem się nie odzywać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!