Saturday, August 22, 2:27 p.m.
Wibracja telefonu rozeszła się po blacie, niszcząc panującą w pokoju ciszę. Sięgnąłem po smartfona, przesuwając wzrokiem po biurku, które przestawało być sterylnie puste. Z dnia na dzień coraz wyraźniej zaznaczałem tu swoją obecność – rzuconymi słuchawkami, książką, do której czytania nie mogłem się zebrać, dwoma buteleczkami perfum czy rozłożonym laptopem.
Ekran rozbłysnął. Wystarczyło jedno spojrzenie na zdjęcie, by w gardle stanęła mi sucha, twarda gula.
Patryk ciasno obejmował Jagodę, naszą wspólną przyjaciółkę. Ona, zazwyczaj wycofana, tym razem uśmiechała się szeroko, wręcz promieniejąc. Stali pod białą pergolą w ogródku działkowym jej rodziców, wznosząc toast drinkami. Wyglądali na tak bezczelnie szczęśliwych, jakby świat poza tym ogrodem przestał dla nich istnieć.
Komórka zadrżała ponownie. Kolejne zdjęcie. Tym razem na paletowej kanapie siedzieli już wszyscy: Wiktoria, Julia, Janek, Kuba i Patryk. Jagoda musiała stać po drugiej stronie obiektywu.
Na stole przykrytym ceratą piętrzyły się miski z jedzeniem, brudne talerzyki i butelki. No tak, sobota. Spojrzałem na zegarek, była dopiero czternasta, ale w Polsce wieczór właśnie nabierał tempa. Beze mnie.
Tak wyglądały moje wakacyjne weekendy w Gdańsku. Działka Jagody, dom Patryka albo plaża, jeśli nie było nic lepszego do roboty. Zazdrościłem im tej beztroski tak bardzo, że aż skręcało mnie w środku.
Kiedy urządzenie zawibrowało po raz kolejny, miałem ochotę cisnąć nim o ścianę.
– Tęsknimy!
Patrzyłem na to jedno słowo, dopóki obraz nie zgasł.
Poderwałem się z łóżka i wciągnąłem sportowe spodenki. Plan był prosty: bieganie i rozciąganie, aż przestanę myśleć. Teraz, jak nigdy wcześniej, potrzebowałem fizycznego zmęczenia. Tylko ono dawało szansę na spokój.
Wybiegłem z pustego mieszkania – soboty w knajpie Asi były wyjątkowo ruchliwe – prosto w gorące, przesiąknięte spalinami powietrze Brooklynu. Ten smród był niczym w porównaniu z wyziewami na Times Square, ale i tak drażnił nozdrza.
Wcisnąłem słuchawki do uszu i po krótkiej rozgrzewce ruszyłem w stronę Brooklyn Bridge Park. Trasa w obie strony to jakieś pięć kilometrów, ale podskórnie czułem, że dziś to za mało. Musiałem dobić się bardziej.
Słońce, zaduch i tłumy ludzi, którzy wylegli na ulice, by wycisnąć z tego weekendu ile się da, skutecznie odciągnęły moją uwagę od telefonu. Choć ten, zamknięty w opasce na ramieniu, wciąż wydawał się nienaturalnie ciężki.
Na miejsce dotarłem zaskakująco szybko. Za szybko. To nielogiczne, w końcu w bieganiu czas był najważniejszy, ale teraz wolałbym, żeby ta droga trwała wieczność.
Oparłem się o barierkę, próbując złapać oddech przed panoramą Manhattanu. Dookoła kręcili się inni biegacze i rowerzyści, a na trawnikach za moimi plecami całe grupy wylegiwały się w słońcu. Patrzyłem na nich, czując się jak idiota – stałem tam, zalewając się potem i walcząc z samotnością w samym środku wielomilionowego miasta.
Głosy w mojej głowie, powtarzające jak mantrę, że przecież zaraz zacznę studia i wejdę w najbardziej szalony etap życia, wcale nie pomagały. Liczyło się tylko to, co tu i teraz.
A teraz byłem sam.
*
Tuesday, August 25, 8:30 a.m.
Podczas gdy polski student mógł przez cały wrzesień smakować beztroskę, w USA rok akademicki ruszał już pod koniec sierpnia. Trudno było nie czuć z tego powodu niesprawiedliwości, ale z drugiej strony nie mogłem się już doczekać. Kolejne kilka dni uwięzienia w cichym mieszkaniu Asi, a sam zapukałbym do drzwi najbliższego oddziału zamkniętego, prosząc o jakikolwiek ratunek przed własną głową.
Wydział tańca znajdował się na głównym kampusie, więc znów musiałem tłuc się na Manhattan. Jednakże świadomość, że tym razem dobrze znam już drogę, trochę mnie uspokoiła. Wsiadłem w metro i wyciągnąłem telefon. Od razu zrobiłem szybkie selfie – odpowiedź na fotografię, którą dostałem od Patryka.
Mój już-definitywnie-były właśnie kończył zmianę w kawiarni, gdzie dorabiał przez wakacje. Uśmiechnąłem się pod nosem, patrząc na jego zmęczoną twarz. Podpisał to krótko:
– Picie w niedzielę i pracka o siódmej to fatalny pomysł.
Wysłałem mu zdjęcie, na którym – nie będę sztucznie skromny – wyszedłem naprawdę dobrze. Dziś moje włosy „włosowały”, jak to zawsze mówiła Jagoda. Układały się w lekkie fale, opadając na skronie i przykrywając końcówki brwi. Chociaż wewnętrznie cały się sypałem, to na zewnątrz nie było po tym śladu.
– Dlatego ja grzecznie spałem. Zaraz mam pierwsze zajęcia.
Wysłałem wiadomość i uśmiechnąłem się smutno do ekranu, po czym zerknąłem na rozkład metra nad drzwiami.
Jeszcze jeden przystanek i przesiadka na Union Square. Powoli zaczynałem rozumieć, jak to wszystko działa: skąd dokąd dojadę oraz w którą linię najlepiej wskoczyć. Jasne, na razie trzymałem się utartych ścieżek, ale i tak pękałem z dumy.
– Powoli przestaję się gubić w metrze. Nie do wiary, co? – napisałem jeszcze.
Wcisnąłem telefon w kieszeń szerokich jeansów i przesunąłem się ku drzwiom.
*
Same day, 8:50 a.m.
Audytorium wydawało się absurdalnie wielkie, jak na liczbę osób rozrzuconych po sali. Stanąłem w progu i – cholera – poczułem się, jakbym wszedł prosto w kadr jednego z tych amerykańskich filmów o studentach.
Pomieszczenie było wysokie i strome, a kaskadowe rzędy drewnianych pulpitów piętrzyły się w górę, jakby miały pomieścić setki słuchaczy. Pod wysokim sufitem niosło się echo rozmów i szelest wyciąganych notatników. Przez wielkie okna wpadało ostre słońce, a w grubych smugach światła wirowały drobinki kurzu. Wszystko tu było zbyt wielkie i zbyt „nowojorskie”, żeby mogło być prawdziwe.
Zdusiłem nagłą chęć uwiecznienia tego na zdjęciu – pewnie będę miał jeszcze niejedną okazję – i rozejrzałem się po sali. Od razu wyłowiłem wzrokiem Min-jin oraz półleżącego na blacie Kurta. Uśmiechnąłem się pod nosem i ruszyłem w stronę „moich” ludzi, jak już zdążyłem ochrzcić ich w głowie. Mieliśmy przecież wspólną grupę na WhatsAppie i wymieniliśmy nawet kilka memów. A to, nikt mi nie wmówi, oznaczało, że przez najbliższe dni będziemy trzymać się razem, jak na zagraniczniaków przystało.
– Matt! – zawołała wesoło Min, machając w moją stronę. Kurt podniósł na mnie spojrzenie i przywitał się dużo mniej wylewnie.
– Hej – rzuciłem, zajmując miejsce obok dziewczyny. – Co tam?
– Rozmawiałam właśnie z Tamarą – powiedziała Min, wskazując na brunetkę siedzącą rząd przed nami. Ta, jak na zawołanie, odwróciła się z szerokim uśmiechem. – Ponoć wykładowca to stary zgred.
– Starsze roczniki mówią, że ciężko u niego zdać. – Mówiła niesamowicie szybko, jakby każde słowo było pociskiem, który musi natychmiast wystrzelić. – Miło cię poznać. – Wyciągnęła do mnie dłoń.
– Matthew. Mi również. – Uśmiechnąłem się, a polski akcent wydawał się wręcz wypływać przez moje zęby. Cholera, w myślach brzmiałem o niebo lepiej.
– Skąd jesteś? – zagadnęła, taksując mnie wzrokiem. Jej spojrzenie nie miało w sobie nic z ciekawości. Było chłodne i nienaturalnie uważne. Przesunęła oczami po mojej twarzy i ubraniu, jakby wystawiała mi ocenę, zanim w ogóle zdążyłem odpowiedzieć. Poczułem jak sztywnieją mi kark i ramiona.
– Z Polski.
– Och... Serio? – Przetwarzała chwilę informację. – Tam... – Uniosła się nieco, żeby wskazać na rząd obok. – Widzisz tę dziewczynę z różowymi włosami? Trudno jej nie zauważyć.
Rzeczywiście, wyróżniała się w tłumie. Miała na głowie intensywny, niemal fuksjowy odcień.
– Mhm, widzę.
– To Sofia. Jej rodzice są Rosjanami. Mówi płynnie po rosyjsku. Może będzie ci tu dzięki niej łatwiej – powiedziała absolutnie poważnie, pewnie w dobrej wierze. Uśmiechnąłem się krzywo, a nagły niesmak uderzył mnie w buzi. Zupełnie jakbym podczas jedzenia smacznej zupy, natrafił zębami na ziarno ziela angielskiego.
Tamara nie mogła wiedzieć, że wrzucanie nas do jednego worka z Rosjanami to dla Polaka niemal obelga, ale i tak nie potrafiłem tego po prostu przełknąć.
– Nie mówię po rosyjsku – powiedziałem, zaskakująco stanowczo jak na siebie. – W Polsce mówimy po polsku. I nawet nie używamy cyrylicy – musiałem to zaznaczyć. Nieświadomie zostałem chyba orędownikiem biało-czerwonej odrębności kulturowej.
– Ach, sorki. – Tamara wydawała się zupełnie zbita z tropu.
– To tak, jakby nazywać każdego Azjatę Chińczykiem – wtrąciła nagle Min-jin z pełnym zrozumieniem. – Uwierz, my też tego nienawidzimy – szepnęła, pochylając się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością i nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, na sali zapanowała cisza. Mój wzrok, jak i chyba każdego innego studenta, powędrował w dół. Przy dużej tablicy, na niewielkim podwyższeniu, stanął niski, łysiejący i niegroźnie wyglądający dziadek. Taki, któremu bez wahania ustąpiłbym miejsca w metrze.
Obok kręciła się młoda kobieta, podłączając mu laptopa i sprawdzając nagłośnienie. Wręczyła mężczyźnie mikrofon, za co on nawet nie podziękował.
– Raz, raz – powiedział, a z głośników wydobył się pisk. – Trochę za głośno – zwrócił się do dziewczyny. Ta kiwnęła głową, szybko coś przestawiając na pulpicie. – Raz, raz. Dobrze. Witam państwa. Proszę zająć miejsca i usiąść spokojnie. Nie jeść i nie rozmawiać w trakcie wykładu. – Mówił monotonnym tonem, od którego zachciało mi się ziewać.
– Będzie ciekawie – szepnęła Min-jin, a Kurt aż się wyprostował, gdy wzrok mężczyzny na ułamek sekundy zatrzymał się właśnie na nim.
– Będzie przejebanie – rzucił pod nosem, nie kryjąc niechęci.
– Nazywam się Arthur Sterling – zaczął, przesuwając palcem po krawędzi blatu. – Jestem profesorem wizytującym i kierownikiem katedry historii sztuki na tym wydziale.
Przerwał, a w auli zrobiło się tak cicho, że słyszałem własny oddech.
– Będę prowadził z państwem zajęcia z historii tańca w ujęciu performatywnym. Proszę nie oczekiwać, że będę państwa zabawiał. Moim zadaniem nie jest sprawienie, byście polubili historię. Moim zadaniem jest uświadomienie wam, dlaczego to, co robicie na sali prób, ma jakiekolwiek znaczenie. Albo czy w ogóle je ma, gdy przestaniecie się już ruszać.
Poprawił okulary na czubku nosa i pierwszy raz spojrzał na nas – młodych ludzi, którzy przyszli tu głównie dla samego tańca, a nie dla filozoficznych rozważań.
– Większość z państwa uważa, że taniec zaczyna się od pierwszego kroku, a kończy na brawach. To błąd. Taniec to tylko fizyczny przypis do idei, która powstała na długo przed państwa narodzinami. Jeśli nie znacie fundamentów, jesteście tylko sprawnymi rzemieślnikami, a nie artystami. Rzemieślników Nowy Jork mieli i wypluwa od dekad.
Poczułem, jak dłoń zaciska mi się na długopisie. Obok mnie Kurt cicho wypuścił powietrze, a Min-jin ani drgnęła.
– Zacznijmy od kwestii fundamentalnej dla waszej tożsamości w tej szkole. Interesuje mnie ontologia waszego ruchu w warunkach absolutnej izolacji. Czy proces twórczy zachowuje swoją immanentną wartość, gdy zostaje poddany całkowitej deprywacji zewnętrznej obserwacji? Mówiąc prościej: czy wasza ekspresja jest bytem autonomicznym, czy jedynie produktem generowanym pod presją cudzego spojrzenia? Czym staje się wasza sztuka, jeśli nie ma świadka?
Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, próbując wydobyć sens z jego słów. Gdy kilka dni temu siedziałem w gabinecie pani Henders, a ona z uśmiechem wbijała w system mój wynik testu kwalifikacyjnego ze znajomości języka, byłem pewny siebie. Solidne advanced high. Teraz jednak czułem się jak debil. Sterling nie mówił po angielsku, on operował jakimś międzygalaktycznym kodem.
– Nie rozumiem połowy z tego o czym mówi – szepnąłem do Min-jin.
– Ja też nie – odparła, wpatrzona w Sterlinga z rozdziawionymi ustami. – Chyba mamy przerąbane.
– Zgadzam się. Chociaż ja akurat powinienem to zrozumieć – stęknął Kurt.
Odetchnąłem. Nie byłem w tym bagnie sam.
Ulga trwała jednak ułamek sekundy. Kościsty palec wykładowcy powędrował nagle w moją stronę, a ja poczułem się jak papierowa sylwetka na strzelnicy. Cel, w który zaraz uderzy pocisk.
Wszyscy w sali, jak na komendę, odwrócili się w poszukiwaniu nieszczęśnika. Krew uderzyła mi do skroni, a w uszach zaczęło szumieć. Nie czułem takiego paraliżu nawet w liceum, gdy pani Kwiatkowska wywoływała mnie do tablicy, a ja, gapiąc się na funkcję kwadratową, mogłem jedynie liczyć na cud.
– Pan na samym końcu... – wychrypiał Sterling.
Narastające we mnie napięcie nagle puściło. Siedziałem w połowie auli, pytanie nie było skierowane do mnie.
– Tak, pan. Znajdujemy się w miejscu oświaty. Szacunek wymaga, by zdjął pan ten kaptur i odłożył telefon – powiedział Sterling, a jego głos, choć cichy, przeciął salę z precyzją skalpela.
Razem z tłumem odwróciłem się przez ramię, ciekaw, kim jest pechowiec, który właśnie trafił na szafot. I po raz kolejny tego dnia poczułem, jak wbija mnie w to niewygodne, składane krzesło.
Dokładnie w mojej linii, kilka rzędów dalej, na samym końcu siedział chłopak, którego twarz widziałem już wcześniej. Tego wyrazu skrajnego znudzenia i zniechęcenia nie pomyliłbym z niczym innym. To był ten sam koleś, któremu wcisnąłem się pod koła na przejściu dla pieszych.
Co on, do cholery jasnej, tu robi? – krzyczały moje myśli, próbując ogarnąć, dlaczego facet z motocykla siedział teraz ze mną w auli.
Tymczasem on jeszcze mnie nie zauważył. Wypuścił głośno powietrze – brzmiało to niemal jak warknięcie. Jednym, gwałtownym ruchem ściągnął kaptur i odłożył telefon na blat.
W panującej teraz martwej ciszy stuknięcie obudowy o drewno poniosło się echem po auli.
Patrzył na wykładowcę tak bezczelnie, że aż poczułem narastające skrępowanie.
– Proszę się przedstawić – ponaglił zirytowany Sterling.
– Blaine. – Zawiesił imię w powietrzu.
Wykładowca zmrużył oczy, poprawiając okulary. Widać było, że ta konfrontacja dopiero się zaczyna.
– A nazwisko? – Nie odpuszczał ani na milimetr.
– Cooper.
– Dobrze, panie Cooper. Może więc odpowie pan na moje pytanie?
Patrzyłem na Blaine'a, niemal czując promieniujący od niego opór. Zacisnąłem palce na długopisie, ciekaw, jak mój niedoszły zabójca z tego wybrnie.
– Będzie mieć przejebane – rzucił szeptem Kurt, na co Min-jin zaraz pokiwała głową
– Po całości – dodała.
Blaine milczał przez chwilę. Nie wiercił się, nie unikał wzroku profesora. W końcu poruszył barkami, jakby zrzucał z nich niewidzialny ciężar, i odezwał się głosem tak spokojnym, że aż nienaturalnym.
– Niczym się nie staje.
Sterling uniósł brew, czekając na ciąg dalszy. Wśród studentów wybuchł szmer – jedni szeptali skonfundowani, inni uśmiechali się pod nosami. Gdzieś z boku usłyszałem ciche prychnięcie, ale Blaine zdawał się tego nie rejestrować.
– Taniec bez świadka jest tym samym, czym był wcześniej. To nie jest coś, co robisz pod kogoś – zaczął. – Jeśli tańczysz tylko po to, żeby ktoś się na ciebie gapił, to robisz z siebie... – Chrząknął. Chyba chciał użyć jakiegoś niestosowanego słowa, ale w porę się powstrzymał. – Atencyjnego pajaca. Taniec nie potrzebuje widowni. Istnieje po to, żeby emocje stały się ruchem.
Sterling nie odpowiedział. Patrzył na Coopera, jakby widział go po raz pierwszy, zaskoczony, że chłopak w ogóle zarejestrował pytanie. Moje palce, którymi dotąd kurczowo trzymałem długopis, nagle zesztywniały.
Musiałem jednak przyznać, że jego odpowiedź nawet mi się spodobała.
– Wybrnął – szepnęła Min-jin. – Nie spodziewałam się tego.
Zagryzłem wargę, czując ukłucie zawodu. Po cichu liczyłem na publiczną egzekucję, na to, że Sterling zmiażdży jego pewność siebie. Tymczasem Blaine wyszedł z tego starcia obronną ręką, co widziałem nawet po nagłej zmianie w spojrzeniu wykładowcy.
– Słusznie – rzucił krótko Sterling, zawieszając na moment głos. Taksował wzrokiem Blaine'a, jakby próbował dopasować jego sposób wypowiedzi do teorii, które sam wykładał od lat. – Ujął to pan... mało akademicko, panie Cooper, ale w sedno. Autentyczność.
Odhaczył coś w notatkach.
– Ruch jako wewnętrzna konieczność, a nie produkt na sprzedaż. To jedyna właściwa definicja, choć rzadko słyszy się ją na pierwszym semestrze. Proszę nie zakładać już tego kaptura.
Blaine milczał. Osunął się niżej na krześle, wbijając wzrok w pusty blat, ale zostawił głowę odkrytą.
Wykładowca w międzyczasie sięgnął po kubek stojący na blacie. Wziął kilka sporych łyków, a mikrofon trzymany w ręce wyłapał cichy odgłos przełykania. Sterling odchrząknął, po czym podjął tym samym jednostajnym tonem, od którego wcześniej chciało mi się ziewać:
– Dobrze, przejdźmy do warunków zaliczenia przedmiotu.
Już miałem wrócić do notowania, kiedy poczułem na karku dziwne mrowienie. To nie było zwykłe gapienie się, tylko fizyczny ciężar, nakazujący mi się odwrócić. Przez ułamek sekundy walczyłem z odruchem ucieczki. Jednak coś we mnie, może jakaś resztka dumy po incydencie na pasach, kazała unieść podbródek.
Nie uciekłem. Patrzyłem prosto w ciemne, podkrążone oczy, kiedy nagle wydarzyło się coś, co niemal zrzuciło mnie z krzesła.
Kąciki ust Blaine'a wykrzywiły się w lekkim, kpiącym uśmieszku. Doskonale mnie pamiętał. I bawiło go, że wylądowaliśmy razem na roku.
Odwróciłem wzrok pierwszy, nie chcąc narażać się Sterlingowi. Jedyne, czego pragnąłem, to przejść przez te studia bez większych turbulencji.
Same day, 10:29 a.m.
Gdy tylko wybrzmiało ostatnie słowo wykładu, aula wypełniła się hukiem zamykanych siedzeń i gwarem rozmów. Zamiast jednak ewakuować się w stronę wyjścia, postanowiłem, że czas wziąć się w garść i jak dorosły, odpowiedzialny człowiek – którym przecież byłem – pójść pogadać z Blaine'em, żeby raz na zawsze zamknąć temat.
– Idźcie przodem, dogonię was – powiedziałem do Min-jin, zagarniając notatnik do torby.
Odwróciłem się szybko i ruszyłem schodami w górę, do ostatnich rzędów.
– Hej – zacząłem, ściągając na siebie jego uwagę. – Co do tamtego dnia... na pasach – wykrztusiłem płasko, za co od razu skarciłem się w myślach. Odchrząknąłem. – To była moja wina.
Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, po czym rzucił tylko krótkie:
– Ta.
Zrobiło mi się goręcej.
Stałem tak przez chwilę, czując na sobie nie tylko jego wzrok, ale i ciekawskie spojrzenia kilku osób wokół. Cudownie. Publiczne upokorzenie, dokładnie tego brakowało mi do pełni szczęścia.
– Więc… – spróbowałem jeszcze raz, zaciskając palce na pasku torby. – Chciałem tylko powiedzieć, że przepraszam.
Uniósł lekko brew, jakby go to zaskoczyło.
– Po co? Przecież żyjesz.
Zaciąłem się.
– No… tak, ale… – urwałem, nagle kompletnie niepewny, co właściwie chciałem jeszcze powiedzieć.
Świetnie. Genialnie to rozegrałem.
– Chodzi mi o to, że to było nieodpowiedzialne – spróbowałem się pozbierać, choć brzmiałem sztywno nawet w mojej własnej głowie. – I mogło się skończyć… gorzej.
Kącik jego ust drgnął, jakby walczył z uśmiechem.
– Ale się nie skończyło – zauważył spokojnie.
Uchyliłem wargi, żeby coś odpowiedzieć, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
– Po prostu… – Westchnąłem cicho. – Nie chcę, żeby między nami było dziwnie.
Przez moment patrzył na mnie w milczeniu, jakby oceniał, czy to jakiś żart.
– Już jest – rzucił.
Tym razem to on odwrócił wzrok pierwszy. Nie dodał nic więcej, wyminął mnie i ruszył do wyjścia z auli.
To by było na tyle z mojej dojrzałej, odpowiedzialnej postawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!