A oto kolejny fanfik konkursowy, napisany przez Koko :)
Martyna spóźniła się na pierwszą lekcję, a jakby tego
było mało, po drodze do klasy spotkała swojego przełożonego. Wicedyrektor Pikol
nie należał do najsympatyczniejszych ludzi. Specyficzny, stary kawaler
wprowadził do ich liceum rygor, którego ta szkoła nie znała od naprawdę
dawna.
— Dzień
dobry! — przywitała się Martyna, starając się uśmiechnąć.
— Dzień
dobry — padła odpowiedź, a wicedyrektor obdarzył ją twardym, czujnym
spojrzeniem. Miał niewielkie, ale bardzo bystre oczy i często powtarzał, że wie
o wszystkim, co dzieje się w jego szkole. Zawsze mówił, że to jego szkoła.
Trudno się zresztą dziwić, w pewnym stopniu była jego domem. Spędzał w niej
większość swojego czasu — dyżury zaczynał o ósmej trzydzieści, a kończył
dopiero o dziewiętnastej. Sprawdzał dzienniki, jeździł na kursy, nadzorował
nauczycieli, a nawet kontrolował księgową i poprawiał po niej rachunki. Był
profesorem matematyki, do reszty pochłoniętym jednak każdą dziedziną nauki. Sam
siebie nazywał człowiekiem renesansu. Nie było już takich ludzi jak on.
Solidnych, wytrwałych i uczciwych. Zdecydowanie nie było.
