czwartek, 11 czerwca 2026

Część 8. (God bless this mess)

 Monday, August 31, 8:03 a.m.


Poniedziałek rano przywitał mnie ostrym słońcem wdzierającym się przez niedokładnie zaciągnięte zasłony. Ledwo otworzyłem oczy, a dłoń odruchowo powędrowała w stronę telefonu. Zalogowałem się na portal studenta, łudząc się jeszcze, że to wszystko to tylko senny koszmar.

Wpisałem hasło, a system mielił dane przez wieczność. Zagryzłem w oczekiwaniu wargę i zaraz wypuściłem powietrze ze świstem, jakby ktoś przebił mi płuca.

Nic. Przywitał mnie biało-niebieski interfejs.

Wstałem i ubrałem się mechanicznie, bez udziału myśli. W łazience umyłem zęby, patrząc w lustro, jakby odbicie w nim należało do kogoś innego. A potem znów sięgnąłem po telefon.

Wciąż nic.

W kuchni żołądek skręcał mi się z głodu, ale sama myśl o jedzeniu była odpychająca. Zrobiłem tylko czarną kawę. Nic więcej bym nie przełknął.

W międzyczasie sprawdziłem stronę.

Nic.

Nasypałem Churchillowi jedzenia, dolałem mu wody. Nie wiedząc co zrobić zresztą dnia, zabrałem się za porządki. Wysprzątałem kuchnię i odkurzyłem mieszkanie. Już zabierałem się za łazienkę, kiedy znów podjąłem się próby zalogowania na CUNYfirst.

ACCOUNT SUSPENDED

Zapomniałem jak się oddycha. Opadłem ciężko na zamkniętą klapę od ubikacji, wpatrując się w wielką, cyfrową pieczątkę: Interim Suspension. Poniżej wyświetliła się treść oficjalnej wiadomości od biura rektora, która ucinała wszelkie nadzieje na pomyłkę.

Moja legitymacja stała się bezużytecznym kawałkiem plastiku, a ja nie byłem już mile widziany na własnej uczelni.

Przesunąłem palcem niżej. Wezwanie na środę, 2 września. Godzina 10:00, sala 402.

„W przypadku niestawienia się na posiedzenie Rady, decyzja o wydaleniu z uczelni zapadnie zaocznie”.

Rzuciłem telefon na szafkę przy umywalce i zakryłem twarz dłońmi. W środę o tej porze mogłem już pakować walizki do Polski.

Znów ogarnęła mnie panika. Oddech stał się płytki, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Miałem wrażenie, że wszystko przecieka mi przez palce.

Krótki sygnał powiadomienia przeciął plątaninę myśli. Nie wiem ile minęło, nim ponownie sięgnąłem po komórkę, ale gdy spojrzałem na ekran, od razu poderwałem się do siadu.

@b_cooper_bx chce Ci wysłać wiadomość.

Nie wiedząc, czego się spodziewać – bo znając Blaine'a, mogło to być absolutnie wszystko – otworzyłem okno rozmowy.

Na kiedy wyznaczyli ci radę? – brzmiało krótkie, rzeczowe pytanie.

Środa, 10:00 – odpisałem równie beznamiętnie.

Na dole konwersacji od razu pojawiły się kropki sygnalizujące, że pisał.

Wpatrywałem się w nie, niecierpliwie zagryzając wargę. To było logiczne, że się ze mną kontaktował. W końcu tkwiliśmy w tym razem.

Min-jin też się interesowała. Pytała, jak się czuję, a Kurt rzucił nawet zdawkowym „wszystko będzie dobrze”. Łatwo się jednak mówi, kiedy stoi się z boku.

Dławiący mnie dotychczas ciężar na piersi zaczął miarowo odpuszczać.

Czyli idziemy razem. Osrany?

Parsknąłem śmiechem, sam nie do końca wiedząc dlaczego. To było tak bardzo w stylu Blaine'a, że aż słyszałem jego głos. Jedna wiadomość przebiła bańkę patosu, w której topiłem się od wczoraj.

Trochę – odpisałem szybko, by zaraz dodać: – A ty?

Będzie co będzie – nadeszła natychmiastowa odpowiedź. – Potraktuj to jako dodatkowe wolne. Tylko nie leż na kanapie i nie zajadaj smutków lodami, bo z twoją równowagą będzie tylko gorzej.

Skrzywiłem się. Rozmowa z Blaine'em nie miała prawa potoczyć się normalnie. Zamknąłem aplikację i z powrotem odłożyłem telefon, dusząc w sobie chęć odpisania mu, żeby się walił. Już miałem wstać i wrócić do sprzątania, gdy znów rozbrzmiał dźwięk nadchodzącego powiadomienia.

Pokusa była zbyt silna. Musiałem chociaż podejrzeć na górnym pasku powiadomień, co jeszcze napisał.

Widzimy się w środę. Trzymaj się.

Wziąłem głęboki wdech.

Czy Blaine właśnie próbował mnie pocieszyć? Robił to co prawda po swojemu, na okrętkę i nie bezpośrednio, ale...

Zadziałało.

*


Wednesday, September 2, 9:47 a.m.


Sala 402 znajdowała się na czwartym piętrze budynku administracyjnego, który znałem ze spotkania z panią Henders. Tamto wspomnienie wydawało się teraz absurdalnie odległe – jakbym wtedy był zupełnie inną osobą. Naiwniejszą. Taką, która przylatuje do Nowego Jorku i wyobraża sobie, że jej największym problemem będzie metro.

A także prawie-potrącenie na pasach.

Korytarz był długi i pusty. Zbyt pusty jak na środek tygodnia. Spojrzałem na zegar w telefonie, zostało trzynaście minut.

Zatrzymałem się przy oknie na końcu korytarza i udałem, że interesuje mnie widok na parking.

Przez ostatnie dwa dni robiłem dokładnie to, czego Blaine mi zakazał. Leżałem. Jadłem lody – waniliowe na przemian z ciasteczkowymi, bo Asia kupiła za dużo i szkoda było marnować. Wpatrywałem się w sufit, obserwowałem Churchilla i odpisywałem na wiadomości mamy z udawanym optymizmem, za który powinienem dostać nagrodę aktora roku.

Patrykowi nie napisałem nic. Milczałem, nawet nie otwierając okna naszej rozmowy.

Dźwięk windy na końcu korytarza wyrwał mnie z tych rozważań. Drzwi rozsunęły się z cichym sykiem i wyszedł z nich Blaine. Miał na sobie czarną bluzę z kapturem i wyglądał, jakby spał może cztery godziny.

Obrzęk na policzku zmalał, ale siniak zdążył osiągnąć pełną, żółto-fioletową barwę.

Zobaczył mnie i nie przyspieszył. Szedł tym samym leniwym krokiem, co zawsze, jakby korytarz prowadził na zajęcia, a nie na posiedzenie rady, która decydowała o naszym dalszym losie.

– Żyjesz? – zapytał, stając obok i, tak jak ja, patrząc przez okno na parking, który nie miał zupełnie nic ciekawego do zaoferowania.

– Jak widać. – Wzruszyłem bezwiednie ramionami.

– To dobrze.

Milczeliśmy przez chwilę. Gdzieś za zamkniętymi drzwiami sali 402 ktoś kaszlnął. Wyprostowałem się odruchowo.

– Słuchaj – zacząłem, bo dwa dni w czterech ścianach dały mi dosyć czasu, żeby przemyśleć kilka rzeczy. – Nie wiem, czy nie powinieneś powiedzieć, że wiesz... – urwałem, a głos mi się trochę załamał. – Jake miał prochy – dodałem ciszej.

Wzrok Blaine'a momentalnie pociemniał.

– Nie.

Jedno słowo. Krótkie i zdecydowane.

– Ale to by wyjaśniło, dlaczego...

– Nie – powtórzył, tym razem wolniej, jakby tłumaczył coś dziecku. Odwrócił się od okna i oparł plecami o parapet, krzyżując ręce na piersi. Patrzył bez tej swojej zwyczajowej wyższości. Tylko spokojnie i poważnie, co jakoś działało na mnie gorzej. – Słuchaj. Idź tam i powiedz, że zrobiłeś coś głupiego, bo byłeś pijany. Koniec. Nikt ci za to głowy nie urwie.

– Ale tobie za pobicie już może.

– Skup się na sobie. Nie będę sypać.

Nie rozumiałem. Patrzyłem na niego, ale z każdą chwilą moje zdezorientowanie tylko rosło.

– Chcesz stąd wylecieć? – zapytałem w końcu, nie potrafiąc znaleźć żadnego innego wytłumaczenia dla jego oporu.

Blaine prychnął i przewrócił oczami.

– Myślisz, że przez ostatnie lata katowałbym się treningami, tylko po to, żeby teraz wylecieć przez jakiegoś ćpuna?

Nie odpowiedziałem. Uniosłem tylko brwi, dając mu znać, że tak. Dokładnie tak to dla mnie wyglądało.

– Nie, nie chcę wylecieć. – Wycedził końcu przez zaciśnięte zęby, wyraźnie zirytowany. – Ale ty skup się na ratowaniu swojej dupy, okej? Ja... – urwał. I albo mi się wydawało, albo przez jego twarz przemknął cień żalu. – Jakoś to ogarnę.

Znów między nami zapadło milczenie, jeszcze bardziej uporczywe i nienaturalne niż chwilę wcześniej. Przestąpiłem z nogi na nogę. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja zerkałem wciąż na ekran telefonu.

W końcu zegar pokazał godzinę 9:57 i drzwi od sali 407 otworzyły się. W progu stanął wysoki mężczyzna szarym garniturze.

Siwe włosy miał schludnie zaczesane do tyłu, a okulary w cienkiej, metalowej oprawce zsunęły się odrobinę na nos. Zmierzył nas spokojnym, pozbawionym wyrazu spojrzeniem.

– Skibinsky i Cooper? – zapytał, zaglądając do trzymanej w dłoni teczki.

– Tak – odezwaliśmy się równocześnie.

Mężczyzna uniósł nieznacznie brew, jakby ta synchronizacja już coś mu powiedziała.

– Proszę wejść.

Cofnął się, robiąc nam miejsce. Zerknąłem na Blaine'a. Patrzył prosto przed siebie, z tą swoją nieprzeniknioną miną. Pierwszy przekroczył próg.

Wziąłem głęboki wdech.

Pomieszczenie było mniejsze niż się spodziewałem. Żadnego podium, żadnej sędziowskiej trybuny, jedynie prostokątny stół konferencyjny, cztery krzesła po jednej stronie i cztery po drugiej.

Dwa z nich były już zajęte.

MacTavish zajmowała miejsce bliżej okna. Jak zawsze siedziała nienaturalnie wyprostowana, z dłońmi złożonymi na blacie w sposób niemal pokazowy.

Na nasz widok uniosła głowę znad dokumentów. Nic nie powiedziała.

Alice D'Nneiro siedziała obok, ze swoim nieodłącznym notesem. Wyglądała identycznie jak na każdych zajęciach: skupiona, z wyrazem twarzy, który równie dobrze mógł oznaczać zainteresowanie, co i kompletną obojętność.

– Proszę siadać.

Usiedliśmy. Blaine obok mnie, bez słowa. Pod stołem widziałem, jak stukał rytmicznie butem o podłogę. Jedyny znak, że też był zdenerwowany.

– Nazywam się Richard Calloway, jestem dyrektorem do spraw postępowania studenckiego – oznajmił mężczyzna. Usiadł obok Alice, naprzeciwko mnie; krzesło po jego prawej wciąż pozostawało puste. – Poczekamy jeszcze chwilę na świadka. – Obrzucił nas krótkim, pozbawionym wyrazu spojrzeniem.

Przełknąłem ślinę. Kogo wezwali na świadka?

Palec wskazujący mechanicznie odnalazł zadartą, niemal już wygojoną skórę na kciuku. Cisza, która zapadła w sali, była nie do zniesienia.

Zerknąłem na Blaine'a, ale ten trwał w bezruchu, wpatrzony w punkt gdzieś nad głową Callowaya.

Wreszcie za ciężkimi drzwiami rozległo się echo szybkich kroków. Pukanie.

– Proszę wejść – rzucił Calloway mocnym, tubalnym głosem.

– Dzień dobry. – Do środka wpadł zziajany Elian. – Przepraszam za spóźnienie, musiałem zerwać się z zajęć – wyjaśnił z, ku mojemu zaskoczeniu, niepewnym uśmiechem.

Omiótł wzrokiem salę, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, skinął krótko głową. Nie potrafiłem nic wyczytać z jego twarzy, choć pomyślałem, że mógł być niezadowolony. Ja bym był, gdyby ciągano mnie po radach dyscyplinarnych i wyrywano z samego środka wykładów.

– Nic się nie stało, to tylko dwie minuty – uciął Calloway, po czym wskazał na wolne miejsce. – Może pan usiąść obok kolegi, panie Hernández. Chyba że byłoby to dla pana niezręczne, w takim razie...

– Nie. Usiądę – przerwał Elian i szybkim, sprężystym krokiem obszedł stół. Zatrzymał się przy mnie i opadł na krzesło.

Calloway odchrząknął, pochylając się nad dokumentami. Zdążyłem dostrzec nagłówek jednego z nich, raport policyjny z ubiegłego weekendu.

– Możemy chyba zacząć? – Dyrektor uniósł wzrok na wykładowczynie.

– Im szybciej, tym lepiej – odparła krótko MacTavish. Brzmiała na szczerze zirytowaną.

Zacisnąłem dłoń w pięść pod blatem stołu, zerkając na jej chłodną, nieprzystępną twarz. Nie zapowiadało się dobrze.

– W takim razie... – zaczął Calloway, prostując plecy – otwieram oficjalne posiedzenie dyscyplinarne. Na podstawie raportu z interwencji policji oraz notatek służbowych, Wicklow College stawia panom formalne zarzuty naruszenia zasad współżycia akademickiego.

Odchrząknął i spojrzał najpierw na mnie. Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy.

– Panie Skibinsky, zarzuca się panu naruszenie artykułu siódmego regulaminu: spożywanie alkoholu przed osiągnięciem ustawowego wieku dwudziestu jeden lat na terenie podległym jurysdykcji uczelni. Skończyło się to tylko mandatem karnym, co jednak nie zmienia faktu, że naruszył pan naszą politykę „zero tolerance”.

Przeniósł wzrok na Blaine'a. Ten nawet nie mrugnął, choć jego noga pod stołem znieruchomiała.

– Panie Cooper, w pana przypadku sprawa jest poważniejsza. Artykuł czwarty: napaść fizyczna i spowodowanie uszczerbku na zdrowiu innego studenta. Mamy informację, że poszkodowany Jake Bennett nie zdecydował się na ścieżkę karną i wycofał oskarżenie przed prokuratorem, ale – Calloway zawiesił głos, uderzając palcem w blat stołu – dla Wicklow College nie ma to znaczenia. Przemoc na kampusie jest nie do przyjęcia.

Spojrzał na profesorki, szukając u nich potwierdzenia, a potem znów na nas.

– Obaj panowie rażąco naruszyliście dobre imię uczelni. Czy któryś z panów kwestionuje stan faktyczny przedstawiony w raporcie? – W jego głosie nie było ani grama współczucia.

– Ja – zaczął Blaine, podciągając się nagle na krześle. Mój palec, jak dotąd w najlepsze maltretujący skórkę, zatrzymał się kilka milimetrów nad kciukiem. – Matt znalazł się tam przez przypadek. Mieliśmy spotkanie integracyjne, a on pochodzi z Europy.

Ruchem głowy wskazał na mnie. Gdyby nie okoliczności, pewnie parsknąłbym śmiechem. Zabrzmiało to tak, jakbym przez swoje pochodzenie był co najmniej upośledzony.

– Mógł jeszcze nie odnaleźć się w tutejszych realiach. Tam spożywanie alkoholu od osiemnastego roku życia jest normą – kontynuował, a ja wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem. Dlaczego, do cholery, próbował mnie bronić? – Później, gdy zrobiło się gorąco, chciał tylko załagodzić sytuację. Nie awanturował się. Podszedł do funkcjonariuszy, żeby wyjaśnić to spokojnie.

– Potwierdzam – wtrącił Elian. – Matthew rzeczywiście próbował tylko deeskalować konflikt.

Calloway uniósł dłoń, uciszając Eliana jednym krótkim gestem. Nawet na niego nie spojrzał.

– Co nie zmienia faktu, że pił pan alkohol, nie mając ukończonych dwudziestu jeden lat, panie Skibinsky – rzucił dyrektor. Jego chłodna, urzędowa maniera aż wbijała mnie w krzesło. – W stanie Nowy Jork to wciąż jest wykroczenie. A w Wicklow College, złamanie kontraktu studenckiego. Dodatkowo, została w to zaangażowana policja...

– Dajmy temu spokój – ucięła nagle MacTavish. Jej głos, choć spokojny, przeciął powietrze, wywołując konsternację u wszystkich zgromadzonych.

Poprawiła się na krześle, ale jej dłonie wciąż spoczywały na blacie, nieruchome i idealnie ułożone.

– Ten chłopiec jest młody, ambitny i, co ważniejsze, przyjechał do nas z zupełnie innego kręgu kulturowego – kontynuowała, rzucając Callowayowi przeciągłe spojrzenie. – Z tego, co słyszymy, nie awanturował się. Próbował pokojowo rozwiązać problem.

Zawiesiła głos, prostując plecy jeszcze mocniej.

– Robienie z tego chłopaka przestępcy z powodu jednego mandatu jest po prostu... niewspółmierne do czynu.

Calloway uniósł brwi.

– Też uważam, że możemy odpuścić. Matthew jest jeszcze młody, ale utalentowany. Ma zadatki na dobrego tancerza. Szkoda byłoby, gdyby przekreślił sobie przyszłość przez taki głupi wybryk – wtrąciła Alice, zerkając na mnie tylko przez ułamek sekundy.

Zacisnąłem dłonie na materiale spodni, po raz pierwszy czując, że może nie będzie tak źle.

Calloway uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony nagłą solidarnością obu profesorek. Przez chwilę bawił się długopisem, jakby ważył na szali autorytet MacTavish i dobre imię uczelni.

– Nie możemy tego całkowicie zignorować – oznajmił w końcu swoim służbowym tonem. – Zasady są po to, by je przestrzegać, niezależnie od pochodzenia czy talentu. Jednak... biorąc pod uwagę opinię pań profesor oraz fakt, że jest to pana pierwsze przewinienie, panie Skibinsky, odstąpię od zawieszenia w prawach studenta.

Wypuściłem powietrze, o którym nawet nie wiedziałem, że je wstrzymuję.

– W zamian nakładam na pana sankcję w postaci trzydziestu godzin prac społecznych na rzecz wydziału – kontynuował Calloway, skrobiąc coś w dokumencie. – Zgłosi się pan do administratora budynku. Będzie pan pomagał przy rekwizytach i przygotowaniu sceny do wieczornych pokazów dyplomowych. Dodatkowo, ma pan obowiązek zaliczyć internetowy kurs z zakresu profilaktyki uzależnień. Ma pan na to dwa tygodnie. Czy to zrozumiałe?

Skinąłem głową, nie ufając własnemu głosowi. Prace społeczne w porównaniu z wizją deportacji czy wyrzucenia z Wicklow, brzmiały jak dar od losu.

– Przejdźmy do pana, panie Cooper – zaczął, a jego głos stał się jeszcze niższy, niemal pozbawiony modulacji. – Artykuł czwarty naszego kodeksu wyraźnie definiuje „napaść fizyczną” jako naruszenie stopnia pierwszego. – Uderzył palcem w raport. – W Wicklow College nie ma miejsca dla przemocy. Zgodnie z wytycznymi, za ten czyn grozi panu natychmiastowe i nieodwołalne wydalenie z uczelni z wilczym biletem, który zamknie panu drogę do jakiejkolwiek innej szkoły artystycznej w tym kraju.

Usłyszałem, jak Blaine gwałtownie wciąga powietrze przez nos. Zerknąłem na niego, jego szczęki były tak mocno zaciśnięte, że na policzkach pulsowały mu mięśnie.

– Raport policyjny i dokumentacja medyczna pana Bennetta są jednoznaczne – mówił beznamiętnie Calloway. – Napaść fizyczna bez prowokacji. Rozcięty łuk brwiowy wymagający założenia trzech szwów oraz liczne stłuczenia tkanek miękkich twarzy. Czy ma pan cokolwiek na swoją obronę?

Skrzywiłem się mimowolnie. To brzmiało fatalnie.

Moje dłonie znów zacisnęły się w pięści pod blatem. W głowie myśl goniła myśl. Cooper nie był niewinny, rzucił się na Jake'a, ale okoliczności były przecież zupełnie inne. Został sprowokowany.

– Nie – odpowiedział krótko Blaine.

Odruchowo na niego spojrzałem, spodziewając się spokoju. Chłodnej, aroganckiej obojętności, którą tak dobrze opanował. Tymczasem zobaczyłem twarz ściągniętą w grymasie, który przypominał żal. Może nawet przerażenie. To nie był już ten sam niedostępny Blaine Cooper. Pod pancerzem pewności siebie coś właśnie zaczynało pękać.

– Przyznaje się pan do winy? – zapytał Calloway

Zapadła ciężka, duszna cisza. Blaine, nie podnosząc wzroku, powoli skinął głową. Spojrzenie dyrektora natychmiast przesunęło się na członkinie komisji, szukając ostatecznego potwierdzenia.

– To zupełnie inna sytuacja niż w przypadku pana Skibinsky'ego – odezwała się MacTavish, nie mając nic na jego obronę.

– Rzeczywiście, te zarzuty są... obciążające – dodała Alice, obrysowując palcami okładkę notesu. – Od siebie mogę jedynie dodać, że na zajęciach nie sprawiał żadnych problemów. Przeciwnie, pan Cooper jest niezwykle utalentowany. Z mojej perspektywy to wielka strata dla wydziału.

– Mówimy tu o pobiciu innego studenta. Kolegi z roku – wytknął sucho Calloway. Decyzja w jego głowie już zapadła, czułem to w każdym jego słowie. – Talent nie jest przyzwoleniem na przemoc.

Elian poruszył się nerwowo obok mnie, a krzesło cicho zajęczało. Zagryzłem wargę.

Tak to miało się skończyć? Blaine miał wylecieć, a Jake, jakby nigdy nic, kontynuować studia?

Calloway właśnie układał dokumenty z miną człowieka, który za chwilę wyda wyrok i pójdzie na lunch. W mojej głowie zapanowała pustka.

– To nie do końca tak – odezwałem się, przerywając milczenie. Aż sam się wzdrygnąłem. – To nie była napaść bez prowokacji – dodałem, wciąż wpatrując się w blat stołu.

– Skibinsky... – warknął ostrzegawczo Blaine.

Przełknąłem ślinę. Dobrze wiedziałem, że to, co zaraz powiem, kompletnie mu się nie spodoba.

Ale to była jedyna możliwość, żeby mógł zostać w Wicklow.

– Tak? W takim razie jak pan to nazwie, panie Skibiński? – zapytał Calloway. Brakowało tylko, żeby przewrócił oczami. Bawił się długopisem, wyraźnie znudzony moją interwencją.

– Jake... on w pewnym momencie, tuż przed tym, jak do baru wpadła policja, wyciągnął woreczek. Z jakąś substancją – wykrztusiłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.