Same day, 9:25 p.m.
– To tu – powiedziała Min-jin, zerkając na zmianę na mapę w telefonie i ceglasty budynek przed nami.
Graffiti na ścianach i odbijający się w nich ostry, niebieski, przekrzywiony neon „Loft 88” nie dodawały miejscu uroku. Lokal wyglądał jak typowa speluna, która lata świetności – o ile takie kiedykolwiek istniały – dawno miała za sobą. Miejsce, w którym nikt nie przejmował się standardami, dopóki alkohol był na tyle tani, by klejąca się podłoga przestawała komukolwiek przeszkadzać.
– Najwyraźniej – mruknął Kurt i pchnął ciężkie metalowe drzwi.
Uderzyła w nas fala dusznego, gęstego powietrza. Pachniało podrzędnym piwem, chlorem i czymś, co przypominało spalone kable.
Wystrój był, delikatnie mówiąc, minimalistyczny: odrapane ściany, rury pomalowane srebrną farbą i kilka chybotliwych stolików. Nad barem wisiała tablica z odręcznym napisem „PBR + Shot = 5$”, a barman z wytatuowanymi rękawami patrzył na nas tak, jakby ostatnią rzeczą, na jaką miał dziś ochotę, było obsługiwanie klientów.
– To jeszcze raz, kto zaproponował to miejsce? – zapytała z niechęcią Min-jin. Zawahała się w progu, ale po chwili ruszyła za nami.
W najciemniejszym kącie sali, gdzie światło ledwo docierało, dostrzegłem znajome sylwetki i dobiegający stamtąd gwar rozmów. Tamara siedziała na środku kanapy, najpewniej pamiętającej lepsze czasy, a jej śmiech przebijał się przez rzężący z głośników „Blitzkrieg Bop”.
– Nie pamiętam, ale mi się podoba – powiedział Kurt, szczerze uradowany.
Chyba pierwszy raz usłyszałem w jego głosie prawdziwe podekscytowanie. Pasował do tego miejsca – przemknęło mi przez myśl, kiedy szliśmy w stronę naszej grupy. Łatwiej było go przypisać do zadymionego baru niż do skąpanej w australijskim słońcu plaży.
– O, jesteście! – zawołała Sofia, odgarniając pasmo różowych włosów za ucho. Lekkie rumieńce i zaszklone spojrzenie sugerowały, że miała już za sobą co najmniej jednego drinka. Może nawet dwa.
Zresztą wystarczyło spojrzeć na blat: wszędzie stały puste albo do połowy dopite szklanki i kufle, klejące się od rozlanego alkoholu.
– A wy, widzę, nieźle się już bawicie – parsknęła Min i złapała mnie za nadgarstek, ciągnąc w stronę kanapy.
Dwa długie, złączone stoły dawały dość miejsca dla wszystkich, choć szybko się zorientowałem, że nie każdy przyszedł. Brakowało kilku dziewczyn, Blaine'a – co wcale mnie nie zdziwiło – no i...
– Eliana nie ma? – wypaliłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
– Poszedł do toalety – odpowiedziała Tamara, sięgając po swojego drinka. – Słuchajcie, przy barze raczej nie sprawdzają ID, ale lepiej, żeby zamawiał ktoś, kto je jednak ma. Wiecie, tak dla świętego spokoju.
– Dobra, to ja zamówię – powiedział nagle Kurt. – Co chcecie?
Zerknąłem na niego zdziwiony. Wiedziałem, że Min jest w moim wieku, ale jakoś nigdy nie zapytałem Kurta, ile właściwie ma lat.
– Masz już dwadzieścia jeden? – zdziwiła się Min-jin, wypowiadając moje myśli na głos. – Nie wyglądasz.
Kurt przewrócił oczami, po czym na blacie wylądowało jego australijskie prawo jazdy.
– Dwadzieścia dwa skończone w tym roku. Znajcie moją łaskę i mówcie, co pijecie.
– Piwo – rzuciłem od razu. Nie miałem ochoty na żadne alkoholowe eksperymenty.
– A może ta promocja z baru, co? Matt? Bierzemy? – Min-jin wskazała na tablicę, szturchając mnie przy tym zachęcająco w ramię.
Westchnąłem ciężko, podskórnie czując, że mieszanie trunków może nie skończyć się dobrze, ale ostatecznie kiwnąłem głową.
– Okej, to wezmę razy trzy – skwitował Kurt i ruszył w stronę baru.
– Pójdę mu pomóc – rzuciłem i podniosłem się z kanapy. Dobrze, że było ciemno, bo chyba nie chciałbym zobaczyć, jak wyglądała jej tapicerka.
Ruszyłem za Kurtem, ale drogę przeciął mi Elian. Wstrzymałem oddech, gdy uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
– O, jesteście. Do baru? – zapytał, wskazując na niewielką kolejkę, która zdążyła się już uformować.
– Mhm – mruknąłem, za co zaraz zganiłem się w myślach. – Musimy za wami nadgonić – dodałem, siląc się na luźny ton.
– To bierzcie, co trzeba, i dołączajcie. Myślałem, że już nie przyjdziecie – rzucił wesoło i odwrócił się w stronę stołów.
Kątem oka zdążyłem jeszcze złapać uradowaną minę Tamary, po czym ruszyłem do Kurta, który już pochylał się nad ladą.
Kiedy wreszcie usiadłem z piwem, szybko stało się jasne, że nikt tu niczego nie sprawdzał. Barman miał nas głęboko gdzieś i rzadko wychylał się zza kontuaru, a ochroniarz – jeśli w ogóle nim był – siedział w kącie z nosem w telefonie, kompletnie niezainteresowany tym, co działo się wokół.
– To co, po shociku? – zapytała wesoło Min-jin, unosząc kieliszek.
Uśmiechnąłem się i razem z Kurtem sięgnęliśmy po alkohol. Stuknąłem szkłem o ich szkło, czując, jak napięcie w ramionach powoli puszcza.
– Na zdrowie – powiedziałem po polsku. Min-jin uśmiechnęła się szeroko, jakby tylko czekała na ten moment.
– Geonbae! – zawtórowała mi.
– Czasem żałuję, że znam tylko jeden język – westchnął Kurt, po czym wypił wszystko jednym tchem.
Przyjemne gorąco rozlało się po moim ciele, a głowa zrobiła się lekka. Rozmowy przy stole ożywiły się, ludzie pozbijali się w grupki, które teoretycznie powinny sobie przeszkadzać, ale po alkoholu nikt nie zwracał uwagi na poziom hałasu. I jakimś cudem wszyscy się rozumieli w tym wielogłosowym szumie.
– Przysięgam, nikt nie stresuje mnie tak jak MacTavish – parsknął Elian, pochylając się nad blatem. Siedział naprzeciwko i sprawnie żonglował uwagą między nami a ludźmi po swojej prawej.
– Matthew jest jej pupilkiem – wypaliła dumnie Min-jin, obejmując mnie ramieniem.
Zaśmiałem się głupkowato, czując delikatne zawstydzenie taką uwagą.
– Bez przesady... – zaprotestowałem słabo.
– Nie, no serio – poparła ją Tamara. – Był jedyną osobą, którą osobiście pochwaliła na zajęciach – przyznała zaskakująco przyjaźnie, ale kiedy pochyliła się w stronę Eliana, od razu zrozumiałem, że wcale nie chodziło o mnie. Ten temat po prostu pozwalał jej podtrzymać rozmowę z Hernándezem.
– Wow, poważnie? – zapytał, wbijając we mnie ciekawskie spojrzenie. Pod jego wzrokiem zrobiło mi się jeszcze cieplej niż po shocie.
– Mówisz, jakby ciebie nie chwaliła – prychnęła Tamara, przysuwając się tak blisko Eliana, że już niemal na nim leżała. – Słyszałam od Victorii. Wiedźma była tobą zachwycona.
– Trenowałem balet przez pięć lat. – Wzruszył ramionami, jakby szukał dla siebie usprawiedliwienia. – A jak poszło Blaine'owi? – zapytał ni zowąd, sięgając po piwo. – On ma ciężki styl.
– On w ogóle jest ciężki – mruknęła Chloe, przewracając oczami z wyraźnym zdegustowaniem.
– Każdy z nas wywodzi się z czegoś innego – odparła Min-jin, ku mojemu zdziwieniu stając w obronie Blaine'a. – On najpierw tańczył street dance?
– Ciekawe, co w takim razie robi na modernie.
– Tańczy – uciął Elian. – Zresztą, może dzisiaj wpadnie – dodał, zerkając w telefon. – Nie chciał, ale trochę mu nagadałem.
– Co? Serio? – jęknęła Tamara. – Przecież on jest... totalnie dziwny.
Elian spojrzał na nią, a ja po raz pierwszy wyłapałem w jego wzroku irytację. Zawsze wydawał mi się typem, przy którym każdy czuł się dobrze. Tymczasem również potrafił być zaskakująco szorstki.
– Kto przyjdzie? – podchwyciła Sofia, siedząca kilka miejsc dalej.
– Blaine – odpowiedziała dziewczyna, której imienia wciąż nie mogłem spamiętać.
– O nie... – jęknął ktoś cicho.
– A wiecie, co ja słyszałam? – Sofia uniosła się nieco na kanapie, tak, żeby zwrócić na siebie uwagę. Różowe kosmyki opadły jej na twarz, ale zupełnie się nimi nie przejmowała. – Blaine był przez kilka lat w gangu. Ponoć handlował.
– Bez przesady – parsknął Elian, przewracając oczami.
Zmarszczyłem brwi, nie do końca rozumiejąc, co się właściwie dzieje. Skąd Sofia, na litość boską, mogła mieć takie informacje?
– Mówię tylko, co słyszałam. I to, że pół roku temu jego brat się przekręcił. Przedawkował fentanyl – wypaliła niczym ciekawostkę przyrodniczą, po czym rozsiadła się wygodniej. Jedną rękę założyła na pierś, w drugiej trzymała drinka, zadowolona z siebie.
– Skąd on właściwie jest? – zapytał Jake.
Temat Blaine'a nagle przyciągnął uwagę większości do naszego stołu. Ludzie z drugiego też pewnie chętnie by się włączyli, ale głośniki nad naszymi głowami i dudniący z nich punk rock skutecznie im to uniemożliwiały.
– Z Bronxu. Ale dokładnie to nie wiem.
– Ma „bx” w nazwie na Insta, więc nietrudno się domyślić – prychnąłem, nim zdążyłem pomyśleć. Najwidoczniej alkohol dodał mi odwagi, a z drugiej strony całym sobą czułem, że wcale nie chcę dalej uczestniczyć w tej rozmowie.
– Dobra, koniec tematu – powiedział Elian, jakby czytając mi w myślach. – Idę na fajkę. Ktoś ze mną? – rzucił, a kilka osób natychmiast podniosło się z miejsc.
– Ciekawe, czy nas też tak obgadują – szepnęła mi do ucha Min-jin, gdy przy stole zrobiło się luźniej.
– Może jeszcze nie teraz, ale skoro plotkują już na pierwszej integracji, to niedługo będą obrabiać tyłki każdemu – odpowiedziałem, po czym dopiłem piwo. – To co, Kurt? Idziemy po kolejne?
Same day, 11:38 p.m.
Impreza rozkręciła się na dobre, a ja byłem już na tyle wstawiony, że z misyjnym zapałem broniłem honoru ojczyzny. Jake nie mógł uwierzyć, że w Polsce niedźwiedzie nie chodzą po ulicach, a kranówka nie tylko nadaje się do picia, ale smakuje o niebo lepiej niż ta nowojorska.
Nawet nie zauważyłem, kiedy Min-jin i Kurt się zmyli, a przy naszym stoliku wciąż przewijali się jacyś ludzie. W pewnym momencie wyłapałem kilka twarzy z drugiego roku. Aaron i sporo wyższy od niego Greg podeszli do nas, witając się wylewnie z Jake'em i zagarniając go w niedźwiedzie uściski. Kątem oka dostrzegłem, jak Aaron przy tym zamieszaniu dyskretnie wcisnął mu coś do dłoni, ale nie poświęciłem temu większej uwagi.
Zadowolony, że poznaję osoby z większym stażem na uczelni, zbiłem z nimi piąteczki jak z najlepszymi kumplami. Zapewne, gdybym nagle całkowicie wytrzeźwiał, zupełnie bym siebie nie poznał. Przerażające, co alkohol potrafił zrobić z człowiekiem.
Tak szybko, jak się pojawili, tak też rozpłynęli się w tłumie, tłumacząc, że wpadli tylko na chwilę do Jake'a. Wtedy wiedziałem już, że cały ten epizod zaraz umknie mojemu pijanemu umysłowi.
Zostałem sam z Jake'iem i resztą, gdy nagle Elian podniósł wzrok znad telefonu.
– Blaine zaraz będzie – oznajmił.
Zmarszczyłem brwi. Jasne. Oczywiście, że Elian miał do niego numer.
– O, serio? – Sofia już nawet nie kryła się ze swoją niechęcią.
– Mhm, wpadnie z kolegą. Miał odpuścić, ale udało mi się go przekonać – dodał z taką satysfakcją, jakby właśnie przeszedł najtrudniejszy poziom w grze, na którym wszyscy inni polegli.
– Zakochałeś się, czy jak? – wypalił Jake, nachylając się nad blatem z głupkowatym uśmiechem. – Co ci tak zależy?
Elian nawet nie mrugnął.
– Lubię ludzi, którzy nie udają – odpowiedział spokojnie, wytrzymując kpiące spojrzenie Jake'a.
Przy stole zapadła cisza. Nawet rzężący z głośników punk zdawał się na sekundę przycichnąć, zostawiając nas z tą dziwną deklaracją.
A później ktoś coś wypalił, inny się zaśmiał i temat Blaine'a padł, przykryty kolejną rundą shotów. Przynajmniej do momentu, w którym on sam nie wyrósł nagle przy naszym stoliku w towarzystwie ciemnoskórego chłopaka.
Cooper przesunął po nas leniwym, wyraźnie nietrzeźwym spojrzeniem i na dłużej zatrzymał je na mnie.
Poczułem, że potrzebuję więcej alkoholu. Natychmiast.
Wstałem, kierując się do baru. Ustawiłem się w kolejce za facetem, którego wygląd – długa broda, tunele w uszach i tatuaże – sugerował, że jest tu stałym bywalcem, kiedy ktoś szturchnął mnie w ramię. Obejrzałem się i omal nie straciłem równowagi.
Blaine wyrósł tuż za mną. Patrzył na mnie z tą swoją wyższością, którą najchętniej starłbym mu z twarzy jednym, celnym uderzeniem.
Jagoda zawsze powtarzała, że po procentach wchodziłem na jedną z dwóch ścieżek rozwoju: albo zostawałem kandydatem do pokojowej Nagrody Nobla i próbowałem godzić cały świat, albo odpalał mi się tryb agresywnego teriera.
Dzisiaj najwyraźniej wylosowało się to drugie.
– Czego chcesz, Cooper? – prychnąłem w moim mniemaniu groźnie, ale gdybym usłyszał siebie następnego dnia, po wytrzeźwieniu, padłbym trupem. Z zażenowania.
– Nic, po prostu nie mogę wyjść z szoku – parsknął, cały czas mierząc mnie tym swoim świdrującym wzrokiem. – Gdzie twoja Drużyna Pierścienia? Zostawili cię samego na pastwę losu?
– Wal się.
Nagle całe współczucie, które tliło się we mnie przez te wszystkie plotki o gangach i jego bracie, wyparowało. Może ten dupek po prostu ciężko zapracował na każdą złą opinię na swój temat?
– Co podać?
– Piwo. Tylko błagam, nie PBR – dodałem z lekkim skrzywieniem.
– Corona? – zaproponował.
– Niech będzie.
– A co jest złego w PBR? – podjął Blaine, pochylając się nade mną tak blisko, że aż poczułem zapach jego perfum wymieszanych z dymem papierosowym.
Zmarszczyłem brwi.
– Wy Amerykanie serio nie wiecie, jak smakuje dobre piwo, nie? – prychnąłem, przewracając oczami.
– A wy, Europejczycy, wiecie? – parsknął.
– Europa to nie kraj – odparłem, ogarnięty niewspółmiernym do sytuacji oburzeniem. – Ale tak, w Europie Środkowej wiemy, co to dobre piwo.
Blaine patrzył na mnie przez chwilę zaskoczony, aż w końcu parsknął śmiechem.
– Dobra, dobra. Już się tak nie odpalaj. Zapłać lepiej za to swoje paskudne, amerykańskie piwo.
Poczułem, jak gorąco zalewa mi twarz. Rzuciłem na ladę odliczone pieniądze, złapałem odkapslowaną butelkę i na odchodne dorzuciłem:
– Corona jest z Meksyku.
Wróciłem do stołu. Rozmowy na nowo zdążyły się już rozlać na wszystkie strony, a na blacie znów przybyło pustych szklanek. Śmiech stał się głośniejszy, bardziej urywany, jakby każdy próbował przekrzyczeć resztę.
Min-Jin i Kurt wrócili, siedzieli dokładnie tam, gdzie wcześniej. Bez wahania przysunąłem się do nich, stawiając butelkę na lepkim od alkoholu stole.
– Gdzie was wywiało? – zapytałem z oburzeniem. – Myślałem, że przepadliście.
Min tylko wzruszyła ramionami. Kurt milczał jeszcze uporczywiej niż zazwyczaj.
– Zrobiło mi się niedobrze, poszliśmy się przewietrzyć – wyjaśniła krótko.
Piwo było dobre, choć wciąż nie smakowało tak, jak w Polsce. Po kilku łykach przestało to jednak mieć znaczenie. Ciepło rozlewało się po ciele, a myśli robiły się jeszcze mniej uporządkowane. Złapałem się na tym, że przestaję analizować każde słowo, każdy gest. Po prostu byłem.
Czas zaczął się rozciągać.
Ktoś wstał, ktoś inny się pożegnał. Sofia gdzieś zniknęła, Tamara przesiadła się bliżej drugiego końca stołu, tam, gdzie był Elian i Blaine ze swoim kolegą, a rozmowy zaczęły się rwać, jakby powoli traciły sens.
I wtedy zobaczyłem Jake'a.
Stał niedaleko, oparty o oparcie kanapy, z cynicznym półuśmiechem na ustach. Obok niego zmaterializował się BJ, kolega Coopera. Był spięty i wyraźnie mniej rozgadany niż wcześniej.
Jake rozejrzał się dookoła. A potem wyciągnął z kieszeni małą, przezroczystą torebkę z białym proszkiem.
Ruch był szybki i niedbały. Jakby sięgał po gumę do żucia.
– Serio? – mruknął Elian, którego procenty również nie oszczędzały.
– Daj spokój, Jake – protestowała Min, marszcząc brwi. – Nie tutaj.
Jake tylko wzruszył ramionami.
– Co? Luz. Nikt nie zauważy.
Nie byłem pewien, czy bardziej wkurzył mnie jego ton, czy ta absurdalna prostolinijność. Dla niego to była naturalna część wieczoru.
Spojrzałem na Blaine'a.
Siedział kawałek dalej, oparty łokciami o stół. Do tej pory wydawał się odcięty od reszty, obecny tu tylko ciałem. Ale teraz wbijał spojrzenie w Jake'a.
Twarde. Nieruchome.
– Schowaj to – powiedział.
Głos miał spokojny. Za spokojny.
Jake parsknął śmiechem.
– Daj spokój, tato.
Kilka dziewczyn zaśmiało się nerwowo, ale szybko ucichły. Coś w powietrzu gwałtownie stężało.
– Twój kolega jest zainteresowany – powiedział prowokacyjnie Jake, wskazując na BJ-a. Chłopak drgnął, jakby każda wypowiedziana sylaba uderzyła w niego bezpośrednio.
– Stary, dajmy sobie spokój – rzucił ten nerwowo.
– Mówię serio – powtórzył Blaine. – Schowaj to.
Jake przechylił głowę, przyglądając mu się uważniej.
– A jak nie?
Cisza przy stole zrobiła się ciężka, lepka, gęstsza niż powietrze w całym barze.
– Jake, ogarnij się. Nikt tego tu nie chce – wtrącił Elian, podnosząc się od stołu, jakby czuł, że zaraz coś może się wydarzyć.
– BJ chce – dodał prowokacyjnie, na co Blaine aż się wyprostował.
– Zaraz pomogę ci to schować.
– Spróbuj – prowokował Jake, uśmiechając się szerzej. Wychylił się w stronę Coopera, machając zaczepnie woreczkiem.
Nie zdążyłem nawet dobrze zarejestrować momentu, w którym Blaine się ruszył.
Krzesło zaskrzypiało, ktoś zaklął, a potem wszystko wydarzyło się naraz.
Blaine dopadł Jake'a, złapał go za koszulkę i przerzucił przez kanapę. Stół się zatrząsł, butelki zadźwięczały, jedna przewróciła się i potoczyła po blacie.
– Co ty, kurwa...?! – urwał Jake, bo pięść Blaine'a trafiła go prosto w policzek.
Ktoś krzyknął.
BJ odsunął się gwałtownie, niemal przewracając krzesło.
– Blaine, przestań! – zawołał Elian, ale nie próbował ich rozdzielić, bojąc się, że sam może oberwać. Alkohol zbyt mocno zamącił nam wszystkim w głowie, byśmy mogli zareagować w jakkolwiek rozsądny sposób.
Uderzenia padały szybko i chaotyczne, jakby Blaine w ogóle nie widział, co robi. Jakby nie było tam Jake'a, tylko coś zupełnie innego.
Jake próbował się wyrwać, odepchnąć go, ale Blaine był szybszy, cięższy, bardziej wściekły.
– Mówiłem ci...! – warczał przez zaciśnięte zęby. – Miałeś. To. Schować.
Muzyka grała dalej, ale gdzieś w tle. Teraz liczyli się tylko oni, szamoczący się na podłodze, i napięcie, które rozlewało się po całym pomieszczeniu.
A potem ktoś krzyknął coś o policji.
Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłem zarejestrować, skąd oni się tu w ogóle wzięli.
– HEY! STOP! HANDS WHERE I CAN SEE THEM!
Muzyka ustała. Ostre światło rozlało się po barze i na moment
mnie oślepiło.
Ktoś się cofnął, ktoś inny odsunął
krzesło, ktoś podniósł ręce. Jake przestał się szarpać, ale
nie Blaine.
Dopiero kiedy jeden z funkcjonariuszy złapał go za ramię i brutalnie odciągnął do tyłu, puścił.
Za późno.
Został rzucony na podłogę, twarzą do ziemi, z taką siłą, że aż mnie to zabolało.
– Leż! – krzyknął mundurowy, przyciskając go kolanem.
– To nie on... – wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć.
Nikt nie słuchał.
Jake siedział z boku, tamując ręką krwotok z rozbitej szczęki. Żaden z gliniarzy nawet do niego nie podszedł. Całkowicie go zignorowali. W ich oczach nie był agresorem, tylko ofiarą starcia.
Gorączkowo omiatałem wzrokiem stół, kanapę i podłogę. Torebka z białym proszkiem zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było. Jakby wszystko, co widziałem zaledwie chwilę temu, było tylko wytworem wyobraźni.
Serce zaczęło mi walić szybciej, gdy z ust Blaine'a wydobył się jęk. Mężczyzna dopchnął go kolanem do posadzki, nie przejmując się przepełnionymi bólem protestami.
– Hej! – zrobiłem krok do przodu. – On tylko...!
– Cofnij się – rzucił drugi funkcjonariusz, nawet na mnie nie patrząc.
Blaine szarpnął się pod nim.
– Puść mnie, kurwa...!
Kolano ponownie wbiło go w brudną podłogę, a zaraz potem ciężki cios spadł prosto na jego potylicę.
Coś we mnie pękło, przestałem myśleć.
– Czy pan go widzi?! – podniosłem głos, czując, jak alkohol i adrenalina mieszają się w jedno. – Pan go zaraz...!
– Powiedziałem: cofnij się.
Nie cofnąłem się. Zrobiłem kolejny krok. I wtedy poczułem, jak ktoś łapie mnie za ramię.
– Nie wtrącaj się – szepnął mi do ucha Elian, próbując mnie powstrzymać.
– Blaine tylko chciał...! On wcale nie...! – wyrwałem się, znów dopadając do policjantów. W uszach mi szumiało, a mój angielski po prostu wyparował. Zostały tylko strzępy słów, których za nic nie potrafiłem poskładać w całość.
– Chcesz do niego dołączyć? – fuknął do mnie facet.
Zrozumienie, w jakiej sytuacji się znalazłem, przyszło za późno. Już dołączyłem.
Kajdanki zatrzasnęły się na moich nadgarstkach z cichym, metalicznym kliknięciem.
– Zostajesz aresztowany za utrudnianie czynności służbowych – beznamiętny ton dźwięczał mi w uszach. – Dodatkowo zakłócanie porządku publicznego. Nie stawiaj oporu, bo dopiszę ci jeszcze napaść na funkcjonariusza.
– Matt! – jęknęła przerażona Min, ale szybko ucichła. Chyba zrozumiała, że może ściągnąć na siebie niepotrzebną uwagę.
Gdzieś obok Blaine też przestał się szarpać.
Nie spojrzał na mnie, ale wydawał się wiedzieć, co zaraz nas czeka.
A ja?
A ja miałem ochotę się rozpłakać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!