poniedziałek, 27 kwietnia 2026

God Bless This Mess (Część 1.)

 Nie mam pojęcia, jak się zaczyna posty po takim czasie, ale... Wróciłam. Nie do starych powieści, zbyt wiele się wydarzyło w moim życiu, bym mogła od tak usiąść i je pisać.

Od dłuższego czasu (jakieś pół roku) pracuję nad nowym tekstem i w końcu postanowiłam go opublikować. „God bless this mess” brzmi znajomo? Bo takie jest. To historia Mateusza z „God bless America” tylko napisana całkowicie od nowa. Tamta ze mną już w żaden sposób nie rezonowała, wręcz czułam, że tracę fajny pomysł przez beznadziejne wykonanie. 

Nie będę ukrywać, że spala mnie ten tekst całkowicie. Poświęcam mu naprawdę wiele czasu i chcę po prostu zebrać feedback.

Czekam na Wasze opinie, obojętnie jakie by one nie były.

Publikacje planuję raz na tydzień (lub minimum trzy w miesiącu).

Trzymajcie się (jeśli ktokolwiek wciąż tu zagląda). 


***

Środa, 10 czerwca, 13:53

Wpatrywałem się w świstek papieru, zastanawiając, czy naprawdę wciąż rozumiałem angielski. Przesuwałem wzrokiem po tych samych linijkach tekstu raz za razem, ale słowo „congratulations” nie chciało wybrzmieć inaczej.

Dostałem się. Ta myśl dudniła mi w głowie, choć jakaś część mnie nie chciała w to uwierzyć.

– Mamo? – zawołałem.

Aż się wzdrygnąłem, mój głos zabrzmiał obco.

– W salonie.

Ruszyłem w tamtą stronę jak na autopilocie, po drodze znów zerkając na list. Czytałem go chyba dziesiąty raz i nic nie chciało się zmienić. Naprawdę mnie przyjęli.

Wygrałem konkurs, do którego zgłosiłem się właściwie bez żadnych oczekiwań. Miesiąc temu, na kastingu w Pradze, gdy stałem na parkiecie wśród tancerzy tak samo dobrych – a nawet i lepszych – ktoś z komisji mnie dostrzegł.

– Coś się stało? – zapytała, podnosząc się do siadu, kiedy tylko zauważyła mnie w progu.

Spojrzałem na nią. Jej sylwetka odcinała się na tle jasnej tapicerki, a całe pomieszczenie tonęło w blasku ciepłego, popołudniowego słońca.

W odpowiedzi machnąłem jedynie kartką, nie mogąc wykrztusić słowa.

– Co to...? – Podeszła i wyciągnęła rękę po list. Pochyliła się nad nim. Jej druciane okulary zsunęły się z nosa, kiedy sylabizowała kolejne wyrazy. Mrużyła oczy, bezgłośnie poruszając wargami przy trudniejszych słowach.

– O mój Boże… To prawda?

Na końcu języka miałem już jakiś ironiczny komentarz o jej wierze w moje umiejętności, ale głupi docinek zdechł, zanim zdążyłem go sformułować.

Nagle wszystko tutaj wydało się dalekie. Stałem już jedną nogą na lotnisku.

– Dance Time Foundation – przeczytała. – Mati! Ty się dostałeś! – wykrzyknęła i rzuciła mi się na szyję. Zawisła na mnie, a ja odruchowo ją objąłem, czując w ramionach ciężar jej ciała. Była lekka i sporo niższa ode mnie, a jednak znów na moment stałem się przy niej małym chłopcem.

– Tata się wścieknie – szepnąłem.

– Walić tatę! – Zdusiłem w sobie rozbawione parsknięcie. Takie słowa zwyczajnie nie pasowały do poważnej pani sędzi. – Mati, musisz lecieć! Ja go ogarnę, ty tylko dopilnuj papierów!

Moje myśli goniły jedna za drugą, a w uszach szumiało jednostajnie, jak w starym telewizorze na nienastrojonym kanale. Wicklow College. Takich szans zwyczajnie nie wolno odrzucać.

– Zadzwonię do Asi, ucieszy się. Na pewno dostaniesz u niej pokój. Rany, co za wiadomości! – paplała jak nakręcona. Nie miałem wątpliwości, że w głowie, punkt po punkcie, układała już plan mojej wyprowadzki do Nowego Jorku.

– Mamo... – wydusiłem wreszcie, wybijając ją z radosnego transu. – A co z Patrykiem? Ja... ja nie mogę go tak zostawić.

Cisza. Cała radosna atmosfera wyparowała w sekundę, a ona dopiero teraz zrozumiała, dlaczego nie tryskam radością razem z nią. Schowała z powrotem telefon, który już zdążyła wydobyć z kieszeni, po czym znów mnie przytuliła.

– Mateusz… to szansa jedna na milion. Wiem, jak ważny jest dla ciebie Patryk. Ale jeśli teraz odpuścisz, będziesz żałował do końca życia. Chcesz skończyć jak ja? Chcesz codziennie zmuszać się do pracy, której nie znosisz?

Pokręciłem głową. Miała rację. Od momentu moich narodzin tata miał swój plan. Prawo w Toruniu, aplikacja, kancelaria, wszystko przemyślane i zaklepane. Taniec był dla niego jedynie fanaberią.

– No właśnie. Tutaj nic innego cię nie czeka.

Odgarnęła mi włosy z czoła.

Uśmiechnąłem się gorzko. Gdyby ojciec wiedział, że Patryk był dla mnie kimś więcej niż „najlepszym kumplem”, pewnie sam wykupiłby mi bilet do USA. Tyle że na terapię, która miałaby mnie naprostować i wyleczyć. Pozbyłby się problemu bez mrugnięcia okiem, byle nikt się nie dowiedział. Byle nie szargać nazwiska.

– Ale mieliśmy razem pojechać na studia… – szepnąłem.

– Mati, Patryk sam cię namawiał.

Westchnąłem. Nie mogłem z tym polemizować, miała rację. Patryk kochał mnie zbyt mocno, by pozwolić mi dusić się w Toruniu na studiach, które zapewne szybko bym znienawidził.

– Skarbie, niewykorzystane szanse mogą się kiedyś na tobie mścić. Będą się za tobą ciągnąć – dodała, jakby wciąż musiała pchać mnie w stronę tych drzwi. Nie wiedziała, że klamka zapadła już w sekundzie, w której odczytałem pierwsze litery listu.

Ale te słowa i tak paliły. Bo przecież Patryk też był moją szansą – na wspólne życie, na studia, na wszystko, co zdążyliśmy sobie obiecać podczas trwania naszego krótkiego, ale intensywnego związku.

Właśnie robiłem swój pierwszy krok w życie na własnych zasadach i wcale nie rozpierało mnie obezwładniające szczęście, jakie powinienem czuć. Spełnianie największego marzenia nie powinno przecież przypominać handlu wymiennego.

Nowy Jork za Patryka. Moja przyszłość za naszą wspólną.

Dorosłość była cholernie przereklamowana.

*


Sunday, August 16, 9:50 a.m.


W swoim życiu zdarzało mi się już bywać na lotniskach mniejszych i większych. Myślałem, że wiem, jak to wszystko działa. Serio, jak bardzo byłem w błędzie.

Lotnisko JFK przytłaczało rozmiarem. Przypominało betonowy, szybko pulsujący organizm. Dookoła kręciło się tysiące ludzi, panował hałas, a zapach fast foodu i mieszanki perfum dobiegał z każdego zakrętu.

Odprawa paszportowa poszła gładko, ale potem zaczęło się prawdziwe piekło. Schody, ruchome chodniki, znowu schody. Spocony i zdezorientowany wreszcie dotarłem do hali odbioru bagażu.

Odetchnąłem dopiero, gdy na taśmie wylądowała moja granatowa walizka. Poobijana, z wielką, poprzecieraną naklejką Statuy Wolności, którą mama nakleiła lata temu – żeby łatwiej było ją znaleźć. Jak widać, kiczowaty kawałek papieru przetrwał i spełniał funkcję do dzisiaj.

Złapałem za polikarbonowe pudło zawierające cały mój dobytek, po czym ruszyłem do wyjścia. Minąłem pracowników lotniska zerkających na mnie z niechęcią, i wyszedłem prosto w chaos.

Ludzie krążyli jak mrówki, przepychając się w różnych kierunkach. Z głośników płynęły komunikaty o opóźnieniach, tonące w gwarze rozmów. Przy barierkach stała niska, pulchna blondynka i prowadziła zażartą dyskusję z jakąś kobietą, nawet nie zerkając w stronę rozsuwanych drzwi.

Jak to możliwe, że Asia i mama są siostrami? – zastanawiałem się, idąc w ich stronę.

– Cześć, ciociu – odezwałem się po polsku.

Asia zamarła na moment, a potem jej twarz rozjaśnił szeroki, szczery uśmiech.

– Mati! Boże! Jak się cieszę! – wykrzyknęła i rzuciła mi się na szyję. – Oh! I'm so sorry – zwróciła się do swojej rozmówczyni. – To mój siostrzeniec, właśnie przyleciał z Polski. – Wciąż trzymała mnie w uścisku, prezentując niczym trofeum.

Kobieta uśmiechnęła się, przywitała, po czym stwierdziła, że pójdzie do toalety, bo do przylotu męża ma jeszcze trochę czasu.

– Nie gadaj, że poznałaś ją pięć minut temu – parsknąłem, kiedy zostaliśmy sami.

– Och, no ja tak stałam, ona stała, to myślę… zagadam. Am I right?

Wzruszyłem ramionami. Dla mnie nie było w tym nic oczywistego. Nie wiedziałem, co musiałoby się stać, bym sam z siebie zaczął zaczepiać obcych ludzi na lotnisku. Najwidoczniej siedemdziesiąt procent introwertyka, które wyszły mi kiedyś w jakimś durnym teście osobowości, nigdy nie zrozumie stu procent ekstrawertyzmu Asi.

– No, a jak tam twój lot? Opowiadaj!

– Męczący. Marzę tylko o łóżku.

– Pokój masz gotowy. Trochę nam zajmie dojazd na Brooklyn, ale dasz radę, co? O tej porze jeszcze nie ma korków. – Zerknęła na smartwatch.

– Wytrzymam – mruknąłem, choć powieki same mi opadały.

Intuicja podpowiadała mi, że dzisiaj nie zwiedzę nawet najbliższej przecznicy. Całe szczęście do pierwszych zajęć został mi ponad tydzień. Wystarczająco dużo, bym zdążył wrócić do świata żywych.


Same day, 3:16 p.m.


Mieszkanie Asi było definicją przytulności osaczającej z każdej strony. Ciasne i nieustawne, jak większość nowojorskich lokali, odzwierciedlało jej specyficzny gust. Na ścianach wisiały typograficzne koszmarki w stylu „home sweet home”, na kanapie piętrzyły się poduszki w gryzących się wzorach, a w kątach zalegały przypadkowe rupiecie.

Pokój, który mi przypadł, był jego całkowitym przeciwieństwem. Szary, niemal pusty, z łóżkiem, biurkiem i szafą. Oaza spokoju. „Pokój kota”, jak nazywała go Asia.

Wybacz, Churchill. Musisz znaleźć sobie inne miejsce.

Leżałem świeżo wykąpany, w luźnym dresie, patrząc na nierozpakowaną walizkę stojącą pod ścianą. Wydawała się gotowa, by w każdej chwili ją złapać i wrócić na lotnisko.

– To jakie wrażenia? – Głos Patryka wydobywający się ze smartfona był dziwnie czysty, jakby wcale nie dzieliło nas sześć tysięcy kilometrów i ocean.

– Ciotka ma na parapecie figurkę balonowego, srającego psa – rzuciłem z nadzieją na rozładowanie atmosfery.

– Zrób mi zdjęcie. Zawsze o takiej marzyłem – dodał lżej, ale pod koniec głos mu się załamał.

Żart zgasł w słuchawce. Została tylko cisza i mój własny oddech.

– Odzywaj się czasem, dobra?

To nie było zwykłe pytanie. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Patryk desperacko próbował zatrzymać nas w miejscu, które właśnie przestawało istnieć.

– Jasne. Pewnie. Ty też.

Nie wiedziałem, ile powinna boleć miłość, która formalnie się nie skończyła. Nikt nie zdradził, nikt nie trzasnął drzwiami. A mimo to czułem się, jakby ktoś wyciął ze mnie kawałek i zapomniał zaszyć.

Byliśmy zawieszeni pomiędzy. Ani razem, ani osobno.

Zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek spotkam kogoś takiego jak Patryk. I czy naprawdę musiało to wyglądać właśnie tak, że jedno marzenie ustępuje miejsca drugiemu.

Niektórych odpowiedzi chyba wolałem nie poznawać.

*


Thursday, August 20, 7:12 a.m.


Ziewnąłem, wchodząc do kuchni, która była tak ciasna, że obecność Asi wypełniała ją po brzegi. Stała przy blacie, jedną ręką scrollując TikToka, a drugą wyławiając z miski te swoje ohydnie słodkie płatki Cap'n Crunch.

– Jajka są w fridge'u, dokupiłam – rzuciła, nie odrywając wzroku od telefonu, z którego dobiegał kojący głos jakiejś astrolożki.

– Dzięki.

– Co ty tak wcześnie? – Uniosła brew, podczas gdy pani z ekranu właśnie wieszczyła wszystkim Baranom finansowy przełom.

– Mam dzisiaj spotkanie z opiekunem dla studentów zagranicznych. Na dziesiątą, ale nie chcę się spieszyć – wyjaśniłem, wzruszając ramionami.

– No tak. Gwiazdy mówią, że dzisiaj retrogradacja Merkurego może ci namieszać w komunikacji, więc pilnuj transferów w metrze. Good luck with that, Młody.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Horoskopy oglądała wyłącznie po polsku, ale ponad dwadzieścia lat w Ameryce i tak zrobiło swoje.

Skupiłem się na swojej jajecznicy i tostach z masłem – to było jedyne normalne jedzenie, jakie udało mi się wynegocjować w tej kuchni. Sam widok niebiesko-czerwonego kartonu przyprawiał mnie o mdłości. Nie wiedziałem, jak Asia mogła wpychać w siebie te radioaktywne, okrutnie przesłodzone kulki.

– Drogę na campus znasz? – zapytała jeszcze, wrzucając miskę do zmywarki.

– Ogarnę.

Musiałem dojechać na Manhattan. Mój talent topograficzny ograniczał się do gubienia drogi w garażu centrum handlowego, więc nowojorskie metro przerażało mnie bardziej niż cokolwiek innego. Założyłem, że po drodze zgubię się przynajmniej trzy razy – i właśnie dlatego wstałem wcześniej. Dziś spóźnienie nie wchodziło w grę.

– Jak coś, dawaj znać. Będę pod telefonem, chociaż damn, dostawa ma dzisiaj przyjechać. Nie lubię, gdy Juana sama kręci się po knajpie. Wiesz, jak jest... – Zamachała ręką, przewracając jednocześnie oczami.

Nie mogłem się nie roześmiać. Aśka była jak żywioł, zawsze w samym środku zamieszania. Meksykańska restauracja, którą jeszcze kilka lat temu prowadziła z ex-mężem, a dziś należała już tylko do niej, była jej drugim domem.

– Dobra, I'm out. Jak coś, dzwoń. Nawet jeśli nie odbiorę, próbuj do skutku! – Wskazała na mnie palcem, po czym w locie wciągnęła na nogi swoje żarówiaste trampki. – I jakbyś mógł, dorzuć jeszcze Churchillowi chrupek. Nie wiem, o której dzisiaj będę.

– Dorzucę, ale myślę, że jeden dzień głodówki dobrze by mu zrobił – mruknąłem, sięgając po blaszaną puszkę.

Jak na zawołanie przy moich nogach zmaterializował się słusznej masy pers, wpatrujący się we mnie ponaglająco.

– Daj spokój, nie widzisz, że to dziecko głoduje? – Błysnęła jeszcze w naszą stronę swoimi równymi, białymi zębami, po czym rzuciła krótkie „bye” i wyszła. Przez chwilę odgłos jej kroków na schodach niósł się echem po mieszkaniu, aż wreszcie nastała całkowita cisza.

Prawie.

Churchill próbował uwieść mnie swoim spojrzeniem i pomrukiem przypominającym duszący się silnik starego motocykla.

– Ty żarłoku – pokręciłem głową i nie chcąc dłużej biedaka męczyć, wysypałem chrupki.

Nigdy nie widziałem, żeby jakiekolwiek zwierzę jadło tak szybko.


Same day, 9:28 a.m.


Główny oddział Wicklow College mieścił się na Manhattanie, na Upper East Side. Takiego miejsca nie miałem prawa doświadczyć w Trójmieście... ba, myślę, że nawet warszawiak z krwi i kości poczułby się tutaj przytłoczony. Otaczały mnie dźwięki silników i agresywne serie klaksonów, wymieszane z dusznym sierpniowym powietrzem. Wszędzie dookoła pędzili ludzie w nienagannych garniturach i kobiety, od których bił zapach drogich perfum.

Każdy dokądś gonił, każdy miał sprawę niecierpiącą zwłoki i nikt – absolutnie nikt – nie zwracał na mnie uwagi. Nawet bezdomni wydawali się tu rzadszym widokiem, jakby potężne fasady luksusowych apartamentowców i chłodne spojrzenia odźwiernych skutecznie wymazywały ich z krajobrazu.

Zapatrzyłem się na wysokie budynki – jedne z elewacjami z białego kamienia, inne z cegły. Nie wyglądały na nowoczesne, a mimo to biły od nich pieniądze. Krzyczały, że to tutaj robi się prawdziwe interesy.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Influencerzy od estetyki „old money” pewnie mieliby tu raj, ale ja czułem się jak błąd w systemie. Brakowało mi brudu i bałaganu Brooklynu. Jego wielokulturowość była przynajmniej autentyczna. Tutaj czułem się, jakbym wszedł do muzeum, w którym nie stać mnie nawet na bilet.

Nasunąłem słuchawki, z których płynęły akordy „Undressed” Sombra.

Szedłem przed siebie, śledząc nawigację. Mijali mnie kolejni ludzie oraz ich puste spojrzenia.

Doszedłem do świateł. Zatrzymałem się i podniosłem wzrok na modernistyczny, betonowy budynek kilkanaście metrów dalej, z dwoma szklanymi łącznikami zawieszonymi wysoko w powietrzu.

Wstrzymałem oddech. Poczułem dreszcz wspinający się po plecach i rozlewający się powoli aż po koniuszki palców. Towarzyszyło mi wrażenie, jakbym właśnie obudził się ze snu. Jakby wszystko, co wydarzyło się do tej pory – zerwanie z Patrykiem, przylot tutaj, mieszkanie u zakręconej ciotki – było tylko preludium do tej konkretnej chwili. Jakby ktoś nagle postawił mnie w tym miejscu i pstryknął palcami, budząc z drzemki.

– Cholera – szepnąłem do siebie, ledwo poruszając ustami.

Naprawdę tu byłem. Miałem szansę zostać profesjonalnym tancerzem. To brzmiało jak nierealny scenariusz napisany dla kogoś znacznie lepszego niż ja.

Światło zmieniło się na zielone. A przynajmniej tak mi się wydawało.

„I don't wanna get undressed for a new person all over again” – śpiewał Sombr, a ja, niesiony widokiem gigantycznej ściany szkła, w której odbijało się błękitne niebo i pędzące chmury, zrobiłem pierwszy krok. Potem drugi. Moje oczy wciąż były utkwione wysoko, śledząc linię elewacji.

Ryk silnika i pisk opon rozdarł powietrze. Wszystko potoczyło się tak szybko, że mój umysł nie nadążył za rejestracją klatek. Czerwona bryła motocykla wyrosła tuż przede mną. Maszyna zakołysała się gwałtownie, gdy kierowca zablokował tylne koło, zatrzymując się dosłownie centymetry od moich nóg. Odrzuciło mnie w tył; wylądowałem na asfalcie, a drobinki piasku wbiły mi się w skórę dłoni.

Przez chwilę słyszałem tylko ciężki, nierówny pomruk silnika.

Kierowca nie zsiadł od razu. Kopnął nóżkę, zgasił maszynę i jednym płynnym ruchem ściągnął kask. Pod nim ukazała się opalona twarz, krótkie, czarne loki oraz spojrzenie, które aż iskrzyło wściekłością.

– Ty pieprzony samobójco! – wycharczał. Jego głos był niski, chropowaty, idealnie pasujący do warkotu maszyny. – Chcesz żeby cię zdrapywali z ulicy?

Zamarłem na ziemi. Patrzyłem na niego z dołu, czując, jak krew odpływa mi z twarzy.

– Ja... przepraszam, myślałem, że mam zielone... – Mój głos zabrzmiał obco, drżał, a angielski układał się na języku niczym bezkształtna, rozgotowana kluska.

Spróbowałem wstać, ale bezskutecznie. Nogi miałem jak z waty, a pośladki aż do lędźwi pulsowały tępym bólem.

Facet zmierzył mnie niechętnym spojrzeniem, po czym obszedł maszynę, żeby upewnić się, że nic jej się nie stało. W tym czasie dookoła nas zdążyło zrobić się małe zbiegowisko; jakaś kobieta podeszła do mnie, pytając z troską, czy wszystko w porządku.

Typ z motocykla wyglądał na całkowicie niezainteresowanego ani mną, ani tłumem. Przetarł rękawem niewidoczny ślad na czerwonym błotniku, jakby to była jedyna rzecz na tym skrzyżowaniu warta ratowania.

– Skoro żyjesz, to wstawaj i nie blokuj ruchu – rzucił chłodno, mierząc mnie ponaglającym wzrokiem. Ja jednak miałem w głowie pustkę, moje ciało działało na zwolnionych obrotach.

Prychnął ze zniecierpliwieniem, podchodząc do mnie z wyciągniętą ręką. Nie było w tym ani grama empatii; on po prostu chciał jak najszybciej usunąć przeszkodę z drogi.

Zbierając w sobie ostatnie resztki dumy, które jakimś cudem nie porozsypywały się po asfalcie, przyjąłem jego dłoń i dźwignąłem się na wciąż drżących nogach. Uścisk był twardy, bezlitosny i szybki. Kobieta, która jako jedyna naprawdę przejęła się moim stanem, odprowadziła mnie na drugą stronę przejścia, podczas gdy on bez słowa wskoczył na motocykl.

– Na pewno wszystko w porządku? – zapytała, nie puszczając mojego ramienia.

Pokiwałem głową, wciąż nie mogąc wydusić słowa.

Silnik zamruczał głęboko, a pojazd ruszył sprawnie, by za moment zwinnie przeciąć sznur taksówek. Patrzyłem, jak jego sylwetka pochyla się nad bakiem, a czerwona maszyna szybko znika za zakrętem.

– Co za gbur... – mruknęła pod nosem kobieta, a ja wciąż próbowałem ogarnąć umysłem to, co się właśnie wydarzyło. – Nie przejmuj się, najważniejsze, że jesteś cały.

*


Same day, 10:14 a.m.


Biuro obsługi studenta ani trochę nie wyglądało tak, jak je sobie wyobrażałem. Było jasne, przestronne i przede wszystkim panowała tu niesamowicie przyjazna atmosfera. Każdy się do mnie uśmiechał oraz pytał o samopoczucie. Choć dobrze wiedziałem, że to pytanie-pułapka, jedyną akceptowalną opcją był uśmiech oraz szybkie „wszystko w porządku, dziękuję” – to i tak czułem różnicę. Przepraszano nawet za „niedogodność” kilkuminutowego czekania na opiekuna. Trudno było mi sobie wyobrazić podobne traktowanie na jakiejkolwiek polskiej uczelni.

Siedziałem na zaskakująco wygodnym krześle, obok Azjatki, której imienia za nic nie potrafiłem sobie przypomnieć, i Australijczyka, Kurta. Tak jak ja dostali się tu na stypendium, tyle że z innej fundacji.

Próbowałem zepchnąć na dno świadomości to, co wydarzyło się chwilę wcześniej na pasach, ale poharatane dłonie skutecznie mi o tym przypominały. Cały wewnętrznie drżałem od nadmiaru przeżytych emocji.

– Skąd dokładnie jesteś, Min-jin? – zapytał Kurt, a ja powtórzyłem to imię w myślach, żeby w końcu je zapamiętać. Skoro cała nasza trójka była studentami z wymiany na tym samym kierunku, warto było się do nich przykleić.

– Z Korei Południowej – powiedziała nienagannym angielskim, bez śladu jakiegokolwiek akcentu, czego od razu jej pozazdrościłem.

– Okej, czyli Polak, Koreanka i Australijczyk. Dream team – mruknął. Gdyby nie lekko uniesiony kącik ust, trudno byłoby wyczuć, że to żart mający rozładować atmosferę.

Był całkowitym zaprzeczeniem wyobrażeń o „chłopaku z Melbourne”. Żadnej opalenizny czy szerokiego uśmiechu surfera. Obok mnie siedział gościu o nienaturalnie jasnej cerze i ciemnych, niemal czarnych oczach.

W tym momencie drzwi do biura otworzyły się. Nasze spojrzenia automatycznie powędrowały w tamtą stronę z nadzieją, że to opiekunka studentów zagranicznych wybawi nas z dalszego czekania.

Wysoki chłopak, który stanął w progu z niechętnym grymasem na twarzy, z pewnością nią nie był.

Zmarszczyłem brwi, a w moich płucach nagle zabrakło powietrza. Cały tlen z pomieszczenia jakby wyparował, gdy rozpoznałem w nim gościa ze skrzyżowania.

To był on. Ten sam motocyklista, któremu pół godziny temu wlazłem prosto pod koła.

Na całe szczęście nie zostałem zidentyfikowany. Moje spięte ramiona opadły o kilka centymetrów, gdy nieznajomy minął nas bez słowa i podszedł prosto do stanowiska obok, kompletnie niewzruszony uprzejmym uśmiechem siedzącej tam kobiety.

– Ja w sprawie stypendium z konkursu międzystanowego – wyłapałem jego głos, który przeciął wesołą paplaninę Kurta i Min-jin. Wyłączyłem się całkowicie z ich konwersacji, skupiając całą uwagę na niedoszłym mordercy moich nóg.

Mózg pracował mi na najwyższych obrotach, a pośladki, jakby na samo wspomnienie twardego asfaltu, zapulsowały tępym bólem.

Odwróciłem wzrok, udając nagłe zainteresowanie ekranem telefonu, choć tak naprawdę widziałem tylko własne odbicie w przygaszonym szkle.

Byleby mnie nie skojarzył.

Zerknąłem ukradkiem w jego stronę. Stał oparty o blat, pewny siebie, jakby cały świat naturalnie ustawiał się pod niego. Ani śladu zawahania, żadnego „może kogoś prawie zabiłem pół godziny temu”.

Drzwi biura otworzyły się ponownie. W progu stanęła kobieta z rudymi lokami i spojrzeniem, które w jednej chwili potrafiło przeskanować całe pomieszczenie. Gdy dostrzegła nasze zagraniczne trio pod ścianą, uśmiechnęła się szeroko.

– Przepraszam za spóźnienie! – zawołała, ruszając w naszą stronę i skupiając na sobie uwagę wszystkich obecnych.

Łącznie z nim.

Odwrócił głowę z wyraźną irytacją, jakby właśnie przerwano mu coś ważnego. A potem jego wzrok zatrzymał się na mnie.

I nie odwrócił go od razu.

Przez chwilę miałem nadzieję, że mnie nie rozpozna. Marzyłem o tym, by nasze drogi rozeszły się tutaj i już nigdy więcej nie przecięły. Najchętniej zostawiłbym dzisiejszy incydent za sobą, choć wiedziałem, że głowa będzie mnie katować, raz po raz wypominając każdą sekundę tamtego upokorzenia.

Jego spojrzenie się zmieniło, rozpoznał mnie.

Świetnie. Tak, to ja. Ten debil, który rano podjął próbę samobójczą na oznakowanym przejściu dla pieszych.

Pierwszy odwróciłem wzrok. Skupiłem się na pani Henders, drobnej, bardzo kolorowej i, co zrozumiałem już po pierwszej minucie, absolutnie chaotycznej. Mówiła szybko, przeskakiwała z wątku na wątek i połowę zdań kończyła w innym miejscu, niż zaczynała, więc chwilami musiałem się domyślać sensu. Mimo to trudno było jej nie polubić.

– Wiecie co? Chodźcie do mojego gabinetu, tam porozmawiamy bardziej kameralnie – przerwała nagle swój wywód, a ja aż wypuściłem powietrze z duszącym świstem.

Facet ze skrzyżowania wciąż patrzył uparcie, jakby próbował przygwoździć mnie do krzesła. Nie dałem mu tej satysfakcji. Wstałem pierwszy i wyszedłem, zanim zdążył cokolwiek zrobić.

Ciul go wie… Może na jego motocyklu zostało jakieś wgniecenie? Albo przy nagłym hamowaniu poszły klocki? Albo cokolwiek innego, co mogło się tam zepsuć.

Tak czy siak, marzyłem tylko o tym, żeby nigdy więcej go nie spotkać. Z tą myślą ruszyłem za panią Henders, zostawiając wstyd za sobą.

*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.