Środa, 10 czerwca, 13:53
Wpatrywałem się w świstek papieru, zastanawiając, czy naprawdę wciąż rozumiałem angielski. Przesuwałem wzrokiem po tych samych linijkach tekstu raz za razem, ale słowo „congratulations” nie chciało wybrzmieć inaczej.
Dostałem się. Ta myśl dudniła mi w głowie, choć jakaś część mnie nie chciała w to uwierzyć.
– Mamo?
Wzdrygnąłem się. Mój głos zabrzmiał obco.
– W salonie.
Ruszyłem w tamtą stronę bezwiednie, po drodze znów zerkając na list. Czytałem go chyba dziesiąty raz i nic nie chciało się zmienić. Naprawdę mnie przyjęli.
Wygrałem konkurs, do którego zgłosiłem się bez żadnych oczekiwań. Miesiąc temu na kastingu w Pradze, kiedy stałem na parkiecie wśród tancerzy tak samo dobrych – a nawet i lepszych – ktoś z komisji mnie dostrzegł.
– Coś się stało? – zapytała, podnosząc się z kanapy, kiedy tylko zauważyła mnie w progu.
W odpowiedzi machnąłem jedynie kartką, nie mogąc wykrztusić słowa.
– Co to...? – Podeszła i wyciągnęła rękę po list. Pochyliła się nad nim. Jej druciane okulary zsunęły się z nosa, kiedy sylabizowała kolejne wyrazy. Mrużyła oczy, bezgłośnie poruszając wargami przy trudniejszych słowach.
– O mój Boże… To prawda?
Na końcu języka miałem już jakiś ironiczny komentarz o jej wierze w moje umiejętności, ale głupi docinek zdechł, zanim zdążyłem go sformułować.
Nagle wszystko tutaj wydało się dalekie. Stałem już jedną nogą na lotnisku.
– Dance Time Foundation – przeczytała. – Mati! Ty się dostałeś! – wykrzyknęła i rzuciła mi się na szyję. Zawisła na mnie, a ja odruchowo ją objąłem, czując w ramionach ciężar jej ciała. Była lekka i sporo niższa ode mnie, jednak znów na moment stałem się przy niej małym chłopcem.
– Tata się wścieknie – szepnąłem.
– Walić tatę! – Zdusiłem w sobie rozbawione parsknięcie. Takie słowa zwyczajnie nie pasowały do poważnej pani sędzi. – Mati, musisz lecieć!
Moje myśli goniły jedna za drugą, a w uszach szumiało jednostajnie. Wicklow College. Takich szans zwyczajnie nie wolno odrzucać.
– Zadzwonię do Asi, ucieszy się. Na pewno dostaniesz u niej pokój. Rany, co za wiadomości! – paplała jak nakręcona. W głowie, punkt po punkcie, układała już plan mojej wyprowadzki do Nowego Jorku.
– Mamo... – wydusiłem wreszcie, wybijając ją z radosnego transu. – A co z Patrykiem? Ja... ja nie mogę go tak zostawić.
Cisza. Cała radosna atmosfera wyparowała w sekundę, a ona dopiero teraz zrozumiała, dlaczego nie cieszę się razem z nią. Schowała z powrotem telefon, który już zdążyła wydobyć z kieszeni, po czym znów mnie przytuliła.
– Mateusz… to szansa jedna na milion. Wiem, jak ważny jest dla ciebie Patryk. Ale jeśli teraz odpuścisz, będziesz żałował do końca życia. Chcesz skończyć jak ja? Chcesz codziennie zmuszać się do pracy, której nie znosisz?
Pokręciłem głową. Miała rację. Od momentu moich narodzin tata miał swój plan. Prawo w Toruniu, aplikacja, kancelaria, wszystko przemyślane i zaklepane. Taniec był jedynie fanaberią.
– No właśnie. Tutaj nic innego cię nie czeka.
Odgarnęła mi włosy z czoła.
Uśmiechnąłem się gorzko. Gdyby ojciec wiedział, że Patryk był dla mnie kimś więcej niż najlepszym kumplem, pewnie sam wykupiłby mi bilet do USA. Tyle że na terapię, która miałaby mnie naprostować i „wyleczyć”. Pozbyłby się problemu bez mrugnięcia okiem, byle nikt się nie dowiedział. Byle nie szargać nazwiska.
– Ale mieliśmy razem pojechać na studia… – szepnąłem.
– Mati, Patryk sam cię namawiał.
Westchnąłem. Nie mogłem z tym polemizować, miała rację. Patryk kochał mnie zbyt mocno, by pozwolić mi dusić się w Toruniu na studiach, które zapewne szybko bym znienawidził.
– Skarbie, niewykorzystane szanse mogą się kiedyś na tobie mścić. Będą się za tobą ciągnąć – dodała, jakby wciąż musiała pchać mnie w stronę tych drzwi. Nie wiedziała, że klamka zapadła już w sekundzie, w której odczytałem pierwsze litery listu.
Jej słowa i tak paliły. Bo Patryk też był moją szansą – pierwszą i największą. Szansą na wspólne życie, które zdążyliśmy sobie naiwnie obiecać.
Stawiałem pierwsze kroki ku własnej niezależności i wcale nie rozpierało mnie obezwładniające szczęście, jakie powinno temu towarzyszyć. Spełnianie największego marzenia nie powinno przypominać handlu wymiennego.
*
Sunday, August 16, 9:50 a.m.
Mieszkanie cioci Asi było definicją przytulności osaczającej z każdej strony. Ciasne i nieustawne, jak większość nowojorskich lokali, odzwierciedlało jej specyficzny gust. Na ścianach wisiały typograficzne koszmarki w stylu „home sweet home”, na kanapie piętrzyły się poduszki w gryzących się wzorach, a każdy wolny kąt wypełniały rupiecie.
Pokój, który mi przypadł, był jego całkowitym przeciwieństwem. Szary, niemal pusty, z łóżkiem, biurkiem i szafą. Oaza spokoju. „Pokój kota”, jak nazywała go Asia.
Wybacz, Churchill. Musisz znaleźć sobie inne miejsce.
Leżałem świeżo wykąpany, w luźnym dresie, patrząc na nierozpakowaną walizkę stojącą pod ścianą. Wydawała się gotowa, by w każdej chwili ją złapać i wrócić na lotnisko.
– To jakie wrażenia? – Głos Patryka wydobywający się ze smartfona był dziwnie czysty, jakby wcale nie dzieliło nas sześć tysięcy kilometrów i ocean.
– Ciotka ma na parapecie figurkę balonowego, srającego psa – rzuciłem z nadzieją na rozładowanie atmosfery.
– Zrób mi zdjęcie. Zawsze o takiej marzyłem – dodał lżej, ale pod koniec głos mu się załamał.
Żart zgasł w słuchawce. Została tylko cisza i mój własny oddech.
– Odzywaj się czasem, dobra?
To nie było zwykłe pytanie. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Patryk desperacko próbował zatrzymać nas w miejscu, które właśnie przestawało istnieć.
– Jasne. Pewnie. Ty też.
Nie wiedziałem, ile powinna boleć miłość, która formalnie się nie skończyła. Nikt nie zdradził, nikt nie trzasnął drzwiami. Mimo to czułem się, jakby ktoś wyciął ze mnie kawałek i zapomniał zaszyć.
Byliśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy.
Ani razem, ani osobno.
Thursday, August 20, 7:12 a.m.
Kilka dni spędzonych pod dachem ciotki wystarczyło, bym sobie przypomniał, jak siostry różniły się od siebie. Moja mama wnosiła do pomieszczenia spokój, nawet gdy wszystko wokół się waliło, a Asia przypominała superkomórkę burzową – głośną, nieprzewidywalną i pełną energii, którą przenosiła na wszystkich dookoła.
Nic więc dziwnego, że od samego przyjazdu nieustannie gdzieś mnie ciągała. Zwiedzałem Nowy Jork tak intensywnie, jakbym przyjechał na tygodniowe wakacje, a nie miał spędzić tutaj najbliższych kilka lat.
W czwartkowy poranek ledwo wygrzebałem się z łóżka, wykończony tempem ostatnich dni. Ziewając, wszedłem do turkusowej kuchni, tak małej, że obecność Asi niemal wypełniała ją po brzegi. Stała przy blacie, jedną ręką scrollując TikToka, a drugą wyławiając z miski swoje ukochane, ohydnie słodkie płatki Cap'n Crunch.
– Jajka są w fridge'u, dokupiłam. – Nie odrywała wzroku od telefonu, z którego dobiegał kojący głos jakiejś astrolożki.
– Dzięki.
– Co ty tak wcześnie? – Uniosła brew, podczas gdy pani z ekranu właśnie wieszczyła wszystkim Baranom finansowy przełom.
– Mam dzisiaj spotkanie z opiekunem dla studentów zagranicznych. Na dziesiątą, ale nie chcę się spieszyć – wyjaśniłem, wzruszając ramionami.
– No tak, zapomniałam. Gwiazdy mówią, że dzisiaj retrogradacja Merkurego może ci namieszać w komunikacji, więc pilnuj transferów w metrze. Good luck with that, sweetie.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Horoskopy oglądała wyłącznie po polsku, ale ponad dwadzieścia lat w Ameryce i tak zrobiło swoje.
Skupiłem się na swojej jajecznicy i tostach z masłem – to było jedyne normalne jedzenie, jakie udało mi się wynegocjować w tej kuchni. Sam widok niebiesko-czerwonego kartonu przyprawiał mnie o mdłości. Nie wiedziałem, jak Asia mogła wpychać w siebie te radioaktywne, okrutnie przesłodzone kulki.
– Drogę na campus znasz? – zapytała jeszcze, wrzucając miskę do zmywarki.
– Ogarnę.
Musiałem dojechać na Manhattan. Mój talent topograficzny ograniczał się do gubienia drogi w garażu centrum handlowego, więc nowojorskie metro przerażało mnie bardziej niż cokolwiek innego. Założyłem, że po drodze zgubię się przynajmniej trzy razy – i właśnie dlatego wstałem wcześniej. Dziś spóźnienie nie wchodziło w grę.
– Jak coś, dawaj znać. Będę pod telefonem, chociaż damn, dostawa ma dzisiaj przyjechać. Nie lubię, gdy Juana sama kręci się po knajpie. Wiesz, jak jest... – Zamachała ręką, przewracając jednocześnie oczami.
Nie mogłem się nie roześmiać. Meksykańska restauracja, którą Asia jeszcze kilka lat temu prowadziła z ex-mężem, a dziś należała już tylko do niej, była jej drugim domem. Z tego, co zdążyłem zaobserwować, panowała tam dokładnie taka sama atmosfera, jaką ciotka roztaczała wokół siebie – chaos, który tylko z boku sprawiał wrażenie niekontrolowanego.
– Dobra, I'm out. Jak coś, dzwoń. Nawet jeśli nie odbiorę, próbuj do skutku! – Wskazała na mnie palcem, po czym w locie wciągnęła na nogi swoje żarówiaste trampki. – I jakbyś mógł, dorzuć jeszcze Churchillowi chrupek. Nie wiem, o której dzisiaj będę.
– Dorzucę, ale myślę, że jeden dzień głodówki dobrze by mu zrobił – mruknąłem, sięgając po blaszaną puszkę.
Jak na zawołanie przy moich nogach zmaterializował się słusznej masy pers, wpatrujący się we mnie ponaglająco.
– Daj spokój, nie widzisz, że to dziecko głoduje? – Błysnęła jeszcze w naszą stronę swoimi równymi, białymi zębami, po czym rzuciła krótkie „bye” i wyszła. Przez chwilę odgłos jej kroków na schodach niósł się echem po mieszkaniu, aż wreszcie nastała całkowita cisza.
Prawie.
Churchill próbował uwieść mnie swoim spojrzeniem i pomrukiem przypominającym duszący się silnik starego motocykla.
– Ty żarłoku. – Pokręciłem głową i nie chcąc dłużej biedaka męczyć, wysypałem chrupki.
Nigdy nie widziałem, żeby jakiekolwiek zwierzę jadło tak szybko.
Same day, 9:28 a.m.
Główny oddział Wicklow College mieścił się na Manhattanie, na Upper East Side. Takiego miejsca nie miałem prawa doświadczyć w Trójmieście. Ba, myślę, że nawet warszawiak z krwi i kości poczułby się tutaj przytłoczony. Otaczały mnie dźwięki silników i agresywne serie klaksonów, wymieszane z dusznym sierpniowym powietrzem. Wszędzie dookoła pędzili ludzie w nienagannych garniturach i kobiety otulone wonią drogich perfum.
Każdy dokądś gonił, każdy miał sprawę niecierpiącą zwłoki i nikt nie zwracał na mnie uwagi.
Zapatrzyłem się na wysokie budynki – jedne z elewacjami z białego kamienia, inne z cegły. Nie wyglądały na nowoczesne, a mimo to biły od nich pieniądze. Krzyczały, że to tutaj robi się prawdziwe interesy.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zdążyłem już zatęsknić za brudem i bałaganem Brooklynu. Za osiedlowymi sklepikami, knajpkami z całego świata, ścianami pokrytymi graffiti i mieszanką języków, którą słyszało się na każdym kroku.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon i zerknąłem na zegarek. Upewniwszy się, że mam jeszcze trochę czasu, szybko wszedłem w historię ostatnich połączeń. Chwilę później w słuchawkach rozbrzmiał sygnał nawiązywanego połączenia.
Zagryzłem wargę, kiedy na ekranie pojawiła się uśmiechnięta, choć lekko rozpikselowana twarz. Na jej widok coś boleśnie ścisnęło mnie w środku.
– Hej – powiedziałem miękko, chłonąc każdy szczegół cyfrowego obrazu Patryka. Roztrzepane brązowe włosy opadały na oczy, których przez kiepską jakość połączenia nie potrafiłem dobrze dostrzec. Nie musiałem jednak. Doskonale pamiętałem ich zielony kolor i dwie brązowe plamki w lewej tęczówce. Znałem te oczy na pamięć.
– Hej. Gdzieś idziesz? – Przybliżył się do kamery, najwyraźniej próbując rozszyfrować, co znajduje się za moimi plecami. Żeby mu to ułatwić, powoli obróciłem się wokół własnej osi.
– Jestem na Manhattanie – poinformowałem, siląc się na spokojny ton. – Zaraz mam spotkanie z opiekunem, ale pomyślałem, że zadzwonię.
– No i super. – Patryk poruszył się. Obraz na moment się ściął. – Jak tam w ogóle?
– Wiesz, od wczoraj niewiele się zmieniło. – Parsknąłem śmiechem. Rozmawialiśmy codziennie odkąd tylko wylądowałem w Nowym Jorku.
Ruszyłem przed siebie, wymijając kolejnych spieszących się dokądś ludzi oraz ich puste spojrzenia.
– Zobacz, tam. – Przerzuciłem video na tylną kamerę, żeby mu to lepiej pokazać. – To jest Wicklow College.
Skierowałem telefon na wysoki, modernistyczny budynek stojący kilkanaście metrów dalej, za ruchliwym skrzyżowaniem. Dwa szklane łączniki przecinały przestrzeń wysoko nad ulicą, łącząc jego skrzydła.
– Nieźle. – Patryk cmoknął z uznaniem. – Czuć prestiż.
Zaśmiałem się, ale serce zabiło mi mocniej. Poczułem się odrobinę lżej, słysząc jego głos w słuchawkach i mając przed oczami jego znajomą twarz. Zupełnie, jakby był obok.
Zatrzymałem się przed pasami, przenosząc wzrok na wieżowiec. Wstrzymałem oddech, a dreszcz wspiął mi się po plecach i rozlał powoli aż po koniuszki palców. Jakbym właśnie obudził się ze snu.
– No – przyznałem mu rację, nie mogąc wykrztusić nic więcej.
Naprawdę tu byłem. Miałem szansę zostać profesjonalnym tancerzem. To brzmiało jak nierealny scenariusz napisany dla kogoś znacznie lepszego niż ja.
Światło zmieniło się na zielone. A przynajmniej tak mi się wydawało.
– To powiedz jeszcze co tam u twojej cioci. Co u Juany? Pogodziły się w końcu, czy rozniosły knajpę? Czuję się jakbym oglądał latynoski serial, dawaj kolejny odcinek perypetii meksykańskiej restauracji... – mówił Patryk, a ja, niesiony jego głosem oraz widokiem gigantycznej ściany szkła, w której odbijało się błękitne niebo i pędzące chmury, zrobiłem pierwszy krok. Potem drugi. Moje oczy wciąż były utkwione wysoko, śledząc linię elewacji.
Pisk opon rozdarł powietrze. Wszystko potoczyło się tak szybko, że rzeczywistość rozsypała się na pojedyncze migawki. Czerwona bryła motocykla wyrosła tuż przede mną. Motocykl zakołysał się gwałtownie, gdy kierowca zahamował z całej siły, zatrzymując się dosłownie centymetry od moich nóg. Wylądowałem na asfalcie, a drobinki piasku wbiły mi się w skórę dłoni. Trzask upadającego telefonu wdarł mi się do umysłu.
Cisza. Przez chwilę słyszałem tylko ciężki, nierówny pomruk silnika.
– Mati? Hej, wszystko w porządku? – W jednym uchu rozbrzmiał głos Patryka. Dopiero wtedy zorientowałem się, że druga słuchawka gdzieś mi wypadła. Rozejrzałem się w popłochu dookoła.
Kierowca nie zsiadł od razu. Kopnął nóżkę, zgasił maszynę i płynnym ruchem ściągnął kask. Pod nim ukazała się opalona twarz, krótkie, czarne loki oraz iskrzące wściekłością spojrzenie.
– Ty pieprzony samobójco! – Głos był niski, chropowaty, idealnie pasujący do warkotu maszyny. – Chcesz żeby cię zdrapywali z ulicy?
– Mati! – krzyknął przestraszony Patryk.
Nie byłem w stanie mu odpowiedzieć. Zamarłem na ziemi. Patrzyłem na motocyklistę z dołu, czując, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Ja... przepraszam, myślałem, że mam zielone... – Znienawidziłem się za ten ton. Brzmiałem obco, a angielski układał mi się na języku niczym bezkształtna, rozgotowana kluska.
Spróbowałem wstać. Bezskutecznie. Nogi miałem jak z waty, a pośladki aż do lędźwi pulsowały tępym bólem.
– Mati, co się tam dzieje?
– Przepraszam. Nic, nic. Wszystko w porządku – wydukałem spanikowany po polsku i guzikiem na słuchawce rozłączyłem się, dobrze wiedząc, że będę musiał mu to później wyjaśnić.
Facet zmierzył mnie niechętnym spojrzeniem, po czym obszedł maszynę, żeby upewnić się, że nic jej się nie stało. W tym czasie dookoła nas zdążyło zrobić się małe zbiegowisko; jakaś kobieta podeszła do mnie, pytając z troską, czy wszystko w porządku.
– Skoro żyjesz, to wstawaj i nie blokuj już ruchu. – Nieznajomy zmierzył mnie ponaglającym wzrokiem. Ja jednak miałem w głowie pustkę, moje ciało działało na zwolnionych obrotach.
Prychnął ze zniecierpliwieniem, podchodząc do mnie z wyciągniętą ręką. Nie było w tym ani grama empatii. On po prostu chciał jak najszybciej usunąć przeszkodę z drogi.
Zbierając w sobie ostatnie resztki dumy, które jakimś cudem nie porozsypywały się po asfalcie, przyjąłem jego dłoń i dźwignąłem się na wciąż drżących nogach. Uścisk był twardy, bezlitosny i szybki. Kobieta, która jako jedyna naprawdę przejęła się moim stanem, odprowadziła mnie na drugą stronę przejścia. Po drodze podniosła jeszcze z ulicy mój telefon i zagubioną słuchawkę. W tym czasie motocyklista bez słowa wskoczył na motocykl.
– Na pewno wszystko w porządku? – zapytała, nie puszczając mojego ramienia.
Pokiwałem głową, wciąż nie mogąc wydusić słowa.
Silnik zamruczał głęboko, a pojazd ruszył sprawnie, by za moment zwinnie przeciąć sznur taksówek. Patrzyłem, jak jego sylwetka pochyla się nad bakiem, a czerwona maszyna szybko znika za zakrętem.
– Co za gbur... – mruknęła pod nosem kobieta, a ja wciąż próbowałem ogarnąć umysłem to, co się właśnie wydarzyło. – Nie przejmuj się, najważniejsze, że jesteś cały.
*
Same day, 10:14 a.m.
Biuro obsługi studenta ani trochę nie wyglądało tak, jak je sobie wyobrażałem. Było jasne, przestronne i przede wszystkim panowała tu niesamowicie przyjazna atmosfera. Każdy się do mnie uśmiechał oraz pytał o samopoczucie. Choć dobrze wiedziałem, że to pytanie-pułapka, jedyną akceptowalną opcją był uśmiech oraz szybkie wszystko w porządku, dziękuję – to i tak czułem różnicę. Przepraszano nawet za niedogodność kilkuminutowego czekania na opiekuna. Trudno było mi sobie wyobrazić podobne traktowanie na jakiejkolwiek polskiej uczelni.
Siedziałem na zaskakująco wygodnym krześle, obok Azjatki, której imienia za nic nie potrafiłem sobie przypomnieć, i Australijczyka, Kurta. Tak jak ja dostali się tu na stypendium, tyle że z innej fundacji.
Próbowałem zepchnąć na dno świadomości to, co wydarzyło się chwilę wcześniej na pasach, ale poharatane dłonie mi o tym przypominały. Cały wewnętrznie drżałem od nadmiaru przeżytych emocji.
– Skąd dokładnie jesteś, Min-jin? – zapytał Kurt, a ja powtórzyłem to imię w myślach, żeby w końcu je zapamiętać. Skoro cała nasza trójka była studentami z wymiany na tym samym kierunku, warto było się do nich przykleić.
– Z Korei Południowej.
– Okej, czyli Polak, Koreanka i Australijczyk. Dream team – mruknął. Gdyby nie lekko uniesiony kącik ust, trudno byłoby wyczuć, że to żart mający rozładować atmosferę.
Był całkowitym zaprzeczeniem wyobrażeń o „chłopaku z Melbourne”. Żadnej opalenizny czy szerokiego uśmiechu surfera. Obok mnie siedział gościu o nienaturalnie jasnej cerze i ciemnych, niemal czarnych oczach.
W tym momencie drzwi do biura otworzyły się. Nasze spojrzenia automatycznie powędrowały w tamtą stronę z nadzieją, że to opiekunka studentów zagranicznych wybawi nas z dalszego czekania.
Wysoki chłopak, który stanął w progu z niechętnym grymasem na twarzy, z pewnością nią nie był.
Zmarszczyłem brwi, a w moich płucach nagle zabrakło powietrza. Cały tlen z pomieszczenia wyparował, gdy rozpoznałem w nim gościa ze skrzyżowania.
Na całe szczęście nie zostałem zidentyfikowany. Moje spięte ramiona opadły o kilka centymetrów, gdy nieznajomy minął nas bez słowa i podszedł prosto do stanowiska obok, kompletnie niewzruszony uprzejmym uśmiechem siedzącej tam kobiety.
– Ja w sprawie stypendium z konkursu międzystanowego – wyłapałem jego głos, który przeciął wesołą paplaninę Kurta i Min-jin. Wyłączyłem się całkowicie z ich konwersacji, skupiając całą uwagę na niedoszłym mordercy moich nóg.
Mózg pracował mi na najwyższych obrotach, a pośladki, jakby na samo wspomnienie twardego asfaltu, zapulsowały tępym bólem.
Odwróciłem wzrok, udając nagłe zainteresowanie telefonem, który również nosił ślady dzisiejszego wypadku. Przesunąłem palcem po podłużnym pęknięciu przecinającym szybkę ochronną, a chwilę później ukradkiem zerknąłem na nieznajomego.
Stał oparty o blat, pewny siebie, jakby cały świat naturalnie ustawiał się pod niego. Ani śladu zawahania, żadnego „może kogoś prawie zabiłem pół godziny temu”.
Drzwi biura otworzyły się ponownie. W progu stanęła kobieta z rudymi lokami i spojrzeniem, które w jednej chwili potrafiło przeskanować całe pomieszczenie. Gdy dostrzegła nasze zagraniczne trio pod ścianą, uśmiechnęła się szeroko.
– Przepraszam za spóźnienie! – zawołała, ruszając w naszą stronę i skupiając na sobie uwagę wszystkich obecnych.
Łącznie z nim.
Obejrzał się, szukając powodu nagłego zamieszania... a potem jego wzrok zatrzymał się na mnie.
Nie odwrócił go od razu.
Przez chwilę miałem nadzieję, że mnie nie rozpozna. Marzyłem o tym, by nasze drogi rozeszły się tutaj i już nigdy więcej nie przecięły. Najchętniej zostawiłbym dzisiejszy incydent za sobą, choć wiedziałem, że jeszcze długo będę wracał myślami do tamtego upokorzenia.
Jego spojrzenie się zmieniło, rozpoznał mnie.
Świetnie. Tak, to ja. Ten debil, który rano podjął próbę samobójczą na oznakowanym przejściu dla pieszych.
Pierwszy odwróciłem wzrok. Skupiłem się na pani Henders, drobnej, bardzo kolorowej i, co zrozumiałem już po pierwszej minucie, absolutnie chaotycznej. Mówiła szybko, przeskakiwała z wątku na wątek i połowę zdań kończyła w innym miejscu, niż zaczynała, więc chwilami musiałem się domyślać sensu.
– Wiecie co? Chodźcie do mojego gabinetu, tam porozmawiamy bardziej kameralnie – przerwała swój wywód, a ja aż wypuściłem powietrze z duszącym świstem.
Facet ze skrzyżowania wciąż patrzył uparcie, jakby próbował przygwoździć mnie do krzesła. Nie dałem mu tej satysfakcji. Wstałem pierwszy i wyszedłem, zanim zdążył cokolwiek zrobić.
Może na jego motocyklu zostało jakieś wgniecenie? Albo przy nagłym hamowaniu poszły klocki? Albo cokolwiek innego, co mogło się tam zepsuć.
Tak czy inaczej, marzyłem tylko o tym, żeby nigdy więcej go nie spotkać. Z tą myślą ruszyłem za panią Henders, zostawiając wstyd za sobą.
Oh my... Jakiś czas temu odwiedziłam tego bloga, żeby przypomnieć sobie kilka opowiadań po latach. Dzisiaj wzięłam się za mój problem z milionem otwartych kart i właściwe to osłupiałam.. Pochłonęłam, co tu dużo pisać, cieszę się, że wróciłaś :). Będę czekać na kolejne rozdziały. Fajnie, że wracasz do tej historii z nowym podejściem, bo widać zmianę warsztatu :).
OdpowiedzUsuńIlyzkaii
Zastanawiałam się, czy dalej tu publikować (wrzucam teraz głównie na Wattpada), ale skoro tu jesteś, to chyba pozostawię blog aktywny :)
Usuń