sobota, 9 maja 2026

Część 4. (God Bless This Mess)

 

Same day, 3:06 p.m.


Leżałem w poprzek łóżka, wpatrując się w wirujący powoli sufitowy wentylator, który zamiast chłodzić, jedynie mieszał duszne, późnosierpniowe powietrze. Telefon leżał na mojej piersi, wibrując przy każdym słowie mamy.

– Jakoś poszło. Dałem radę przeżyć ten pierwszy dzień – wymamrotałem, przymykając powieki. Czułem się jak przebity balon, z którego powoli uchodziło życie.

– Aż tak ciężko?

– Daj spokój, masakra – jęknąłem, podnosząc się do siadu. – To zupełnie inny poziom. Jak dotrwam do końca semestru, to chyba ze szczęścia wykorkuję.

Mama się roześmiała. Rany, jak bardzo brakowało mi tego dźwięku, a jeszcze bardziej jej samej, tutaj, w tym ciasnym mieszkaniu.

wtorek, 5 maja 2026

God Bless This Mess (Część 3.)

 

Same day, 10:44 a.m.


Sala treningowa była wysoka, jasna, a mimo to w tłumie ciał sprawiała wrażenie klaustrofobicznej. Powietrze pachniało świeżo wypastowanym parkietem. Przez ogromne okna widziałem tętniące życiem skrzyżowanie 68th Street i Lexington – żółte taksówki i tłum ludzi, którzy nie mieli pojęcia o naszym istnieniu.

Nagłe, głośne klaśnięcie w dłonie przecięło gwar.

– Dobra, kochani. Półkole. Siadamy i słuchamy.

Kobieta, która wyrosła w centrum pomieszczenia, zmierzyła nas badawczym, chłodnym spojrzeniem. Stała wyprostowana, ze ściągniętymi ramionami, wysoko uniesioną głową i nieprzeniknioną miną. Bardziej przypominała posąg niż żywego człowieka.

God Bless This Mess (Część 2. )

 

Saturday, August 22, 2:27 p.m.


Wibracja telefonu rozeszła się po blacie, niszcząc panującą w pokoju ciszę. Sięgnąłem po smartfona, przesuwając wzrokiem po biurku, które przestawało być sterylnie puste. Z dnia na dzień coraz wyraźniej zaznaczałem tu swoją obecność – rzuconymi słuchawkami, książką, do której czytania nie mogłem się zebrać, dwoma buteleczkami perfum czy rozłożonym laptopem.

Ekran rozbłysnął. Wystarczyło jedno spojrzenie na zdjęcie, by w gardle stanęła mi sucha, twarda gula.

Patryk ciasno obejmował Jagodę, naszą wspólną przyjaciółkę. Ona, zazwyczaj wycofana, tym razem uśmiechała się szeroko, wręcz promieniejąc. Stali pod białą pergolą w ogródku działkowym jej rodziców, wznosząc toast drinkami. Wyglądali na tak bezczelnie szczęśliwych, jakby świat poza tym ogrodem przestał dla nich istnieć.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

God Bless This Mess (Część 1.)

 Nie mam pojęcia, jak się zaczyna posty po takim czasie, ale... Wróciłam. Nie do starych powieści, zbyt wiele się wydarzyło w moim życiu, bym mogła od tak usiąść i je pisać.

Od dłuższego czasu (jakieś pół roku) pracuję nad nowym tekstem i w końcu postanowiłam go opublikować. „God bless this mess” brzmi znajomo? Bo takie jest. To historia Mateusza z „God bless America” tylko napisana całkowicie od nowa. Tamta ze mną już w żaden sposób nie rezonowała, wręcz czułam, że tracę fajny pomysł przez beznadziejne wykonanie. 

Nie będę ukrywać, że spala mnie ten tekst całkowicie. Poświęcam mu naprawdę wiele czasu i chcę po prostu zebrać feedback.

Czekam na Wasze opinie, obojętnie jakie by one nie były.

Publikacje planuję raz na tydzień (lub minimum trzy w miesiącu).

Trzymajcie się (jeśli ktokolwiek wciąż tu zagląda). 


***

piątek, 30 kwietnia 2021

Tom II, część 30. (Mrok)

 

– Przyleciał kruk – powiedział Vaadar, odchylając się na siedzisku wyściełanym zwierzęcymi futrami i spoglądając przy tym na blat, na którym leżał duży płat cielęcej skóry z wyrysowaną mapą. – Ojciec daje nam wolną rękę.

Xahen zakrył dłonią usta i zmarszczył brwi, śledząc wzrokiem schemat podziemi, próbując jednocześnie jak najwięcej z niego zapamiętać.

– Tak będzie najlepiej – mruknął. Wstał i pochyliwszy się nad planem, przesunął zielony kamyk ku zaznaczonemu wyjściu z krętych lochów. – Przeprowadzę swoich ludzi dołem, a ty z Kavremem będziesz działał na powierzchni. Nie ma sensu nacierać na nich od boków, skoro i tak się tego spodziewają.

Vaadar, po raz pierwszy od naprawdę dawna potaknął mu, całkowicie się z nim zgadzając. To była jedyna kwestia, w której mogli sobie podać dłonie. Nie potrafiliby przeprowadzić ataku wspólnie na powierzchni, bo to z pewnością zakończyłoby się dla nich sromotną klęską. Zmieniając plany ojca i chcąc uderzyć w Liodem Hum od głównych bram, musieli się rozdzielić, aby nie wchodzić sobie w kompetencje dowódców i zamiast wroga, nie zacząć wybijać siebie nawzajem.

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.