Same day, 3:06 p.m.
Leżałem w poprzek łóżka, wpatrując się w wirujący powoli sufitowy wentylator, który zamiast chłodzić, jedynie mieszał duszne, późnosierpniowe powietrze. Telefon leżał na mojej piersi, wibrując przy każdym słowie mamy.
– Jakoś poszło. Dałem radę przeżyć ten pierwszy dzień – wymamrotałem, przymykając powieki. Czułem się jak przebity balon, z którego powoli uchodziło życie.
– Aż tak ciężko?
– Daj spokój, masakra – jęknąłem, podnosząc się do siadu. – To zupełnie inny poziom. Jak dotrwam do końca semestru, to chyba ze szczęścia wykorkuję.
Mama się roześmiała. Rany, jak bardzo brakowało mi tego dźwięku, a jeszcze bardziej jej samej, tutaj, w tym ciasnym mieszkaniu.