poniedziałek, 29 maja 2017

Rozdział 9. (I tak wszyscy wylądujemy w McDonaldzie)

Rozdział zawiera opis zażywania substancji nielegalnej w Polsce. Sam proces zażywania (jak i późniejsze skutki) nie są przedstawione w sposób negatywny. Odradzam czytanie osobom wrażliwym na takie kwestie.  

Sprawdzone przez Ekucbbw.

Miałem ten sen tysiące razy

Teodor zerknął na siedzącego przy biurku Andrzeja, żeby zaraz powrócić spojrzeniem na ekran monitora.
– Więc... za co cię tak właściwie wyrzucili? – zapytał jakby nigdy nic i sięgnął po niedawno zaparzoną herbatę. Wziął ostrożny łyk, gdyż wciąż była gorąca, i przerzucił stronę w pdf-ie z ćwiczeniami na zajęcia.

Andrzej, nie odrywając się od telefonu, na którym robił już coś od kilkunastu minut, odpowiedział bez jakiegokolwiek zaangażowania:
– Niezapłacone rachunki.
Teodor znów popatrzył na Wrońskiego, tym razem dłużej i wnikliwiej, nie mogąc zrozumieć, jak Andrzej potrafił podejść do tego z taką olewczością. Nie wyglądał na kogoś, kto by się tym przejmował. Chociaż Teodor chyba powinien wziąć na Andrzeja poprawkę – bo czy od czasów gimnazjum obchodziło go cokolwiek, co nie było związane z muzyką?
– Przecież niedawno dopiero straciłeś pracę, nie? – drążył dalej. – Wyrzucili cię za nieopłacenie miesiąca czy dwóch?
– Pięciu – sprostował, jakby właśnie mówił Teodorowi, że jutro na obiad zamiast kaszy zjedzą ziemniaki. – Ale luz, nie miałem ze staruchą umowy. Cipa nie powinna w ogóle tego mieszkania wynajmować – wyjaśnił i dopiero wtedy oderwał wzrok od telefonu. Uśmiechnął się do Teodora beztrosko, z taką miną, jakby chwalił się swoimi życiowymi osiągnięciami. Teodor jednak, chociaż sytuacja była dla niego całkowicie absurdalna, nic nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową, nie mając zamiaru prawić Andrzejowi morałów. Zresztą, znał już go na tyle, by wiedzieć, że Andrzej i tak zrobi, co chce. I chyba właśnie to tak bardzo mu w Andrzeju imponowało – zawsze stawiał na swoim, był pewny siebie i nawet jeśli wiedział, że robił źle, miał po prostu swoje zdanie. Teodorowi to ostatnie do teraz przychodziło z wielkim trudem, asertywność nie stanowiła jego mocnej strony.
– Zapłacisz jej?
– Jak znajdę pracę. – Wzruszył ramionami i wystukał coś na telefonie, żeby po chwili przyłożyć go do ucha. – Poczekaj, muszę zadzwonić do Rzepy. To... – ruchem głowy wskazał na stojącą pod drzwiami wielką, czarną walizkę – nie jest całym moim dobytkiem. – Znów błysnął do niego zębami i nim Teodor zdążył się zastanowić, ile walizek jeszcze przyjdzie przygarnąć mu pod dach, Andrzej rzucił do telefonu: – No hej. Masz teraz chwilę...? – Kamiński udał, że powraca do zadań i że wcale nie interesuje go rozmowa Andrzeja z Rzepą. – No. Super. To podrzucisz mi...? No co ty, nie będę się cisnąć autobusami – prychnął z urażeniem, na co Teodor mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Cały Andrzej, zawsze wykręci wszystko tak, żeby to jemu było najwygodniej, pomyślał Teodor z rozbawieniem, zapisując coś na kartce. – No jak u kogo? – Kątem oka zerknął na Andrzeja, który właśnie uśmiechał się do niego szeroko. – Teodor mnie przygarnął, kiedy ty o mnie zapomniałeś – dodał z rozbawieniem, na co Kamiński przewrócił oczami, musząc przed sobą przyznać, że dziwnie było tak spędzić z Andrzejem cały dzień. Dziwnie, co nie oznacza, rzecz jasna, że nieprzyjemnie. Bo kto jak kto, ale Teodor nie narzekał na towarzystwo Wrońskiego. – Dobra, to jesteśmy umówieni – zakończył i odłożył telefon na biurko. – Będzie za godzinę – poinformował, wstając z fotela, który zareagował na ten nagły ruch przeciągłym jękiem.
– Dobra. – Teodor pokiwał głową, w myślach dodając jeszcze: „byleby nie został na długo” i wrócił do rozwiązywania zadań. Przy Andrzeju skupienie się na nauce było znacznie trudniejsze.
– Ej, to mogę zjeść te ciastka, co są w kuchni? – zapytał Andrzej już z przedpokoju. Teodor westchnął głęboko, po raz kolejny tego dnia dochodząc do wniosku, że wyżywienie Andrzeja to naprawdę ciężki kawałek chleba.
– Jasne.

***

Teodor wyjrzał z łóżka do przedpokoju, w którym stał Andrzej ze słuchawką domofonu przy uchu. Dusił w sobie śmiech, przysłuchując się słowom Wrońskiego i czekając na reakcję rozmówcy, którego niestety nie mógł teraz obserwować. A szkoda, bo z chęcią popatrzyłby na nieudolne zmagania Rafała z Andrzejem – to, który z nich wygra, było już wiadome. Teodor nie miał wątpliwości co do wyniku.
– No weź. Przynieś mi tę walizkę, co? To ty tutaj jesteś tym dużym i silnym – ciągnął swoją mantrę, usiłując namówić stojącego przed klatką Rafała na wniesienie swoich rzeczy. Wyglądało na to, że Rzepa jeszcze się zapierał, nie mając zamiaru usługiwać Andrzejowi. Prawda była jednak taka, że Teodor nie potrafił wyobrazić sobie Wrony biegnącego po schodach z walizką cięższą niż on sam. Andrzej chyba też tego nie widział, więc jedynym ratunkiem był dla niego Rzepa. – Rafał, ty chcesz, żebym trupem na tych schodach padł? Żebym przepukliny dostał? – Teodor nie wytrzymał. Parsknął pod nosem, bo właśnie przed oczami pojawił mu się obraz chudego Andrzeja przygniecionego do schodów przez walizkę. – Nie zapomnij, że jestem u Teo – dodał w pewnym momencie, oglądając się przez ramię i posyłając Teodorowi dziwne spojrzenie, którego sam adresat nie potrafił rozszyfrować. – Jak to co? Możecie się znowu zobaczyć, gołąbeczki – powiedział prześmiewczo, a Teodor aż uchylił usta, nie wiedząc, jak na to zareagować. Na domiar złego, jego myśli samoistnie powędrowały ku wieczorowi kilka dni temu, kiedy to zza biurka podziwiał szerokie plecy Rafała. Poczuł momentalny przypływ gorąca i chciał czy nie, zaczerwienił się.
– Głupi – wymamrotał pod nosem, sięgając po swój telefon jak po jedyną deskę ratunku, za którą będzie mógł ukryć zawstydzenie. O czym ten Andrzej w ogóle mówił?!
Wroński, już nie oglądając się na Teodora, zachichotał wesoło, pewnie w odpowiedzi na jakieś słowa Rafała. W cudownym nastroju odwiesił słuchawkę i z ogromnym (a przez to dość przerażającym, w końcu Andrzej nigdy się tak ostentacyjnie nie uśmiechał) bananem na ustach wrócił do pokoju Teodora.
– Wniesie – poinformował, zupełnie jakby Teodor nie mógł się tego domyślić.
– Masz chyba dobry humor – odburknął niemrawo, nie mając najmniejszej ochoty na zobaczenie się z Rafałem. A w szczególności nie po tym, co chwilę temu powiedział mu Andrzej.
– Za chwilę zobaczysz dlaczego – dodał jeszcze weselej (o ile to w ogóle możliwe!), po czym rozsiadł się na fotelu. Teodor zerknął nerwowo na drzwi, chrząkając, jakby coś stanęło mu w gardle. Bo właściwie to stanęło – godność. I jeszcze, cholera, wciąż miał przed oczami te plecy! Uwzięły się na niego i odczepić nie mogły, psia mać.
– Czasami się zastanawiam, jak ja mogłem się przyjaźnić z tobą w gimnazjum – bąknął jeszcze, ściągając na siebie lekko zaskoczone spojrzenie Andrzeja. Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do odzywek Teodora, który w końcu jako piętnastolatek był taki cichutki i pokorny.
– Wtedy jakoś nie narzekałeś – odpowiedział Andrzej, sięgając po telefon i zerkając na wyświetlacz.
Teodor już miał mu coś odpowiedzieć, gdy nagle rozbrzmiało pukanie do drzwi. Odruchowo popatrzył na przedpokój, a później na Andrzeja. Kompletnie niezainteresowanego Andrzeja.
– Nie otworzysz? – zapytał, gdy Wroński nawet nie drgnął, tylko zaczął coś szybko wypisywać na smartphonie.
– Otwarte są, nie?
Teodor uniósł brwi, dochodząc do wniosku, że Andrzej zrobił się naprawdę bardzo chamski. Albo właściwie to nie – zawsze był chamski, tylko nigdy w stosunku do Teodora i może właśnie dlatego tak lubił Wrońskiego. Dzięki niemu czuł się w pewien sposób wyjątkowy, Andrzej traktował go inaczej niż całą resztę swoich znajomych.
Drzwi otworzyły się. Teodor popatrzył na poirytowaną minę Rzepy i wielką walizkę stojącą w progu. Mimowolnie zrobiło mu się żal Rafała, biedak musiał to wszystko tachać.
– Gdzie on jest? – zapytał, na moment brzmiąc trochę jak dzieciak z gimnazjum, którego Teodor tak nie lubił.
Nie odezwał się. Ruchem głowy wskazał na fotel, który z przedpokoju był niewidoczny. Rafał zacisnął wargi tak, że te aż pobielały, aż wreszcie przekroczył próg, nie przejmując się walizką.
– Ciebie pojebało? – warknął, zaglądając do pokoju i piorunując Andrzeja spojrzeniem.
– Nie. Całkiem dobrze się czuję – odpowiedział Andrzej i odłożył telefon. – Przyniosłeś? – zapytał, ale kiedy dostrzegł, jak twarz Rafała czerwienieje od irytacji, od razu doszedł do wniosku, że zaraz przekroczy awaryjną linię i Rzepa wybuchnie. A tego przecież nie chciał, lubił Rzepę, lubił go denerwować, jednak wkurzony facet gabarytów Rafała to wcale nic ciekawego. – Dobra, dobra, nie wściekaj się – rzucił zaraz, chcąc trochę załagodzić sytuację. – Zresztą, gdyby nie ja, nie zobaczyłbyś się z Teo, hm? – Uniósł jedną z tych swoich ostrych brwi, wskazując jednocześnie ręką na Kamińskiego, który już myślał, że spali się ze wstydu. Rafał najwidoczniej też, bo chrząknął nerwowo i wsunął ręce w kieszenie swoich szarych, luźnych spodni dżersejowych. Zgarbił się nieznacznie, jak dziecko stojące przed rodzicem i ukrywające zbicie okna sąsiadowi.
– Czasem jesteś chujem – powiedział tylko, doskonale wiedząc, że Andrzej nie bardzo się tym przejmie.
– Za chwilę mi podziękujecie – odparł i wzruszył ramionami. Wstał z fotela i jakby nigdy nic wyminął Rafała. Zdezorientowany Rzepa popatrzył najpierw za Andrzejem, a później zerknął na Teodora, który odpowiedział mu miną: „mnie nie pytaj”.
Wroński złapał za rączkę wielkiej, czarnej walizki, identycznej jak ta, na której powitał Teodora kilka godzin temu. Wciągnął ją do przedpokoju wcale nie bez wysiłku (Rafał mógł potwierdzić, że była cholernie ciężka. Zaczął nawet zastanawiać się, czy w środku Andrzej nie upchnął czyjegoś ciała). Nogą zatrzasnął drzwi, a walizkę położył na podłodze. Rafał i Teodor przyglądali się jego dalszym poczynaniom z zainteresowaniem, kompletnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Andrzej miał już to do siebie, że mógł zaskoczyć w każdej chwili.
Pogrzebał trochę w walizce pełnej ubrań (czarnych oczywiście). Gdzieś mignęły Teodorowi jeszcze jakieś skórzane, ciężkie buty, paski z ćwiekami, koszulki, spodnie, kurtki... a pomiędzy tym wszystkim biały czajnik elektryczny, naczynia, garnki, a nawet pościel. Wszystko wymieszane razem, bez żadnej segregacji czy porządku.
W pewnym momencie Andrzej wyciągnął kubek. Zwykły, niebieski kubek z wyszczerbionym uchem. Teodor popatrzył na to ze zdziwieniem, nie wiedząc, czego się spodziewać, dopóki Andrzej nie wsadził w niego palców i dopóki nie wyciągnął jakiegoś pazłotkowego zawiniątka. Z dumą zaprezentował im małą kuleczkę o średnicy, na oko, dwóch centymetrów.
– I...? – zapytał Teodor, nie podejrzewając, co to może być.
– Nie, serio? – Rafał załapał od razu. Rozłożył ręce i pokręcił głową. – Nie ma mowy, stary, jestem samochodem – dodał, jakby to przekreślało wszystkie plany Andrzeja co do srebrnej kulki.
– Oj, daj spokój – sapnął Andrzej i jeszcze pogrzebał w walizce. Tym razem wyciągnął metalową, zieloną fifkę z charakterystycznym listkiem po bokach i Teodor nagle doznał olśnienia.
– Chcesz palić? – zapytał, otwierając szeroko oczy. – U mnie?
– A u kogo? – Zamknął walizkę i wstał, cały czas trzymając zielsko zawinięte w sreberko i lufkę. – Dajcie spokój, raz na jakiś czas można. Zresztą, mam za darmo. Współlokator miał dobre dojście – wyjaśnił z zadowolonym uśmiechem.
Rafał odprowadził Andrzeja podejrzliwym spojrzeniem aż do biurka, na którym ten wszystko ułożył, żeby na koniec jeszcze przetrząsnąć kieszenie spodni w poszukiwaniu zapalniczki. Odwinął ostrożnie zawiniątko, a ich oczom ukazała się wcale nie mała ilość zgniłozielonych, ususzonych listków.
– I dał ci? – zapytał Rafał, ruchem głowy wskazując na zielsko. – Za darmo? Ten sknerowaty dupek, który kazał płacić za każdy okruszek?
Andrzej w odpowiedzi posłał Rzepie wszystko mówiące spojrzenie, po czym zaczął nabijać zioło w lufkę.
– Zajebałeś mu – stwierdził Rafał, pokręcił głową i jakby nigdy nic opadł na łóżko tuż obok Teodora. – Jesteś chujem, wiesz?
– On też był chujem – odpowiedział Andrzej nieprzejętym głosem i odwrócił się do nich z przygotowaną fifką. – To co? Który zaczyna?
– Ja... chyba nie – zaburczał Teodor. – Jutro uczelnia – spróbował się wykręcić, ale kiedy niebieskie, przenikliwe spojrzenie wylądowało na nim, zmieszał się jeszcze bardziej. Bo jakby mógł odmówić Andrzejowi?
– Racja. Ja jestem samochodem. Zostawmy to na kiedy indziej.
– Spoko, to zielsko, nie alkohol przecież – prychnął Andrzej i przewrócił oczami. – Nie ma po tym kaca. A ty odczekasz parę godzin i możesz wracać. – Wzruszył ramionami i jakby nigdy nic, usiadł pomiędzy Rafałem a Teodorem. – Dajcie spokój, nie bądźcie pizdy. Zielsko za darmo, takiej rzeczy się nie odpuszcza. – Przewrócił oczami i zerknął na wciąż niepewnego Teodora. Trącił go ramieniem. – To co? Zaczynasz? – zapytał, podając mu lufkę. Kamiński przyjął ją, nie bardzo wiedząc, jak się obchodzić z takimi rzeczami. Palił kilka razy w życiu, zawsze skręty. Jego amatorstwo można było wyczuć z daleka, Andrzej również je zauważył, więc zaraz pospieszył z pomocą. – Tu trzeba podpalić... zekaj, pomogę ci. – Przyłożył ustnik do warg Teodora, patrząc z bliska na jego twarz. Teodorowi momentalnie zakręciło się w głowie, a nawet nie zaczęli jeszcze palić. Zaczerwienił się jednak tylko nieznacznie, chociaż miał wrażenie, że zaraz spłonie z gorąca. Andrzej był tak blisko, trzymał lufkę, patrzył na niego tymi swoimi niebieskimi oczami i...
Teodor zamknął oczy. Andrzej podpalił upchane zielsko.
– Zaciągnij się.
No więc się zaciągnął.
– Mocniej. Ciągnij jeszcze.
Boże, czemu słowa Andrzeja skojarzyły mu się z czymś zupełnie innym? I czemu sobie to wyobraził?!
Puścił ustnik, a w gardle i płucach zaczęło narastać mu drapiące, irytujące uczucie. Zakasłał. Kłęby dymu buchnęły z jego nozdrzy i ust. Zaczął kasłać jeszcze bardziej, chcąc pozbyć się tego czegoś, co utkwiło i drażniło jego drogi oddechowe.
– Spokojnie – powiedział Andrzej tak łagodnym, kojącym tonem, o którego naprawdę nie można było go podejrzewać. Teodor popatrzył na niego załzawionymi oczami, próbując uspokoić oddech. Andrzej uśmiechnął się do niego i jakby od niechcenia wyciągnął rękę, żeby przesunąć palcem po policzku Kamińskiego, rozcierając na nim łzę. Następnie, jakby nigdy nic, podał lufkę i zapalniczkę Rafałowi, który od jakiejś chwili przyglądał im się z zainteresowaniem.
– Nie zjaraj wszystkiego – rzucił Andrzej wesoło. – Wiem, że możesz. Masz koński łeb – zażartował, a Rafał tylko westchnął ciężko i przyłożył lufkę do ust, jak gdyby ktoś go do tego zmusił. Teodor patrzył na Rzepę uważnie, czekając, aż wreszcie coś go złapie. Czuł się wyjątkowo trzeźwo.
Rafał zaciągnął się umiejętnie. Zatrzymał wszystko na moment w płucach, aż wreszcie wypuścił słodko-gorzki dym. Dopiero wtedy Teodor zrozumiał, że siedzą przy otwartych drzwiach. Oraz że za chwilę cały smród rozprzestrzeni się na mieszkanie, o ile już tego nie zrobił. Wstał szybko i wybiegł do kuchni, odprowadzony zaskoczonymi spojrzeniami Andrzeja i Rafała. Dopadł do okna, które otworzył na oścież, doskonale pamiętając, że jego współlokator za chwilę skończy pracę.
– Ej, wszystko w porządku? – zapytał Andrzej, kiedy Teodor był już w przedpokoju.
– Tak, ta... – urwał. Wszedł do pokoju, czując, jak zaczyna mu się kręcić w głowie. Zamknął powoli drzwi, patrząc, jak tym razem to Wroński się zaciąga. – Wszystko w porządku – dodał i wydawało mu się, że powiedział to naprawdę wolno.
– Mocne – mruknął Andrzej, kiedy już wypuścił obłok dymu nosem. – Chodź, czas na kolejną rundę. Teodor popatrzył na metalową, błyszczącą lufkę, jakby zastanawiając się, czy powinien dalej palić. A później popatrzył na Andrzeja, jego rozmyte spojrzenie, ładny, prosty nos, wąskie usta... Nie myśląc wiele, usiadł i zaciągnął się.
Palące uczucie znów rozgorzało w jego płucach, trawiąc je żywym ogniem. Zakasłał, spazmami wypuszczając dym. Chyba nigdy nie nauczy się palić.
– Nie możesz tak łapczywie – odezwał się Rafał, odbierając od Teodora lufkę. O dziwo, wcale się nie nabijał z marnych umiejętności Teodora w pociąganiu z fifki.
– Włączę może coś, hm? – zapytał Andrzej i nie czekając na odpowiedź, wstał i podszedł do biurka, na którym leżał laptop Teodora. Przesunął palcem po touchpadzie, aż ekran wybudził się z uśpienia. Szybko odnalazł na pulpicie ikonkę Spotifaja, zaczął coś wpisywać w wyszukiwarce i już po chwili pomieszczenie wypełniły leniwe akordy muzyki indie.
– Żadnych Rolling Stonesów, Iron Maiden czy Guns'n'Roses? – Twarz Rafała spowiły gęste kłęby dymu, kiedy zadał pytanie, jednocześnie wypuszczając narkotykowy obłok.
– Do zielska? Lepsze to – wyjaśnił i wrócił pomiędzy Teodora a Rafała. Oparł się o ścianę, złapał za lufkę, którą przekazał mu Rafał oraz, w pełni się odprężając, podpalił zielsko tkwiące w końcówce metalowej fajki.
Z chwili na chwilę ogarniał ich coraz większy błogi spokój. Praktycznie ze sobą nie rozmawiali, całkowicie skupili się na muzyce, która rzeczywiście pasowała do chwili. Umysł Teodora zrobił się lekki. Patrzył to na rozluźnionego Andrzeja, to na siedzącego z boku Rafała... jakiegoś takiego cichego, nieswojego. A może tylko się Teodorowi wydawało? W końcu faza złapała go naprawdę bardzo mocno, mógł zauważać rzeczy, które w rzeczywistości nie miały miejsca.
W pewnym momencie Rafał też na niego popatrzył. Jakby wiedział, że Teodor mu się przygląda. I patrzyli na siebie zaszklonymi od palenia oczami, nie mając pojęcia, dokąd ich to zaprowadzi. Jedno spojrzenie na drugie, drugie na pierwsze. Melodia płynąca w tle, męski, przyjemny głos śpiewający po angielsku o tysiącach razy. Miał ten sen tysiące razy, tysiące razy był jego.*
Popatrzył na Andrzeja. Jedno spojrzenie na drugie, drugie na trzecie.
– Rafał. – Głos Andrzeja rozbrzmiał w pokoju. Odbił się od ścian. Przebił się przez muzykę. Zagościł w głowie Teodora. Wypełnił ją. Był mocny, Andrzejowy. Z charakterystyczną chrypą. Taką, jaką kochał.
Miał sen, że był jego. Miał ten sen tysiące razy.
– Jeszcze? – odezwał się Rafał, jakby z opóźnieniem, ale Teodorowi wydało się, że jego głos wszedł w koneksję z głosem Andrzeja. Ale głos Rafała ma przecież zupełnie inną barwę, jak to możliwe, że okrążyły się i zlały w jedno?
– No, tam coś jeszcze będzie.
Teodor oparł się o ścianę. Głowa zaczęła mu nieprzyjemnie ciążyć, jakby z każdym buchem ktoś nawkładał mu do niej ołowiu. Nim zdążył się zorientować, Rafał podawał mu na nowo zapełnioną lufkę.
A więc kolejne kilka rund. Niech będzie. Jest przecież tak przyjemnie.
– Wiecie co? – zapytał Andrzej i wstał nagle, jakby z nową mocą. Teodor powiódł za nim opóźnionym wzrokiem. Czerwone oczy Rafała również popatrzyły na Wrońskiego pytająco. – Głodny jestem.
I nagle, tak po prostu, Teodor poczuł, że też jest głodny.
– Idziemy do Maca? – padło pytanie znów od Andrzeja.
– Do Maca? – powtórzył Teodor, a słowa opuściły jego usta zabawnie powoli. Poruszał ustami, a dźwięk wydobył się z nich dopiero po chwili. Parsknął śmiechem. Nagle wydało mu się to niesamowicie śmieszne... tylko właściwie co śmieszne? Fakt mówienia z opóźnieniem, czy propozycja pójścia do McDonalda w takim stanie? – Wyobrażacie sobie? Nas? W Macu? – parsknął, zanosząc się coraz głośniejszym śmiechem i niemal zwijając się z rozbawienia na łóżku
Rafał i Andrzej patrzyli na Teodora w początkowym zdziwieniu. Pierwszy roześmiał się Andrzej – nie z wizji zawitania do McDonalda w ich aktualnym stanie, a z Teodora. Później dołączył Rafał, który nie wiedział właściwie, dlaczego się śmieje. Wszyscy rechotali, więc nastrój udzielił się i jemu.
– Dobra. Idziemy – zawyrokował Teodor. – I've had that dream a thousand times – zanucił, chociaż piosenka dawno już się zmieniła. Wstał z łóżka, cały zapłakany od śmiechu i zachwiał się, bo nagle świat zawirował mu przed oczami. Poczuł, jak przytrzymuje go silna ręka. Podniósł głowę.
Jedno spojrzenie na drugie, drugie na pierwsze. Rafał wydał mu się nagle dziwnie blisko. Trzymał go, a wszystko dookoła zamarło. Rafał ładnie pachniał. I te małe, świńskie oczka, które zawsze tak odpychały Teodora, nagle wydały się całkiem urocze.
– Szybko, bo, kurwa, głodny jestem!

***

– To co, Andrzej, wskakujesz za kasę? – zapytał z rozbawieniem Rafał, kiedy opatuleni w zimowe kurtki dotarli wreszcie do świętych wrót McDonalda.
– Jeszcze jedno słowo, a obiecuję, zabiję cię – warknął Andrzej, piorunując Rafała groźnym spojrzeniem. Teodor jednak, chociaż naprawdę próbował się nie śmiać, parsknął z rozbawieniem. Wiedział już, że nieśmianie się po zapaleniu to naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Zresztą, nawet nie próbował go gryźć, bo i po co? Właśnie dlatego przez całą drogę śmiał się do rozpuku, ledwo co ustając na nogach. Gdyby nie Andrzej i Rafał, pewnie padłby gdzieś na chodniku, przymarzł do niego i został pierwszą ofiarą zabitą przez śmiech.
– Ale nie zapomnij o czapeczce – dodał Teodor, nie mogąc się powstrzymać.
– Ty też chcesz zginąć? – odwarknął Andrzej, kiedy dotarli już do stolika. Teodor w odpowiedzi tylko zachichotał i popatrzył na jaskrawe ekrany z ofertami jedzenia. Zbyt jaskrawe. Aż musiał zmrużyć oczy, mając wrażenie, że zaraz oślepnie.
– Co bierzecie? – zapytał Rafał, też skupiając się na wybraniu czegoś, co zaspokoiłoby ogromny, popaleniowy głód.
– Trzy razy two for you... albo cztery? – zastanowił się Andrzej na głos.
– A ja to chyba Big Maka – mruknął Teodor, patrząc na tablice jak na wybawienie. Naprawdę był bardzo głodny. Dawno już nie czuł aż takiego ssania w żołądku. – Albo dwa Big Maki.
Rafał wydął usta, kontemplując ofertę uważnie, jakby od wyboru jedzenia zależały dalsze losy świata.
– Weźmy jakieś zestawy.
– A może po prostu dużo żarcia? – zaproponował Andrzej, siadając na skórzanej kanapie. – Cokolwiek, byle dużo – skwitował.
– I byle można było dodać sos słodko-kwaśny. – Teodor pokiwał głową.
– Do Big Maca?
– Sos słodko-kwaśny pasuje do wszystkiego – prychnął z oburzeniem i dosiadł się do Wrońskiego. Rafał popatrzył na nich zdziwiony, minęła chwila, nim zrozumiał, że to jemu przypadło złożenie zamówienia. A, trzeba nadmienić, składanie zamówienia, kiedy nawet nie wie się, co zamówić, wcale nie było takim prostym zadaniem w stanie upalenia. Całe jednak szczęście Rafał jakoś sobie poradził. Teodor i Andrzej ledwo wytrzymali ze śmiechu, obserwując i podsłuchując zmagania Rzepy i kasjerki we wspólnym porozumieniu. Ostatecznie jakoś wszystko się udało. Fakt, że Rafał w rezultacie nie miał zielonego pojęcia, co dokładnie dostaną, nie był wcale ważny.
Chwilę musieli poczekać, aż ich jedzenie zostanie wydane. Po odczekaniu piętnastu minut wiedzieli już, dlaczego. Cztery wielkie, szare worki kryły za sobą całą masę jedzenia. Drogiego jedzenia, za które, niestety, Rafał sam musiał zapłacić. Bez słowa zabrali zamówienie (i tak już wystarczająco narobili sobie wstydu) i szybko wyszli z restauracji, kierując się do mieszkania Teodora, gdzie zjedli wszystko. Nie zostawili ani jednej frytki, a dziura w żołądku tak czy siak pozostawała niezapełniona.
– To co, palimy dalej? – zaproponował Andrzej, kiedy leżeli na łóżku Teodora w ciemnościach. Tylko światło płynące z ekranu laptopa padało niebieskawą poświatą na ich twarze, nie pozostawiając kompletnego mroku. Współlokator Teodora też już dawno wrócił i – chociaż naćpanego Teodora wcale to nie interesowało – naprawdę musiały irytować go podniesione głosy rozmowy, śmiechy oraz różne inne dźwięki, jakie wydawali. No i nie wolno zapomnieć o walizce Andrzeja, która wciąż leżała w przedpokoju i o którą współlokator prawie się nie zabił.
– Nie za dużo? – zapytał Rafał, jakby w przebłysku trzeźwości.
– Niee! – odpowiedział zaraz Teodor, chcąc jak najdłużej podtrzymać ten cudowny stan. – Kolejna runda – powiedział z szerokim uśmiechem, błyskając dookoła swoim aparatem na zębach. Rafał aż zapatrzył się na to, dochodząc do wniosku, że Teodor był naprawdę... uroczy. Aparat, rozmyte spojrzenie i potargane włosy tworzyły całkiem słodki obraz.
– No to masz – powiedział Andrzej, podając Teodorowi nabitą lufkę i przerywając jednocześnie Rafałowi długą kontemplację twarzy Teodora.
Zadowolony Kamiński złapał za zapalniczkę i jakby robił to setki razy (chociaż jeszcze kilka godzin temu nie potrafił nawet poprawnie trzymać fifki), podpalił zielsko. Słodko-gorzki zapach momentalnie rozniósł się po pomieszczeniu, a gdy Kamiński odetchnął, tym razem się nie krztusząc, kłęb dymu wypełnił sypialnię.
– Musimy tak częściej – zawyrokował Teodor, kładąc się plecami na łóżko i wbijając spojrzenie w sufit. – Znacznie częściej – dodał, zamykając oczy. Rafał patrzył na niego. Na wciąż nieco pyzate policzki, pełne usta, zadarty nos... Jak mógł w gimnazjum nie zauważyć tego, że za okularami, które wtedy nosił Teodor, kryła się naprawdę urocza twarz?
Z zamyślenia wyrwał go Andrzej, podający mu lufkę. Zapalił. Umysł stał się jeszcze lżejszy i wydawał się tracić na objętości z każdą kolejną chwilą. Z każdą mijaną sekundą i minutą. Ułożył się obok Teodora, w poprzek łóżka. Ich nogi zwisały bezwiednie na podłogę, ale żaden się nie przejął. Andrzej zajął miejsce koło Rafała i tak leżeli w milczeniu, pozwalając narkotycznej fazie się pogłębić.
Rzepa uchylił oczy, przekręcił głowę i popatrzył na profil Teodora. Nagle, w głupiej, całkowicie przypadkowej myśli, zapragnął go pocałować. Tak po prostu. Podnieść się na ramieniu, pochylić i pocałować te wydatne, teraz spierzchnięte usta.
Ani się obejrzał, a myśli przeobraziły się w rzeczywistość. W jednej chwili jeszcze leżał, a w drugiej już go całował. Nieumiejętnie, bo trochę za dużo wypalili, ale uczucie, jakie rozlało się po Rafale w momencie zetknięcia się jego warg z wargami Teodora było elektryzujące. I zapewne wszystko spowodowała marihuana, jednak Rafał nie zamierzał dłużej się nad tym zastanawiać. Chciał po prostu objąć Teodora, przycisnąć go swoim ciałem i całować. Tylko tyle.
Kamiński sapnął, początkowo zaskoczony. Otworzył oczy, patrząc na Rafała z niezrozumieniem, ale kiedy poczuł język wkradający się do jego ust, przestał myśleć. W stanie upalenia naprawdę łatwo jest niemyśleć. Pozwolić chwili zaistnieć. Nie mieć żadnych obaw, czerpać jedynie przyjemność.
A on przecież też chciał pocałować Rafała, tylko nie przyznawał się do tego. Bo wolał Andrzeja. Kurczowo trzymał się swojej dawnej miłości z gimnazjum, ani myśląc o zwróceniu się w stronę dawnego prześladowcy. Te i podobne obawy w tamtym momencie jednak nie miały dla niego znaczenia. Ciało Rafała było takie ciepłe, a dotyk ręki, która przesunęła się po jego policzku, taki przyjemny. Odpowiedział na pocałunek ochoczo, zapominając, że tuż obok był Andrzej. I że na wszystko patrzył. Obserwował, jak Rafał coraz żarliwiej całował Teodora, a Teodor nie wydawał się niechętny. Przyglądał się mimice twarzy Kamińskiego i dochodził do tych samych wniosków, co Rafał chwilę temu.
Teodor się zmienił. I obaj, niestety, odkryli to dopiero wtedy, kiedy już zgubił kilogramy, pozbył się trądziku oraz założył aparat na zęby. Nikt nie dostrzegł tego, gdy Teodor miał wszystko przed sobą. Chował się za swoimi niemodnymi oprawkami okularów, zajadał problemy chipsami, patrzył na świat spod o wiele za długiej grzywki, będącej niczym jego mały filtr na rzeczywistość. Żaden tego nie zauważył, chociaż Andrzej już wtedy oglądał się za facetami. Podkochiwał się nawet w koledze z klasy równoległej. Oglądał gejowskie pornosy i wzdychał do aktorów seriali młodzieżowych, chociaż – oczywiście – nikomu nie przyznawał się, że je oglądał. Ale Teodora nie zauważał. Teodora w ogóle nie brał pod uwagę. I to w tamtym momencie uderzyło w niego niczym rzucony z wysokości balon napełniony wodą, rozbijający się o chodnik. Orzeźwiło go na chwilę – o ile w jego stanie upalenia orzeźwienie było możliwe.
Nikt Teodora nie traktował poważnie. Brali go za śmiesznego, zakompleksionego i jąkającego się grubaska.
Rafał oderwał się od ust Kamińskiego. Tych samych ust, których Kamiński siedem lat temu starał się zbyt często nie otwierać, zawstydzony swoim jąkaniem. Ust ładnych, ale niezauważonych.
Andrzej też już nie myślał. Był zły, głównie na siebie i Rafała, ale nie myślał logicznie. Pochylił się do Teodora i pocałował go, tak samo,(x) jak Rafał jeszcze chwilę temu. Oczy Kamińskiego otworzyły się w zdziwieniu. Przez chwilę jasnoniebieskie spojrzenie mierzyło się z ciemnoniebieskim. Andrzej czuł, jak szybko bije serce w piersi Teodora – już nie w pulchnej piersi, a chudej i kościstej. Chuda pierś znalazła się więc przy jeszcze chudszej, wąskie usta Andrzeja przy wydatnych Teodora. Język przy języku. Oddech w oddechu.
Rafał siedział obok, patrząc na wszystko z niedowierzaniem. Cała rzeczywistość ograniczyła się nagle tylko do tego łóżka, tylko do Andrzeja i Teodora. I do zazdrości, która raz po raz przeżerała Rafała. Nie wytrzymał, odepchnął Andrzeja. Nie chciał, żeby ten go całował. Posłał mu złowrogie spojrzenie, jakby mógł realnie mu zagrozić. Andrzej odpowiedział równie niezadowolonym i wtedy coś przyciągnęło Rafała do siebie. Teodor podniósł się do siadu i na fali nowych emocji, których nie poddawał żadnemu przemyśleniu, pocałował Rafała. Nie chciał nic więcej, prócz pocałunku. Był podniecony, to jasne, ale nie chciał nic więcej. Tylko język przy języku. Oddech w oddechu.
A później znów pocałował Andrzeja, jakby sprawdzając, który całuje lepiej. I nie wiedział, cholera. Nie wiedział, bo narkotyk zakrzywiał rzeczywistość. Gdy już myślał, że lepiej całować się nie da, zmieniał partnera i dowiadywał się, że owszem – można.
Nie zorientował się, kiedy w trójkę legli na łóżku. Przestał rozróżniać, które kończyny są kogo. Czyje dłonie właśnie wsuwają mu się pod koszulkę, czyja noga przygniata jego nogę. Liczyła się przyjemność.

Aż nagle ogarnęło go zmęczenie. Mocne, nieznoszące sprzeciwu zmęczenie. Nie miał pojęcia, jak to wszystko się skończyło. W którym momencie żar, który wybuchł tak nagle, zaczął dogorywać. Nie wiedział też, jak zasnęli – jakim cudem zasnęli we trójkę na tak wąskim łóżku. Ale kiedy odpłynął, wszystko nagle wydało się po prostu snem. Bo przecież to nie mogło mieć miejsca, takie sceny pojawiały się jedynie w wyjątkowo nienormalnych snach.  
________________

* Sparafrazowany przeze mnie tekst piosenki Hamilton Leithauser + Rostam - A 1000 Times

23 komentarze:

  1. Hm. Tak też można. Już współczuję Theo dnia jutrzejszego.
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak. Teraz tylko się zastanawiam jak cała sytuacja się rozwinie i kto (czy w ogóle) będzie z Theo. Obaj są ciekawą opcją chociaż nikt by się chyba nie obraził gdyby stworzyli trójkącik. XD Pozdrawiam i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie Teodor zaczyna lubić Rafała a Wroński już jest jego byłą wielką miłością.I wydaje mi się, że dla Teodora niebawem będą równi. Nie mogę się sobie nadziwić, że tak bardzo odpowiada mi ewentualny trójkąt.Może dlatego, że nie ma jakiś poważnych uczuć tylko w większości ładne oczy, umięśnione plecy i ładne usta (obydwóch)
    Zjarany Teodor mnie pokonał XDD

    OdpowiedzUsuń
  4. No taki wjazd na chatę.... No a trawka to chyba się źle skończy dla wszystkich. Theo trzymaj się bo chyba będzie jazda bez trzymanki:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ tu wyszedł prawie trójkąt haha xD ach to opowiadanie jest świetne :D uśmiałam się xD
    Upaleni byli genialni! :D
    I obawiam sie że Andrzej może być bardzo trudnym lokatorem.
    Choć przyznam że ten rozdział dużo naświetlił.
    To teraz zacznie się akcja xD
    Pozdrawiam ciepło i życzę wytrwałości do sprzętów elektronicznych :D
    I oczywiście w pisaniu pracy lic. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprzęty elektroniczne i praca licencjacka mnie baardzo nie lubią. :D

      Usuń
  6. Przepraszam, ale nie spodziewałam się, jestem zaskoczona i zaczynam przekonywać się do tego tekstu, co się właściwie stanęło

    OdpowiedzUsuń
  7. Łaaa przeczytałam wczoraj rano (tak, mniej więcej 12 to dla mnie rano), ale dopiero teraz stwierdziłam,że powinnam napisać komentarz. Rozdział czytałam z 5 razy, był mega! Jeszcze trochę i zdradzę "Za trzy punkty" :/
    Trochę mnie zdziwiłaś tym wstępem, ale potem przeczytałam post na grupie.
    Też mnie zaskoczyłaś tym całowaniem! Do boju Rafał! Zamknij Andrzeja w lodówce, a sam zajmij się Teo i wszyscy będą szczęśliwi!
    Kurczę jak to ktoś napisał, Andrzej serio wyglądał jakby starał się zeswatać Rafała z Teodorem, a tu proszę sam go pocałował. Miałam cichą nadzieję, że się zmyje, ale cóż nie można mieć wszystkiego :D Poza tym, że jestem całym sercem za Rafałem (jakby tego nie było widać xD) to opis tej sytuacji z pocałunkami był genialny! Szkoda, że nie doszło do czegoś więcej. Mówili, że po trawce nie ma kaca, a byłby, ale moralny :) Biedny Rafał, chyba został mu pusty portfel po tym macu.
    A tak troszkę poważniej. Taka prawda, że Andrzej też nie był wobec Teo w porządku, nie zwracał na niego uwagi, dopiero gdy zaczął bardziej o siebie dbać to nagle zaczął widzieć w nim kogoś więcej. Andrzej miał go cały czas przed sobą, czego o Rafale nie można powiedzieć.
    #TeamRafał
    Dużo weny, nie mogę doczekać się następnego rozdziału :) Uwielbiam twoje opowiadania, mogłabym czytać je bez przerwy<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ja tam bym się cieszyła jakbyś zdradziła ZTP. :D ZTP to dla mnie przeszłość, sentymentalna, ale jednak przeszłość. Wciąż próbuję pobić to opowiadanie innymi, chociaż jest ciężko. :P

      Usuń
  8. No tak,teraz z Andrzejem będą kłopoty,założę się.Dziękuję bardzo za rozdział i czekam na następny,wspaniale się to rozwija

    OdpowiedzUsuń
  9. kropka/kreska30 maja 2017 09:35

    mam wrażenie, że Andrzej to jeszcze tam namiesza i wcale tak słodko nie będzie....:)
    a tak na marginesie: porzuciłaś Gówniarza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że nie porzuciłam. :) Po prostu odkładam publikowanie kolejnego rozdziału.

      Usuń
  10. Oh, uwielbiam cię za ten rozdział. Ja również nie pogardziłabym trójkątem, aczkolwiek chyba wolałabym widzieć Teo z Rafałem. Czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały. Kocham te opowiadanie!
    Pozdrawiam i weny droga autorko :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Biedny Rafał :D <3 aż zaczęłam lubić go bardziej. :D

    Palenie trawy – boskie <3 i te dwuznaczne tekściki :D <3 i oni serio poszli do Maca? <3 szacun. :D Za czasów młodości też robiło się różne rzeczy, ale nigdy nie chciało mi sie po tym żreć, choć wiem, że większość tak ma. Spadek poziomu cukru, te sprawy :D

    Szalenie podobały mi się opisy palenia, były takie narkotyczne i kosmiczne. <3

    Prawdę mówiąc, czekałam, aż zaczną coś robić, nie mogło być inaczej, to jakby taka naturalna kolej rzeczy, zwłaszcza po trawce. Zachwyciła mnie „odwaga” Teodora i zazdrość Andrzeja i Rafała <3 no to się doigrali :D dobrze, że zasnęli (alleluja!), bo chyba mogłoby się skończyć albo bardzo dobrze, albo bardzo zle :D


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, niektórzy potrafią zeżreć takie tony jedzenia, że to aż przerażające :D. Cieszę się, że opisy palenia Ci się podobały <3. Starałam się jak najlepiej dopasować narrację.

      Dziękuję za komentarz <3

      Usuń
  12. Bardzo mi się podoba, w którym kierunku to wszystko podążyło. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby tak było dalej. Teo nie musiałby chociaż wybierać. :DDD
    Jestem ciekawa czy Andrzej i Rafał mieli pomiędzy sobą jakąś... głębszą relacje czy tylko kumple, hm.
    Czytałam ten rozdział dwa razy, pewnie przeczytam i trzeci, bo tak mi się podobał. Przyznam szczerze, że wolałabym, żeby teraz ponownie pojawił się rozdział McDonalda, a nie Gówniarza, ale to nie koncert życzeń, więc zostało mi czekać z niecierpliwością na kolejny rozdział. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem co będzie w następnej notce. Bardzo możliwe, że McDonald, bo Gówniarz... sami zobaczycie, jak już opublikuję. ;) Ale wcale mi się do tego nie spieszy.

      Usuń
  13. Ostrzeżenie na początku niepotrzebne, bo ja tu nic pozytywnego nie wyczytałam a propos zażywania Marianny, wręcz odwrotnie. Moim yaoistycznym (to dobre słowo, zaraz wytłumaczę) nosem od początku czułam, że tak będzie, znaczy ten jakby "trójkąt". To opowiadanie jest tak słodko naiwne, bąbelkowe i w ogóle, że śmiało mogłoby posłużyć za scenariusz do mangi yaoi. Na początku myślałam sobie, że jestem na to za stara, ale teraz przyznaję, że mnie wciągnęło na maksa. Ugrany chwyt "kogo wybierze" zawsze działa, a gdy dodatkowo jest w tak pięknej oprawie literackiej, to co poradzić :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * Ach, ograny chwyt miało być :)

      Usuń
    2. Taak, zgadzam się, że to opowiadanie jest słodko naiwne, ale chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się je pisze. ;) Nie jest wymagające, można się odprężyć i po statystykach widzę, że nie tylko mi się dobrze pisze, ale i Wam czyta. :D A więc dwie strony zadowolone.

      Usuń
  14. Hehe widzę że specjalnie "wrażliwych" osób wśród czytelników to chyba nie ma 😆 Upaleni chłopcy byli bardzo zabawni i jacy odważni co poniektórzy 😉 Trójkąt byłby całkiem miły, ale jakoś nie wydaje mi się że to wyjdzie skoro nawet zjarany Rafał jest zazdrosny a Andrzej... on chyba jeszcze nie dorósł do jakiegokolwiek związku. Ciekawe jak Teo się zachowa jak mu faza minie? Super rozdział :) Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak ja mogłam przegapić ten rozdział?! Pytam jak?! O pani oszalalam. Ja się wielu rzeczy spodziewałam ale, że ta impreza tak się potoczy? No nigdy. Biorę się za 10! Mega!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.