sobota, 4 lutego 2017

Rozdział 1. (I tak wszyscy wylądujemy w McDonaldzie)

Doskonale zdaję sobie sprawę, że połowa z Was czeka na nowy rozdział Gówniarza. I będzie, już właściwie niedługo, bo została mi do dokończenia ostatnia scena. Gówniarz ostatnio zrobił się jednak dość trudny do pisania. Muszę mieć odpowiedni nastrój i stan psychiczny (pisanie po nocach niestety odpada). Zaczęłam więc nowe opowiadanie. Będzie krótkie, góra 3 rozdziały. To typowy fluff, więc czujcie się ostrzeżeni. Ma być słodko, lekko i przyjemnie. :) Mam jednak nadzieję, że nie zrobi się zbyt sztampowo :D. 
Tym opowiadaniem puszczam też oczko do fanów Andy'ego Biersacka. Jak można nie lubić tej mordki? :D

Sprawdzała Ekucbbw.

Nie taki Kraków mały, jak go smogiem malują

Teodor nie był ładnym dzieckiem. Można powiedzieć o nim wszystko: spokojny, inteligentny, bardzo dobrze wychowany, czasem zbyt nieśmiały chłopczyk, ale na pewno nie ładny. Już od czasów przedszkolnych zmagał się ze sporą nadwagą i jako kilkulatek zdołał przekonać się, że dzieci w grupie bywają naprawdę bardzo okrutne. Jego logopeda właśnie tym tłumaczył największą bolączkę Teodora – jąkanie. Ponoć zaczęło się od czasów przedszkolnych, chociaż będąc całkowicie szczerym, Tedek był przekonany, że jąkał się zawsze – odkąd tylko nauczył się mówić.

Nadwagę miał też w podstawówce (bycie wychowywanym przez babcię odbiło się kilkoma większymi fałdkami tu i ówdzie), a w gimnazjum do nadprogramowych kilogramów dołączyły jeszcze mocne problemy z cerą oraz pogarszający się wzrok. No i krzywe zęby – tak krzywe, że trochę seplenił (jakby już nie miał wystarczających problemów z mową).
Nieśmiali, brzydcy i jąkający się chłopcy nie są w szkole lubiani. Zawsze więc trzymał się z boku, a na wszystkie zaczepki reagował milczeniem. Przerwy spędzał na uboczu, czekając jedynie, aby dotrwać do końca lekcji i wreszcie znaleźć się w domu; zamknąć w pokoju i odpalić kolejny odcinek anime.
Jeżeli jednak chodziło o oceny i uznanie nauczycieli – nigdy nie mógł narzekać. Nie był może najlepszy w klasie pod względem nauki, ale uplasował się na podium. Życie więc nie było aż tak niesprawiedliwe, jakby się wydawało, bo Tedek chociaż brzydki i nieśmiały, miał przynajmniej trochę oleju w głowie. Ale paradoksalnie, właśnie to tak niektórych rówieśników denerwowało.
Etymologii przezwiska Tedek-Jąkała nie trzeba raczej nikomu przedstawiać. Wołano tak na niego już od podstawówki, Tedek-Jąkała przyległo do niego niczym nadane przez matkę imię i wydawało się już, że będzie ciągnąć się za nim do samego końca. Z czasem koledzy zaczęli jednak tworzyć coraz to wymyślniejsze przezwiska, ale i tak najlepszym i najzabawniejszym z nich był po prostu Te-e-o-odor. Rafał Rzepa, największy cwaniaczek z gimnazjum, szpanujący na przerwach papierosami ukradzionymi ojcu z kurtki, nie raz właśnie w ten sposób za nim ryczał, parodiując jąkanie Tedka.
I gdyby tak wyglądało całe gimnazjum, Tedek z pewnością wspominałby je jako najgorszy okres w swoim życiu. Przecież nienawidził chodzić do szkoły, czasem nie spał całe noce, bojąc się kolejnego dnia spędzonego w tej dziczy. Ale w trzeciej klasie coś się zmieniło. Pamiętał tamten dzień dokładnie – lato się skończyło, a nad nim zawisło widmo kolejnego (jednak całe szczęście już ostatniego) roku z ludźmi, których nie cierpiał całym sercem. Kiedy szedł pierwszego września do szkoły, miał szczerą nadzieję, że przez wakacje coś się z nią stało. Jakiś wybuch, pożar, zalane fundamenty – cokolwiek, byleby tylko nie musiał już więcej tam uczęszczać. Niestety jednak, żółty budynek szkoły stał dumnie pomiędzy starymi drzewami lipy (które rok później i tak wytną ze względu na alergie), a otwarte drzwi jakby próbowały zachęcić go do wejścia.
Tyle że on wcale nie chciał tam wchodzić i męczyć się przez kolejny rok ze znienawidzonymi ludźmi. Sapnął ciężko, sięgając do kieszeni po empetrójkę. Dostał ją miesiąc temu na urodziny od taty, który przypomniał sobie o funkcji ojca i zabrał syna na dwa tygodnie do Doncaster, w którym żył już od kilku lat.
Wyłączył urządzenie, przerywając Billy'emu śpiewanie refrenu American Idiot. Już stanął na pierwszym stopniu schodów dzielących go od progu szkoły, kiedy ktoś mocno go popchnął. Zachwiał się, nieprzygotowany na taki atak, i runął pośladkami na beton. Aż przeklął siarczyście w myślach, na moment zamykając oczy, zupełnie jakby miało mu to pomóc w ucieczce od problemów.
Przecież nawet ten rok jeszcze się nie rozpoczął. Dlaczego więc już teraz...? Czy nie mogli mu dać spokoju?
– Jezu. Sorry – usłyszał całkowicie obcy i jakiś taki ciężki, chociaż naznaczony młodzieńczą chrypą głos. Nie należał do żadnego z prześladowców Teodora. Uchylił powieki, wpatrując się w bladą, pociągłą twarz nieznajomego chłopaka, żeby zaraz ze zdziwieniem zerknąć na wyciągniętą w jego stronę chudą dłoń. – Nie zauważyłem cię, wszystko w porządku? – zapytał, a Teodor przez kilka chwil nie wiedział, co odpowiedzieć. I tak w sumie to chyba nawet nie chciał odpowiadać, bo z pewnością zacząłby się jąkać. Kiwnął jedynie głową, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w twarz pochylającego się nad nim chłopaka.
Śliczny.
– No dalej – upomniał nieznajomy, gdy Teodor w żaden sposób nie zareagował i tylko tak siedział, patrzył i milczał. – Bo chyba zaraz się zaczyna apel, nie?
Jak oparzony wyciągnął swoją rękę i pozwolił chłopakowi podnieść się z ziemi. Boże, ale był głupi! Ale się zbłaźnił! Momentalnie poczuł uderzające w jego twarz gorąco, tylko podkreślające jego czerwone, trądzikowe ślady. Poprawił okulary, które zsunęły się z jego nosa, i wybełkotał:
– Dz-dz-dz... – Cholera jasna! – Dzięki.
Nieznajomy uniósł brwi. Były ciemne i dość ostro zakończone, przez co nadawały jego delikatnej twarzy surowszego wyrazu. Odgarnął swoją farbowaną na czarno grzywkę, a uwadze Teodora nie umknęły pomalowane ciemnym lakierem paznokcie i pieszczochy na nadgarstkach.
– Zaprowadzisz mnie na salę gimnastyczną? Bo chyba tam jest ten apel, co nie? – zapytał, jakby nie zauważając jąkania Teodora. Wygładził swoją białą koszulkę, której – jak na wyraz jakiegoś sprzeciwu – nie wpuścił w spodnie. Niechlujnie zwisała mu ponad tyłkiem,, pognieciona i czymś przybrudzona. Teodor szybko jednak połączył czarne ślady na białym materiale z mocno podkreślonymi kredką oczami. Jedno było pewne – w tej szkole takie makijaże nie przejdą nie tylko wśród nauczycieli, ale także uczniów. Nieznajomy jednak nie wydawał się tym zbytnio przejmować.
– Tak. – Chyba tylko cudem się nie zająknął.
– Tak w ogóle, Andrzej – przedstawił się, uśmiechając się do Teodora oszczędnie.
– T-t-t-eo...
– Teo. Całkiem fajnie – przerwał jego żałosną próbę wypowiedzenia swojego imienia. – Wywalili mnie z poprzedniej szkoły – podzielił się po chwili, kiedy zmierzali już w stronę sali gimnastycznej. Teodor szedł tuż obok niego, mając wrażenie, że ze zdenerwowania palą go nawet koniuszki uszu.
Andrzej był szczupły i bardzo wysoki; dodać do tego ekscentryczny sposób bycia – umalowane oczy, paznokcie, zwisające na niemożliwie chudych nadgarstkach pieszczochy oraz podejście mam-wszystko-gdzieś – i powstawała dość osobliwa postać. Taka, która nigdy nie powinna zwrócić uwagi na Teodora, bo razem wyglądali jeszcze dziwaczniej. Niski i gruby kontra wysoki i szczupły. Nic więc dziwnego, że zaraz po apelu Andrzej gdzieś zniknął. Zaginął w tłumie uczniów zmierzających do klas, nawet nie oglądając się na pozostawionego w tyle Teodora.
Zobaczył go dopiero w sali, kiedy to stara pani Janicka, raczej nielubiana przez uczniów (chociaż Tedek nie miał pojęcia dlaczego, jego zdaniem polonistka była naprawdę miła), przedstawiła całej trzeciej Be nowego ucznia. Andrzej popatrzył niechętnie po klasie z dłońmi niedbale wsuniętymi w kieszenie zwisających mu na biodrach spodni. Gdzieś z tyłu, a dokładniej tam, gdzie siedział Rafał, rozbrzmiało parsknięcie. Teodor już wiedział, co ono oznaczało i wcale nie zazdrościł Andrzejowi jego położenia. Chociaż może dzięki temu Rafał znajdzie sobie inny cel, dając tym samym Teodorowi spokój?
– Zajmij jakieś miejsce – poleciła Janicka, na co Andrzej kiwnął tylko oszczędnie głową i ku zaskoczeniu Teodora, ruszył w stronę Rafała. Tedek aż obejrzał się przez ramię, śledząc uważnie rozwój wydarzeń. Andrzej, niezrażony kpiącymi spojrzeniami bandy Rafała, jakby nigdy nic odsunął krzesło stojące tuż obok klasowego cwaniaczka i nonszalancko klapnął na nie swoimi czterema literami.
– Masz do mnie jakiś problem? – padło ciche pytanie, które Teodor ledwo co dosłyszał, gdyż pani Janicka zaczęła mówić coś o zbliżającym się roku szkolnym. Twarz Rafała wykrzywił złośliwy grymas.
– Chyba tylko tyle, żeś pedał.
Andrzej, niezrażony obecnością nauczycielki w klasie, złapał nagle Rafała za przód koszulki i przyciągnął go do siebie gwałtownie.
– Mam wrażenie, że tylko w gębie i w otoczeniu swoich przydupasów jesteś taki mocny – wysyczał.
– Andrzej! Rafał! Przestańcie! – krzyknęła piskliwie Janicka, popatrując na nich cała czerwona na swojej wysuszonej twarzy.
– Przepraszam bardzo, ale ten tu najwidoczniej coś do mnie ma. A ja takie rzeczy rozwiązuję od razu – powiedział spokojnie Andrzej, puszczając Rafała i jakby nigdy nic rozsiadając się na krześle.
– Chłopcy, ale nie tak... Nie tak – zaczęła Janicka, jak zwykle będąc całkowicie beznadziejnym w swoich nieudolnych mediatorskich podrygach.
Teodor powstrzymał cisnący mu się na ustach uśmiech. Nie wiedział dlaczego, ale naprawdę bardzo polubił tę ściągniętą w wyrazie nieustającej dumy twarz Andrzeja. Obejrzał się jeszcze raz za siebie, chcąc popatrzeć na emanującą pewnością siebie sylwetkę Nowego, kiedy ten zwrócił na Tedodora swoje świdrujące, niemożliwie niebieskie oczy. Teodor miał wrażenie, jakby w jednej chwili coś się w nim zapaliło. Chrząknął tylko i odwrócił się szybko przodem do nauczycielki, mając wrażenie, jakby z tego wszystkiego zapiekło go całe ciało.
I tak oto Teodor Kamiński po raz pierwszy w swoim życiu się zakochał.

***

Andrzej świetnie radził sobie z chamskimi komentarzami rówieśników i zaczepkami do bójki. Nie ignorował ich, bo jak to powiedział pierwszego dnia w szkole: „ja takie rzeczy rozwiązuję od razu”. No i rozwiązywał, szybko pokazując wszystkim, że nie jest kolejną osobą, którą Rafał może sobie dowolnie pomiatać. Nic więc dziwnego, że już dwa tygodnie później kilka dziewczyn skrycie się w Andrzeju podkochiwało, a te inne, bardziej śmiałe, z chęcią to okazywały, nie opuszczając go na krok. Andrzejowi takie obleganie nie zawsze jednak odpowiadało, co zresztą potrafił dobitnie przekazać.
Teodor podziwiał go z daleka. Nie zamienił więcej słów z Andrzejem, a Andrzej też raczej nie wyglądał na zainteresowanego kontaktem. Mijali się na korytarzu i tylko czasem przeraźliwie niebieskie oczy Andrzeja zatrzymywały się na nim. Wąskie usta pozostawały jednak nieruchome, nie przekazując Teodorowi żadnych informacji.
Andrzej nim gardził? Śmiał się wewnętrznie, kiedy jakiś nauczyciel wzywał Teodora do odpowiedzi?
Nie. Andrzej raczej nie wykorzystywał słabości innych. Był na to zbyt dumny, nie upadał tak nisko. Mimo to nie szukał kontaktu z Teodorem, traktował go jak powietrze.
Dni mijały, a Rafał zdawał się już rozumieć, że Andrzej stanowił zbyt twardy orzech do zgryzienia, w szczególności że cała trzecia Be polubiła Nowego. Jaka więc radość w próbach poniżenia kogoś, kto potrafił odbić piłeczkę? Rafał był poirytowany. Nie, w pewnym momencie był tak nabuzowany złością, że zaczął szukać zaczepki gdziekolwiek, byleby tylko wyładować swoją frustrację. Na nieszczęście Teodora, Rafał całkiem szybko sobie o nim przypomniał.
Powróciły więc głupie zaczepki, popychanie na przerwach, przedrzeźnianie i komentarze. Teodor znów stał w centrum uwagi Rafała, mimo że przecież wcale tego nie chciał. Wolałby usunąć się w cień; na przerwach siedzieć w kącie ze słuchawkami w uszach i po prostu odciąć się od otoczenia. Nie pragnął akceptacji, przyjaciół, czy nawet szacunku rówieśników. Chciał tylko pozostać niewidoczny.
– Teo-jęczybuła, gdzie tak się spieszysz? – Rafał zarzucił mu ramię na szyję i przyciągnął do siebie. – Trochę ci się spasło po wakacjach, co nie? – zapytał kpiąco, a stojący obok nich Łukasz i Michał, świta Rafała, ryknęli śmiechem. – Tu i ówdzie tłuszczyku przybyło – dodał, dźgając go palcem w brzuch.
– Z-z-z... – Nienawidził takich chwil, kiedy nie potrafił wydobyć z siebie chociażby słowa. W myślach już dawno wykrzyczał mu, aby go zostawił, jednak język pozostawał nieposłuszny. Miotał mu się w ustach, nie potrafiąc odpowiednio się ułożyć.
– Z-z-z! – przedrzeźniał go. – No wykrztuś to z siebie, tłuścioszku! Wiem, że potrafisz! – Łukasz i Michał znów buchnęli szyderczym śmiechem.
– Z-zooss... – W oczach stanęły mu łzy. Boże, jak on tego nienawidził! Jak bardzo nienawidził się jąkać.
– Zoooss...? – Rafał przyłożył rękę do ucha, udając, że nasłuchuje. – No? Co chcesz mi powiedzieć? Zooos-co?
– Zostaw! M-mnie – wydusił wreszcie, próbując odepchnąć Rafała, ale ten tylko ryknął jeszcze głośniejszym śmiechem, gdy nagle ktoś złapał go za kaptur bluzy i pociągnął w tył.
– Mówi, żeby się od niego odwalić? – Serce Teodora zabiło szybciej, kiedy tuż obok pojawił się Andrzej z tymi wyginającymi się w ostry łuk, teraz groźnie zmarszczonymi brwiami. Spoglądał na Rafała spod grzywki, zupełnie jakby był w stanie mu poważnie zagrozić. – Prostych słów nie rozumiesz, Rzepa? Przeliterować ci, czy jakieś problemy ze słuchem masz?
Teodor zwilżył nerwowo wargi, rozglądając się ukradkiem dookoła. Niestety, na korytarzu prowadzącym do szatni i sali gimnastycznej nie było żadnego nauczyciela.
– Ty to się zawsze musisz wpierdalać tam, gdzie cię nie chcą, co? – warknął Rafał, popychając zaczepie Andrzeja. – Podoba ci się nasza gruba świnka, że tak jej bronisz?
Andrzej uśmiechnął się w taki sposób, że serce Teodora prawie dostało palpitacji. Było w tym coś tak niebezpiecznego, a jednocześnie pobłażliwego, że Tedek już wiedział, jaki obraz będzie go budzić i wywoływać poranny wzwód.
– Ty mi się nie podobasz – powiedział Andrzej, ani na moment nie odpuszczając.
– To chyba musimy jakoś to rozwiązać, co? – zapytał Rafał, już zaciskając ręce w pięści. – Tak mnie ostatnio wkurwiasz, że w końcu się doigrałeś. – Teodor już widział, jak Andrzej pada na podłogę z rozwalonym nosem. Nie miał wątpliwości co do tego, że tak właśnie zakończy się ta bójka; Andrzej raczej nie wyglądał na kogoś silnego. Wyszczekanego – owszem, ale umiejącego się bić już niekoniecznie.
Nie myśląc więc wiele, popchnął niespodziewającego się ataku Rafała,(x) tak, że ten aż zachwiał się i wylądował na ścianie. Teodor dobrze wiedział, że teraz nie ma już odwrotu – albo uciekną, albo skończą z siniakami. Złapał więc Andrzeja za nadgarstek i pociągnął go w kierunku wyjścia na boisko. Doskonale wiedział, gdzie się kierował. To było jego miejsce, jego przestrzeń, w której zazwyczaj się chował i w której zyskiwał kilka minut jedynie dla siebie. Raz nawet uciekł z wuefu i właśnie tam przesiedział całą godzinę lekcyjną.
Andrzej nie oponował. Bez sprzeciwu dał się Teodorowi pociągnąć, a później wraz z nim, bez zamiany chociażby jednego słowa, przeciskał się przez krzaki do garaży, z którymi graniczył teren szkoły. To między nimi Teodor znajdywał schronienie.
– Nie powinniśmy uciekać – rzucił z niezadowoleniem Andrzej, kiedy już się zatrzymali. – Ktoś musi w końcu temu palantowi przegadać do rozumu – prychnął, zakładając ręce na piersi.
– Ale ich było trzech – powiedział zaskoczony Teodor, nawet nie zauważając, że ani przez chwilę się nie zająknął.
– No i? Jakie to ma znaczenie? – Andrzej popatrzył na niego z uniesionymi brwiami. – Nigdy się nie ucieka, to pierwsza zasada, żeby wzbudzić szacunek. – Zamachał przed nosem Teodora palcem wskazującym. – Jak ciebie popychają, oddaj. Nie daj się. Bo unikając ich, tylko jeszcze bardziej zachęcasz.
Teodor zamrugał, żeby zaraz uśmiechnąć się z lekkim rozbawieniem. Andrzej chodził z wysoko zadartą brodą, niczym taki napuszony kogut. I z jednej strony było to całkiem śmieszne, w końcu wystarczy tylko spojrzeć na Andrzeja – niemiłosiernie chudy, z niezdrowo bladą cerą. Nadrabiał jednak ostrym lookiem, farbowanymi na czarno włosami, ciemnymi, ciężkimi ubraniami, no i oczywiście glanami, które wyglądały dość groteskowo na tak szczupłych, niemal patyczkowatych nóżkach. Niestety, ze swojego wyzywającego makijażu musiał już jednak zrezygnować, nauczyciele nie byli aż tak liberalni.
Z drugiej jednak strony, pomijając już całą Andrzejową aparycję, w dziwny sposób ten chudy, ale bardzo pewny siebie chłopak mu imponował. I co najważniejsze – jako jedyny stanął w obronie Teodora. Jako jedyny nie nabijał się z jego jąkania ani nawet nie dopytywał o przyczyny, co zdarzało się nawet nauczycielom. Andrzej przyjął to jako coś normalnego, jako jedną z części składowych Teodora. Rzecz, która była i już, nie ma co drążyć tematu.
– I co cię tak bawi?
– N-nic – powiedział Teodor, wciąż się jednak uśmiechając i usiłując zignorować szybko bijące z nieznanych mu jeszcze powodów serce.
– Teo, taki kurczak trochę z ciebie, co? – zapytał Andrzej, wsuwając ręce w kieszenie swoich czarnych spodni, trzymających się na jego biodrach jedynie dzięki mocno ściągniętemu paskowi z ćwiekami. – Nie ma co się bać tych kretynów.
– Ł-łatwo c-ci m-m... – Zmarszczył brwi. Właśnie dlatego zdecydowanie lepiej odnajdywał się w Internecie. Słowo pisane nie stanowiło żadnego problemu, mógł zakomunikować wszystko, co tylko chciał. Z mową już nie było tak prosto.
– Spokojnie – powiedział Andrzej jakimś takim ciepłym tonem głosu. – Nie spiesz się i nie denerwuj. Jak się denerwujesz, wychodzi chyba gorzej, co? – Teodor kiwnął głową i odwrócił spojrzenie. Dlaczego jego serce biło tak cholernie szybko? Jakby zaraz miało wyskoczyć mu z piersi.
– Cz-czasem p-po prostu n-nie m-mogę... i j-j-ja wie-wiem, ż-e t-to śmie-śmieszne, d-dlate-dlate-go oni...
– To debile. – Andrzej popatrzył na niego tymi swoimi świdrującymi, niebieskimi oczami. – Debile – powtórzył, siadając na ziemi i odchylając głowę w stronę ostatnich ciepłych promieni słonecznych. – Chce ci się iść na wos? – zapytał, opierając się plecami o blaszaną ściankę garażu. Teodor zaraz pokręcił szybko głową i po chwili namysłu przysiadł obok Andrzeja. – Mnie też nie. Przesądzone, nie idziemy.

***

Mając dwadzieścia dwa lata Teodor wiedział już, że jego życie nie będzie tak żałosne, jak zapowiadało się w gimnazjum. Gimnazjum to ogólnie najgorszy i najbardziej nienormalny okres w życiu każdego nastolatka. Ludzka dzicz, kiedy to dzieciaki wyładowują swoje frustracje związane z dojrzewaniem i gnębią innych, a wystarczy tylko popatrzeć w lustro... Małe, niewyrośnięte, nieforemne potworki z masą pryszczy na twarzy, pierwszym dziewiczym wąsem i z niekontrolowanymi erekcjami na widok młodej nauczycielki, której podwinęła się spódnica. Całe szczęście, okres szkoły miał już dawno za sobą. Studia to dopiero życie, chciałoby się powiedzieć. Wyrwał się ze swojego małego, zacofanego miasteczka i wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią (chociaż z tym oddychaniem to w Krakowie lepiej nie przesadzać). Wszystko nagle okazało się takie nowe, lepsze, dalekie od poprzedniego życia, z którym zresztą nie chciał mieć nic wspólnego. Bo już nie był tym samym Teodorem Kamińskim, już nikt nie nazywał go grubaskiem ani Tedkiem-jąkałą, co jednak nie oznacza, że całkowicie pozbył się swojego problemu. Miał wrażenie, że jąkanie zostanie przy nim już na zawsze, jednak teraz komunikacja werbalna nie stanowiła aż takiego problemu jak kiedyś.
Filologia angielska okazała się być tym, czego chciał się uczyć i wychodziło mu to całkiem nieźle. A że Uniwersytet Jagielloński miał całkiem przyzwoite stypendia, widmo pracy i dorabiania sobie do kieszonkowego od rodziców stało się więc odległe. Teodor mógł się cieszyć życiem studenckim w pełnym tego słowa znaczeniu.
Westchnął ciężko, wpatrując się w mijane za oknem tramwaju widoki. Mgła (po trzech latach w Krakowie wciąż wmawiał sobie, że to mgła) ograniczała skutecznie pole widzenia, a ludzie, poubierani w grube kurtki, poowijani szalikami i opatuleni czapkami, przemykali mu przed oczami niczym bezosobowe cienie. Przymknął na moment oczy, wciąż odczuwając nieprzyjemne skutki kaca. A wiedział, żeby nie pić, kiedy miał zajęcia. Całe szczęście już wracał do mieszkania. Zakopie się w kołdrze i nie wyściubi nosa na zewnątrz aż do wieczora.
Jak na ironię ze słuchawek buchnęły pierwsze akordy utworu „Beautiful Pain”. Westchnął głęboko i wyciągnął telefon. Odblokował, żeby popatrzeć na uśmiechniętą twarz Andy'ego Biersacka. Jemu to wszystko mógł wybaczyć, nawet nietaktowne piosenki. Aż zagryzł wargę, przyglądając się swojemu idolowi kilka dłuższych chwil.
Jedyną słabością Teodora był właśnie Andy. Jego fascynacja trochę już trwała i co najdziwniejsze, mimo że Teodor powoli stawał się całkiem poważnym anglistą (w końcu zaraz licencjat!), to miłość do piosenkarza jedynie przybierała na sile. Oczywiście nie chwalił się tym na prawo i lewo, chociaż przyjaciele prawdopodobnie zdążyli się już domyślić... i chyba to wcale nie było trudne zadanie. Wystarczyło wejść do pokoju Teodora, aby zdać sobie sprawę z jego małej obsesji.
Tramwaj zatrzymał się na Rondzie Matecznego. Teodor aż podskoczył, przypominając sobie, że to przecież jego przystanek. Zaczął przeciskać się pomiędzy ludźmi, z Andy'm wciąż śpiewającym mu do ucha o pięknym bólu. Chyba tylko cudem udało się Teodorowi wysiąść z pojazdu. Mroźne, śmierdzące spalinami powietrze momentalnie otuliło jego twarz, a on tylko naciągnął szalik na nos. Chyba powinienem zacząć rozważać kupno maski, bo za chwilę skończę ze spalonymi płucami, stwierdził, idąc w kierunku bloków, kiedy gdzieś ponad przejeżdżającymi samochodami mignęło mu żółte logo znanego koncernu fast-foodów.
Kace miały to do siebie, że człowiek marzył o czymś tłustym, zapychającym i najlepiej niemającym niczego wspólnego ze zdrowiem. Teodor naprawdę starał się dobrze odżywiać – w szczególności że pozbycie się ponadprogramowych kilogramów wcale nie przyszło mu z łatwością. Ale dzisiaj był ten dzień, w którym po prostu miał ochotę na takiego dużego, ociekającego tłuszczem i chemią WieśMaca, i nic nie potrafiło go od tej ochoty odwieść. Wsunął rękę do kieszeni swojej granatowej kurtki, a gdy wymacał w niej kilkanaście złotych, stwierdził, że zabaluje. Końce miesiąca może i są dość biedne, no ale jutro (albo najdalej pojutrze) i tak dostanie przelew z UJ-otu, więc nie ma co się martwić.
A niezdrowego, kalorycznego hamburgera spali. Poćwiczy trochę i będzie okej.
Tak zachęcony, ruszył w kierunku McDonalda. Przeszedł przez pasy, już czując nieznośne burczenie w brzuchu, a gdy tylko do jego nosa dobiegł charakterystyczny zapach fast-foodu, już nie było odwrotu. Musiał zajeść kaca czymś niezdrowym.
Wszedł do ciepłego budynku restauracji, o tej porze zapełnionego ludźmi. Ustawił się w kolejce, wzrokiem błądząc po tablicach z apetycznymi podobiznami jedzenia. Tak się człowiek napatrzy na te dorodne hamburgery, żeby dostać marną, zgniecioną kanapeczkę, pomyślał jeszcze i przesunął się w kolejce do przodu. Wyciągnął z kieszeni pieniądze, żeby jeszcze raz je przeliczyć. Wystarczy na jeden zestaw; WieśMac, frytki i cola – czyli wcale nie tak biednie, jak mu się zdawało.
Znów zrobił krok do przodu. Piosenka zmieniła się, a ze słuchawek po chwili ciszy popłynęły pierwsze akordy „Ribcage”. Aż przymknął na moment oczy, wsłuchując się w głęboki, ciężki głos Andy'ego. Tylko on potrafił tak śpiewać.
Kolejka sukcesywnie się zmniejszała. Już tylko jedna osoba przed nim.
O Boże, jak to możliwe, żeby mieć taki głos?, myślał i jeszcze raz wyciągnął telefon, aby popatrzeć na zdjęcie Andy'ego. Mocno niebieskie oczy patrzyły w jego stronę, a groźnie zmarszczone brwi tylko wieńczyły intensywność spojrzenia wokalisty. Teodor westchnął.
– Co dla pana? – Podniósł wzrok, żeby wpatrzeć się w równie niebieskie oczy jak te, które jeszcze chwilę temu zerkały na niego z wyświetlacza telefonu.
Zamarł na kilka chwilę, nie wierząc w to, co widzi.
Nie, to nie były te same oczy. Osoba patrząca na niego zza kasy nie była Andy'm; oczywiście, że nie – co za głupota. Andy w McDonaldzie w Krakowie? I jeszcze z tą śmieszną brązową czapeczką na głowie? To zdecydowanie nie Andy Biersack.
To Andrzej.
Teodor przełknął ciężko ślinę, czując jak serce zaczyna mu bić szybciej w piersi, a on nie potrafi wykrztusić z siebie chociażby słowa. Na moment znów powrócił do czasów gimnazjum, kiedy to tylko kiwał i kręcił głową, byleby nie musieć mówić.
Zmienił się, chociaż jego niebieskie oczy pozostawały tak samo niebieskie jak sześć lat temu. Na twarzy wciąż błąkała się ta sama niechęć, co kiedyś, a włosy wciąż farbował na czarno, teraz tylko trochę umiejętniej niż za czasów nastoletnich. Jeszcze bardziej urósł, jakby już w gimnazjum nie był wystarczająco wysoki; w zestawieniu z niską kasą, prezentował się karykaturalnie ze swoim metrem dziewięćdziesiąt-parę. Na wzroście zmiany się jednak nie skończyły – twarz Andrzeja nabrała bardziej męskich rysów, linia podbródka stała się wyraźniejsza, a na szyi odznaczało się spore jabłko Adama. Jedno pozostało jednak niezmienne – wciąż był niemożliwie chudy.
– Przepraszam? Co dla pana? – zapytał ponownie, trochę poirytowany brakiem odpowiedzi. Teodor szybko otrząsnął się z krótkiego transu i popatrzył na Andrzeja już trzeźwiej. Nie poznał mnie?, rozbrzmiał mu w głowie rozczarowany głos.
– W-w... – Nosz kurwa mać! – WieśMaca w zestawie – powiedział szybko, na wydechu.
– Powiększonym?
Przełknął ślinę, wpatrując się w Andrzeja uważnie. Naprawdę go nie rozpoznał?
– N-nie.
– Piętnaście osiemdziesiąt – powiedział lakonicznym, ale tak głębokim tonem, że po plecach Teodora przebiegły przyjemne dreszcze. Na moment aż zapomniał, jak się oddycha. Szybko położył na ladę pieniądze, jednak zrobił to odrobinę zbyt nerwowo, bo pięć złotych spadło na podłogę i potoczyło się w kierunku Andrzeja. Teodor, jak poparzony, zaraz rzucił się po uciekający pieniądz. Czuł się jak ostatni idiota, dawno już tak się nie zbłaźnił. Złapał szybko za monetę i cały czerwony na twarzy podał ją Andrzejowi, który zmarszczył brwi i przyjrzał się Teodorowi jakby uważniej.
– Dwadzieścia groszy reszty – powiedział, wciąż nie odrywając swoich niebieskich oczu od czerwonej z zażenowania twarzy Teodora.
– Dz-dziękuję. – Złapał szybko za paragon i już nie oglądając się na Andrzeja, odszedł. Najlepiej zignorowałby też swoje zamówienie i uciekł do domu. Na kilka chwil stał się dawnym Teodorem, zakompleksionym, jąkającym się oraz tak żałośnie wstydliwym.
Co jednak ważniejsze – jak to możliwe, że po tylu latach spotkał go w takim miejscu? I czy Andrzej nie wyjechał do Berlina? Jak niby znalazł się w Krakowie i to jeszcze na kasie w McDonaldzie?

Gdy czekał na realizację swojego zamówienia, wyciągnął jeszcze telefon i popatrzył na Andy'ego. Powoli zaczynał rozumieć swoją fascynację wokalistą.

18 komentarzy:

  1. Wow super się zaczyna, i super że krótko. Teo przypomina mi kogoś, czy z wiekiem mija nieśmiałość? Tak ale to wymaga wysiłku. Teo chyba dał radę, bo czy nie będzie starał się zagadać do Andrzeja? Lub znowu go spotka przypadkiem.
    Gratuluję rocznicy czytam Twój blog od początku i bardzo go lubię. Rozwijasz się i co raz lepsze niesamowite teksty.
    Pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nieśmiałości nigdy nie da się wyplenić do końca ;). Można walczyć, można się zmienić, ale takie rzeczy po prostu tkwią w człowieku.

      Dziękuję ślicznie za komentarz!

      Usuń
  2. Świetny tekst, ale pisanie tego w Twoim przypadku mija się z celem, bo to po prostu naturalne.
    Dobrze się zapowiada.
    "Andrzej, niezrażony obecnością nauczycielki w klasie, złapał nagle Rafała za przód bluzki i przyciągnął go do siebie gwałtownie."
    Ubrania w bluzkę Rafała nie daruję (serio - klasowy cwaniak w bluzce?), może jeszcze gdyby to był Andrzej to uszłoby bez zwrócenia uwagi (ot element image Andrzeja).
    Proszę również nie demonizować smogu w Krakowie. Tutaj rzeczywiście jest często mgła (taka zwykła, bez koktajlu zanieczyszczeń). W małych miasteczkach często jest zdecydowanie gorzej, bo siarka ze spalanego węgla aż dusi, ale ponieważ nie ma monitoringu zanieczyszczeń to wszyscy uważają, że jest OK. Przyznać jednak muszę, że ten rok jest wyjątkowo fatalny pod tym względem w Krakowie.
    Teraz nawiążę do wstępu: ucieszyłem się widząc na blogerze kolejny wpis na Twoim blogu, jednak po chwili nie wytrzymałem i rzuciłem kilkoma mocnymi słowami w myślach, bo jako dobrze wychowany nie młody już człowiek nie używam przecież łaciny kuchennej. To ja przeżywam męki niczym małpa okres, suka ruję, koty... żeby się dowiedzieć co nowego u Macieja i Filipa, czy są już powtórne wyniki badania Filipa a tutaj... (te trzy kropki, to właśnie te myśli nieuczesane).
    Dream jesteś sadystką!!!
    Mimo to jednak początek nowego opowiadania mi się podobał.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą bluzką to aż wstyd :D. A jeszcze niedawno tak pyszniłam się, że bluzki to już nie u mnie. Jak widać, ałtoreczkowe zapędy czasem wracają. :D
      Co do smogu, szczerze mówiąc nie bardzo mogę się z tym zgodzić. Zanim przyjechałam do Krakowa miałam fatalną kondycję fizyczną, ale zadyszki raczej mnie nie łapały (ach ta młodość). Teraz więcej o siebie dbam, a nawet szybszy marsz (w szczególności zimą) wywołuje u mnie duszności. W Krakowie niestety stan powietrza naprawdę jest fatalny i pomimo mojego całego uwielbienia do tego miasta, powietrze jest jedyną rzeczą, która mi się tam nie podoba. Ale myślę, że teraz te wszystkie smogowe alarmy wyjdą nam na plus i to nie tylko mieszkańcom Krakowa. Już nawet w mojej Bydgoszczy trąbią o smogu, także idziemy ku lepszemu. ;)

      Bardzo się cieszę, że nowe opowiadanie przypadło do gustu. No a Gówniarz już za chwilę, właśnie kończę go pisać i wieczorem poślę becie. :)

      Usuń
    2. Źle mnie zrozumiałaś z Tym smogiem. Ja nie twierdzę, że jest z tym dobrze. Ja odnoszę się tylko do tego jak było wcześniej.
      Dawniej wjeżdżając do Krakowa od strony Olkusza albo Libertowa widać było zawieszoną nad Krakowem (podobnie było z Katowicami) rudawa chmurę smogową nawet w lecie (tak było niezależnie od pory roku). Program likwidacji niskiej emisji finansowany przez Bank Światowy realizowany był w Krakowie już od połowy lat 90 ubiegłego wieku i poprawił sytuację. Spadła też znacząco produkcja w byłej Hucie im. Lenina z 7 mln ton stali do mniej niż połowy tego, zamknięto też Hutę Aluminium w Skawinie. To radykalnie poprawiło sytuacje. Gdyby nie te działania to w Krakowie nie dałoby się dzisiaj oddychać. Dawniej wystarczyło otworzyć okno na dwie godziny, aby na parapecie uzbierała się widoczna gołym okiem warstwa pyłu i sadzy. Mieszkając w Krakowie od urodzenia i stąd stwierdzenie, że teraz nie jest tak źle, co nie znaczy, że jest dobrze.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Bardzo miła odmianaXD
    Dzięki mózgu najprawdopodobniej będzie to relacja człowiek-wiewiórkaXDD Teodor z filmu 'Alvin i wiewiórki'
    Nie pomaga świadomość, że Teo już się zmienił.




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oglądałam Alvina, ale mam szczerą nadzieję, że nie będziesz wyobrażać sobie Tedka w wersji wiewiórczej. :D

      Usuń
  4. Hej. Świetne ! KOCHAM ANDY'EGO :P !!! No nie spodziewałam się, że przeczytam kiedyś tekst LGBT inspirowany jego postacią, jestem zachwycona :). Opowiadanie ma fajny klimat, bo bohater przeobraża się z brzydkiego kaczątka w całkiem fajnego studenta :P... ale fajne. Pzdr. WildMind

    OdpowiedzUsuń
  5. Super, fajnie szkoda że tylko kilka rozdziałów będzie:-).

    OdpowiedzUsuń
  6. Oooo, coś nowego :3 łYKNĘ wszystko :D :3

    Podoba mi się, ładnie się zapowiada, taka miła słodka obyczajówka :D <3

    Kto wie, może będzie więcej niż kilka rozdziałów? : >

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ejj, nawet nie kracz mi z tymi rozdziałami. :D

      Usuń
  7. Jak tylko zobaczyłam wizerunek Andy'ego, od razu wleciałam na bloga, żeby przeczytać. Baaardzo mi się podobało. Opowiadanie zapowiada się jako takie lekkie, tak jak zresztą pisałaś, ale bardzo mi się to podoba. Idea spotkania akurat w McDonaldzie mnie rozbawiła, ale jakby nie patrzeć, to najlepsze miejsce spotkań :D
    Podobają mi się nawiązania do Andy'ego i ta fascynacja u Teo. I przyjemnie mi się na serduchu zrobiło, gdy wspomniałaś akurat Ribcage, moją ulubiona piosenkę z tego albumu ♥
    Imię Andrzej nie wygląda na przypadkowe xD
    Ooo i podobały mi się nawiązania do smogu. Bardzo na czasie :D
    Jestem zainteresowana tym, co się wydarzy dalej, więc życzę dużo dużo weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ribcage ma to coś w sobie. :D Chociaż ja ostatnio mam obsesję na punkcie Void. ;)

      Usuń
  8. Oczywiście że wolałabym Gówniarza, ale jest Andy i kolejne opowiadanie (nawet jezeli krotkie) i świetny tekst, więc mogę poczekać ;) A teraz zachwyty: znowu to było tak niesamowicie realistyczne jak zawsze u Ciebie i tak jak ja uwielbiam. Scenka z makiem jak wycięta z życia i cała ta przykra historia z dzieciństwa, no chyba każdy zna taką osobę której dokuczali w podstawówce czy gimnazjum i mam wrażenie że świetnie oddałaś sposób myślenia takich osób- ignorować, uciec, przemilczeć. W każdym razie czekam na kontynuację i na nastepnego Gówniarza, ale teraz to już nie wiem na co bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeny, naprawdę się cieszę, że to opowiadanie aż tam dobrze się przyjęło. :) Jest dla mnie jedynie taką odskocznią od Gówniarza, bo ile można pisać na takie poważne tematy. Czasem człowiek musi odetchnąć, w szczególności, że "I tak wszyscy wylądujemy w McDonaldzie" nie wymaga ode mnie szczególnego skupienia. Ot, siadam i piszę. :) Ale w następnej publikacji już Gówniarz, obiecuję.

      Usuń
  9. Zdecydowanie nie tego się spodziewałam, gdy zobaczyłam nową notkę, ale nowe opowiadanie zawsze spoko :D Nawet jeśli to wersja mini.
    Bardzo dobrze, że nie zmuszasz się do pisania Gówniarza, tylko "wyżywasz" się w innym opowiadaniu, bo wiadomo, że zawsze przyda się przerwa, a jeszcze nie daj Boże, by Ci zbrzydło pisanie i to by była dopiero tragedia.
    Niemniej jednak czekam oczywiście na dalsze losy Maćka, Filipa, no i Błażeja przede wszystkim! :D

    Co do tej perełki wyżej.
    Cieszę się, że to będzie coś lekkiego, bez jakichś emocjonalnych rollercoasterów, bo i tak, gdy czytam te wszystkie opowiadania, to zaczynam się zbytnio przejmować losami fikcyjnych bohaterów :D
    Fajny ten Tedek ;) Taki niby przeciętny i zwyczajny, ale wydaje mi się, że tacy wbrew pozorom są czasem najciekawsi, bo jakby nie patrzeć, bywają nieprzewidywalni.
    A już myślałam, że spotka Rafała w tym Macu i będzie z tego jakaś wielka miłość typu "straight to gay", czy tam "oprawca po latach zakochuje się w ofierze" :D
    Niby klasyk, ale nigdy sie nie znudzi.
    Anyway, Andy/Andrzej też może być :D W ogóle Tedek musiał się mocno zmienić, że ten go w ogóle nie poznał. Przeczuwam, że na tym jednym przypadkowym spotkaniu się nie skończy.

    No i na koniec musze się po prostu odnieść do tego: "Jak można nie lubić tej mordki?" - hmmm, a no można xD
    Pewnie to co napisze to jakaś herezja i zaraz mnie tu fani zjedzą, ale trudno :D
    Nigdy nie rozumiałam fenomenu Black Veil Brides, ani tym bardziej Andiego. Już pominę kwestię, ze fizycznie to kompletne przeciwieństwo mężczyzny, jaki by mi się spodobał, no ale ten wokal... po prostu nie xD I nie jest to wyrok na podstawie jednej czy dwóch piosenek, bo swego czasu mocno próbowałam się do nich przekonać, no bo tak wszędzie ich wciskali, jednak coś mi się ciągle nie pasowało. Tak, wokal. Taki przerost formy nad treścią.

    To teraz kiedy już na własne życzenie ściągnęłam na siebie nienawiść fanów, to na załagodzenie powiem, że godne chwilowe zastępstwo Gówniarza, choć kompletnie od niego inne i czekam jak zwykle na kolejne rozdziały.
    Weny i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heej, jaką tam nienawiść. :D No bez przesady, masz swoje zdanie i to się ceni. Ja tak po cichu zdradzę, że mnie cała konwencja Black Veil Brides niesamowicie bawi. Raczej mnie te ich umalowane twarze nie porywają, jednak Andy... No właśnie - Andy. Ja, kurczę, nie wiem co takiego w nim jest, ale po prostu go uwielbiam. To jego chude, wyciągnięte ciało i ten jego (może rzeczywiście teatralny) głęboki głos. Ale najlepsza jest jego postawa. Nie wiem czy tak zagłębiałaś się w jego postać, żeby oglądać wywiady, jakieś urywki z koncertów itd. No jak Boga kocham, nie widziałam nigdy kogoś tak egocentrycznego. :D Nawet w wywiadzie, gdzie miał mówić o swojej dziewczynie (teraz już żonie?), były same "ja, ja, ja". A broń panie, wygwiżdż go na koncercie, to jeszcze zeskoczy ze sceny, żeby ci przemówić do rozumu. Pomyślałam sobie, że taki dumny, napuszony kogut to całkiem fajny wzór postaci. No i tak powstało to opowiadanie. ;)

      Cieszę się, że mimo swojej niechęci do Andy'ego i tak spodobał Ci się ten rozdział. W sumie Andy jako taki tu nie występuje, jest za to równie przepełniony poczuciem własnej godności Andrzej, taki nasz polski Andy. :D

      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  10. Ja też nie wierzyłam w smog, dopóki tylko dojeżdżałam do Krakowa. Zresztą w mojej rodzinnej mieścinie powietrze też jest złe - takie położenie geograficzne, elektrownia, rafineria, zakłady chemiczne i nie wiadomo co jeszcze. Sądziłem, że nie może być wiele gorzej. Nie mogłam się bardziej pomylić. Głowa potrafi mnie boleć 3 dni z rzędu, jak jest naprawdę źle. No ale...
    Co do tytułu - też tak sobie mówiliśmy, jak zaczynaliśmy studia. "Nie ma co się spinać i tak wylądujemy w Mc". Oczywiście dorabianie w różnych lokalach jest dość powszechne na studiach, więc nie do końca podzielam to zszokowanie Teodora.
    Często jest tak, że ci który byli najbardziej do przodu w gimbazie (a tam rządzą pierwotne instynkty), później lądują na dnie. Bo o to taki kujon-nerd w grubych pinglach kończy infe i ciśnie 10 tys na rękę, a gimbazowy kozak miesza wapno.
    Lubię takie opowiadania o dorastaniu, więc ja się cieszę, że jest. Szczególnie, że w "Gówniarzu" zrobiło się bardzo poważnie i trochę się lękam, jak będzie :)
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.