poniedziałek, 1 maja 2017

Rozdział 7. (I tak wszyscy wylądujemy w McDonaldzie)

Mamy długi weekend majowy, więc pomyślałam, aby coś Wam wrzucić. Gówniarz wciąż się pisze, dlatego też padło na McDonald. Mam nadzieję, że udało mi się utrzymać słodkopierdzący klimat, w sam raz na leniwą majówkę.

Jako że od czasu do czasu warto wspomóc dopiero rozwijające się opowiadania, jedna z moich czytelniczek założyła bloga. Tutaj macie linka http://pisanenietylkopogodzinach.blogspot.com 
Myślę, że autorka ucieszy się z komentarzy, bo w końcu nic tak nie motywuje jak opinia ludzi czytających. :) A Tobie, Trampku, życzę wytrwałości w pisaniu! :D Powodzenia!

Sprawdzała Ekucbbw.

Złotowłosa u niedźwiadka

Pełne uwolnienie od kaca przyniosła niestety dopiero sobota. Obudził się całkiem wcześnie, bo o dziewiątej (a to jak na Teodora niezły wynik) i z ulgą odkrył, że nie męczyły go już żadne zawroty głowy, ściskający żołądek czy ból mięśni. Byłoby niemal cudownie, gdyby tylko nie jeden, mały, ale za to znaczący szczegół, którym wczoraj aż tak się nie przejmował. W końcu jedyne, o czym marzył, to prysznic i łóżko, kto zawracałby sobie głowę czymkolwiek innym? Niestety, wraz z odejściem choroby poalkoholowej, powróciła mu sprawność umysłu. Wczoraj, kiedy rozstał się z Rafałem (nie chciał dociekać, czy pozbycie się Rzepy przyniosło mu oczekiwaną ulgę), wszedł do klatki jak zawsze za pomocą pinu, a później stanął pod drzwiami mieszkania. I tu zaczęły się prawdziwe schody. Przeszukał jedną kieszeń. Nic – tylko portfel. Drugą kieszeń. Nic – tylko komórka. Kieszenie w spodniach. Pusto. Jeszcze w kurtce – wciąż nic. Kluczy jak nie było, tak nie było, a on sterczał pod drzwiami, wciąż skacowany, z myślą, że pewnie zostawił zgubę u Rafała. Taką miał przynajmniej nadzieję; wolałby nie roztrząsać czwartkowych wydarzeń i nie zastanawiać się nad swoim rzeczywistym stanem upojenia w tamten wieczór. I tak prawie zapadał się pod ziemię na myśl, że pocałował Andrzeja, a później zwymiotował do zlewu.
Całe jednak szczęście mieszkanie nie było puste. Drzwi otworzył mu współlokator, pozwalając półżywemu Teodorowi wejść do mieszkania. Dokładnie na tym skończyły się Teodorowe rozważania odnośnie kluczy. Nie zastanawiał się dłużej, gdzie je zostawił, po prostu dopadł do łazienki, umył się, a później położył spać. Otrzeźwienie w tej kwestii spłynęło na niego dopiero rano.
Jeszcze nie do końca wybudzony, w samych gatkach udał się do kuchni. Zatrząsł się z zimna, kiedy powitało go tam mroźne powietrze wpadające przez szeroko otwarte okno. Zaraz do niego dopadł, przeklinając współlokatora, który śmiał je otworzyć. W końcu był luty, do cholery! Kto normalny robił coś takiego z samego rana w lutym?
Wciąż dygocząc z zimna, włączył elektryczny czajnik z wodą. Ciepła kawa powinna nie tylko go rozbudzić, ale też rozgrzać. Kiedy już ją zalał, wrócił do swojego pokoju, oklejonego Andym, i włączył laptopa.
Nie miał kluczy. Nie wiedział do końca, gdzie są, ale bardzo możliwe, że znajdzie je u Rafała. Zagryzł kciuka, zapatrując się na pulpit logowania, jaki wyskoczył na ekranie. Wszystko to oznaczało, że musiałby jeszcze raz zobaczyć się z Rzepą, co nie do końca byłoby mu na rękę. Nie lepiej więc dorobić klucze?
Sapnął z irytacją i popił kawy. Nie, jasne, że nie. Rzepa to tylko Rzepa; pojedzie, odbierze klucze (albo i nie odbierze, jeśli zgubił je gdzieś w Jazz Rocku), a później wróci i nie będzie tego roztrząsać – bo i po co? Na tę chwilę miał przecież inne obowiązki, a dokładniej czekała go najlepsza część weekendu – nauka. Co jak co, ale na filologii angielskiej miał jej całkiem sporo. Lektury same się nie przeczytają, a zadania z gramatyki opisowej nie zrobią. Na domiar złego, ostatnio opuścił kilka zajęć, więc czekają go nieprzyjemne konsekwencje w postaci nadrabiania. Całe jednak szczęście, że miał Natalię. Wystarczy tylko, żeby ładnie się do niej uśmiechnął, a przyjaciółka udostępni mu wszystkie swoje notatki.
Jak więc zaplanował – tak też zrobił. Natalia nie dała się długo prosić, już po chwili miał na mailu wiadomość z materiałami, pozostało tylko zacząć naukę. Dopił kawę do końca i już był gotów na wysiłek intelektualny. Dzięki niemu przynajmniej nie musiał zastanawiać się nad przykrymi wydarzeniami minionych dni – na zgubionych kluczach czy pocałunku zakończonym totalną klapą (no bo nie oszukujmy się – zwymiotowanie po pocałunku to nie najromantyczniejsza rzecz, jaką Teodor mógłby zrobić), no i na Rafale... podejrzanie miłym, podejrzanie spokojnym, podejrzanie...
Nie. Nie przystojnym. Zdecydowanie nie. Rafał kompletnie nie był w jego typie.

***

Pociągnął nosem, trzęsąc się pod dwiema kołdrami, które w żaden sposób go nie rozgrzewały. Dawno już nie był aż tak chory, ucieczka ze szkoły w samych spodenkach skończyła się kuracją antybiotykową, wysoką gorączką i zawalonymi zatokami.
– I jak, Teoś? – zapytała mama, przykładając swoją dużą i spracowaną dłoń do jego czoła. – Będę musiała niedługo wyjść, poradzisz sobie? – Jej głos niemal koił zbolałe od choroby ciało Teodora. Kochał mamę, miał w końcu tylko ją, a ona tylko jego. Właśnie dlatego nie mówił jej o swoich problemach w szkole; nie chciał jej denerwować, miała przecież tyle na swojej głowie. Całymi dniami pracowała, a pracy też nie miała lekkiej. Tak jak ona chciała dla niego najlepiej, tak on starał się więc nie dodawać jej problemów do zmartwień.
– P-p-poradzę – wydukał, szczękając zębami.
– Sprawdźmy jeszcze gorączkę. Mam nadzieję, że się trochę zbiła – powiedziała, sięgając na stolik po termometr rtęciowy, tak stary, jak chyba sam Teodor. Nic nie mówiąc, wziął go pod pachę i znów zakopał się pod kołdrą, gdy nagle w mieszkaniu rozległ się dźwięk domofonu. – Może listonosz – zastanowiła się na głos, żeby zaraz skierować się do przedpokoju. Była dość pulchna... nie, właściwie to była gruba, ale Teodor nie lubił tak o niej myśleć. Rozbujane biodra na pierwszy rzut oka zdawały się nie zmieścić w futrynie drzwi, jednak kiedy już ją minęła, dopiero wtedy dostrzegało się, że zostawało tam jeszcze trochę miejsca. Teodor, jak i jego mama, nie cieszyli się zbyt wysokim wzrostem. To optycznie dodawało mamie Teodora kilku centymetrów w biodrach, które i tak już były dość obfite. Nigdy jednak nie przejmowała się nadprogramowymi kilogramami; lubiła zjeść tak po polsku – od serca (ale raczej nie dla serca) – schabowego na głębokim tłuszczu, podsmażane buraki, tłuczone z masłem ziemniaki, czasem jakąś kiełbasę... i może boczek? I to wszystko w ilościach hurtowych, również dla Teodora, bo przecież dziecko jeszcze rosło. Później zgubi nadwagę – a nawet jeśli nie, i tak był jej najukochańszym dzieckiem.
Przeszła do pokoju i złapała za słuchawkę domofonu. Teodor jak przez ścianę słyszał jej głos, już powoli odpływał ze zmęczenia.
– Halo?... Och, oczywiście. Wejdź! Teoś się ucieszy! – Nie bardzo mógł zorientować się w tych słowach. Ktoś przyjdzie, ale kto? Zamknął oczy. Termometr pod pachą przestał mu przeszkadzać, zasypiał.
– Dzień dobry. Nie przeszkadzam?
– Teosia złapało paskudne choróbsko, ale taka pora roku – powiedziała, jakby zapominając o telefonie od wychowawcy, donoszącym o ucieczce syna ze szkoły. O pobiciu już nie wspominając, tę część prawie całkowicie wyrzuciła z głowy. W końcu to musiały być jakieś żarty – jej Teoś nikogo by nie pobił! – Ale wejdź. Dzisiaj mieliście krótko lekcje, prawda?
Śmieszny, chudy ([i]same kości!) chłopiec kiwnął głową. Poznała go już kiedyś, kilka razy był u nich i grali z Teosiem w jakieś tam głupawe gry komputerowe. Nie wnikała głębiej, cieszyła się, że jej syn w końcu ma jakiegoś kolegę.
– Tak. Pomyślałem, że przyjdę.
– To miłe – powiedziała, podchodząc do szafy i wyciągając z niej czarną kurtkę. – Jeśli czegoś będziesz chciał, nie krępuj się. Czuj się jak u siebie. W lodówce zostawiłam dla Teosia obiad, lazanię, bardzo lubi. Starczy dla was dwóch, a nawet i jeszcze zostanie. Jak zgłodniejesz, wrzuć tylko do mikrofali – mówiła, szybko zakładając na siebie kurtkę. Wielkie oczy tego chudego dzieciaka ([i]Andrzej mu chyba było.) wpatrywały się w nią uważnie, aż wreszcie duża, jakby niedopasowana do drobnego ciała głowa odpowiedziała jej kiwnięciem.
– Dziękuję.
– Teoś, kolega przyszedł – powiedziała jeszcze, zaglądając do pokoju. Teodor drgnął pod kołdrą, przebudzając się i wyglądając spod swojego przykrycia. Zdezorientowane spojrzenie najpierw omiotło ogromną (w jesiennej kurtce mama wydawała się naprawdę wielka) sylwetkę, żeby później skupić się na Andrzeju. – Ja już wychodzę. Podaj mi tylko temperaturę.
Musiała minąć chwila czy dwie, nim Teodor zrozumiał sytuację. O ile to tylko możliwe w jego aktualnym stanie, ogarnęło go gorąco. Andrzej do niego przyszedł?! Odwiedził go?! Dopiero później, na widok ponaglającego wzroku mamy, zreflektował się i złapał za termometr.
– Trzy-trzydzieści o-osiem i je-jed-en – przeczytał.
– Dobrze, spada. Pamiętaj, żeby dużo pić, skarbie. Jak coś, to dzwoń – poinstruowała go jeszcze, posłała mu buziaczka w powietrzu (dobrze, że ledwo przytomny Teodor prawie tego nie zarejestrował, bo pewnie przy Andrzeju zapadłby się pod łóżko ze wstydu) i ruszyła do wyjścia.
– No hej, tak przyszedłem zobaczyć, czy żyjesz – powiedział Andrzej z rękami w kieszeniach kurtki, patrząc na niego jeszcze z przedpokoju. Dopiero kiedy dobiegł ich dźwięk zamykanych drzwi, a później pospieszne kroki mamy Teodora na korytarzu, wszedł do sypialni Kamińskiego.
– J-jakoś – wyjąkał, podnosząc się do siadu, czego zresztą zaraz pożałował. Momentalnie zagarnął kołdrę, okrywając się nią szczelnie i drżąc przez gorączkę.
– Nie no, zostań. – Zareagował od razu Andrzej. – Wiem przecież, że jesteś chory – machnął ręką, żeby zaraz zdjąć plecak, a później kurtkę. Rzucił to wszystko niedbale na podłogę i nawet się nie oglądając na pozostawione rzeczy, ruszył do łóżka. – Cała szkoła o tobie gada – powiedział i uśmiechnął się szeroko. – O tym, jak w piątek przywaliłeś Rzepie – dodał, jakby Teodor mógł mieć jakieś zaniki pamięci i jakby Andrzej musiał mu o tym incydencie przypomnieć.
– C-coś m-mu...?
– Ma wielką śliwę na facjacie. – Andrzej wyszczerzył zęby w rozbawieniu, jak zwykle bezbłędnie wyczuwając, o co Teodor chciał zapytać. – Taaaka plama. – Zakreślił wskazującym palcem obszar na swojej twarzy, żeby przybliżyć Teodorowi jego dzieło. – No genialne, no. Chciałem do ciebie już w poniedziałek przyjść, ale wiesz, byłem po chorobie. Lepiej trochę odczekać, bo moglibyśmy siebie nawzajem zarazić – paplał, a Teodor jak zwykle słuchał. – I w ogóle, na wygnaniu... w sensie, na chorobowym, przesłuchałem nową płytę Distrubed. Już od lata chciałem, ale zawsze jakoś zapominałem – powiedział i bez pytania odsunął sobie krzesło od komputera Teodora, jaki stał na biurku. – Włączę ci, co? Od razu poczujesz się zdrowszy, mówię ci!
I Teodor rzeczywiście poczuł się zdrowszy, tyle tylko, że Distrubed i ich nowa płyta raczej niewiele miały wspólnego z jego stanem. W tym wypadku bardziej chodziło po prostu o Andrzeja – obojętnie czego by nie puścił, Teodor i tak chciał tego posłuchać. Chociaż nawet jeśli by nic nie puszczał, nawet gdyby siedzieli w grobowej ciszy – Teodor zdrowiałby w oczach, bo najważniejsze, że Andrzej o nim pamiętał. Przyszedł, paplał o swoich Andrzejowych sprawach, no i był.
Piętnastoletni Teodor wpadł po uszy. Uzależnił się od Wrońskiego jak jeszcze od nikogo innego. Potrzebował go. Pragnął. Chciał być zawsze obok, nawet w postaci jedynie przyjaciela. Bo niestety wiedział, że na nic więcej nie mógłby liczyć, ale to naprawdę wystarczało. Naprawdę nie pragnął wiele.

***

Nim się obejrzał, a już pół soboty miał za sobą. Praktycznie nie wyściubiał nosa poza próg swojego pokoju, całą swoją uwagę skupiając na nauce... A niestety trochę jej miał. Nic więc dziwnego, że kiedy rozdzwonił się jego telefon, nie spodziewał się nikogo szczególnego. Może Natalia albo mama, ewentualnie jakiś inny znajomy ze studiów. Kiedy jednak już sięgnął po telefon, a później zerknął na wyświetlacz, na kilka chwil zrobiło mu się goręcej. Jeszcze tydzień temu uznałby to za absolutną abstrakcję, a teraz... Może znowu będzie jak za dawnych czasów? Przecież nie oczekiwał niczego wielkiego. Pod tym względem wciąż zachowywał się jak dawny Teodor, który potrafiłby się zadowolić zwykłą przyjaźnią.
Jasne, marzyłby, aby przenieść tę znajomość na inną stopę, ale skoro nie mógł... Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma, czyż nie?
– Halo? – odebrał.
– No siemka. – Wystarczyło, że usłyszał ten niski, ciężki głos, a już po plecach przebiegły mu przyjemne dreszcze. – Jestem na Matecznym. Podaj adres, wpadnę na kawę czy coś... A tak serio, to po prostu jest kurewsko zimno, mieszkasz gdzieś tutaj, no nie?
Teodor potrzebował chwili, aby zrozumieć, że Andrzej był gdzieś w pobliżu i że chciał go odwiedzić. Momentalnie przyjemne gorąco, które ogarnęło go przy odbieraniu połączenia, ustąpiło pod wpływem chłodnego dreszczu przerażenia. Bez słowa omiótł wzrokiem swój pokój, wykrzywiając przy tym twarz w wyrazie głębokiej niechęci pomieszanej ze wstydem.
No bo... cholera. Miałby zaprosić Andrzeja? Do siebie? Do tego pokoju? Serio?
Zwilżył wargi. Przełknął ślinę. Chrząknął. Trochę to niezręczne, pomyślał jeszcze, aż wreszcie odpowiedział:
– No... niech będzie.
A w myślach dodał: [i]najwyżej uciekniesz.

Wysoka, jakby wydłużona sylwetka Andrzeja weszła do przedpokoju, a speszony tym, co się zaraz stanie Teodor zamknął za nią drzwi. Zawsze był dumny z kolekcji plakatów, które niejednokrotnie musiał drukować na zlecenie, bo niestety, takiego Andy'ego Blacka nie znajdzie się w polskim Bravo, jednak teraz... teraz to naprawdę chciał zapaść się pod ziemię.
– Po drodze kupiłem jakieś ciastka – powiedział Wroński, wskazując na worek z ogromnym, żółtym logiem Biedronki. – Umieram z głodu. Cały dzień biegałem po mieście – poskarżył się, zaczynając wchodzić na znane już Teodorowi tony zmęczonego życiem malkontenta. Zabawne, przecież ich gimnazjalna przyjaźń nie trwała długo, ale Teodor i tak miał wrażenie, jakby znali się już kilka dobrych lat.
– Zaraz chciałem podgrzewać o-obiad – zaburczał pod nosem Teodor, jakby chcąc jak najdłużej odżegnywać wizytę Andrzeja w swoim pokoju. – Mama ostatnio wcisnęła mi masę słoików – mówił, patrząc, jak Wroński rozwiązuje buty. – Jeśli chcesz, możesz zjeść ze mną – zakończył i w tym momencie niebieskie, jakby roziskrzone spojrzenie wylądowało na nim, przywołując na myśl psa, który słyszy dźwięk wpadających do miski chrupek.
– Jasne. – Teodor nawet nie spodziewał się innej odpowiedzi. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem i kiedy Andrzej odwiesił już kurtkę na wieszak, przeszli do kuchni.
– Gołąbki czy bigos? – zapytał, otwierając lodówkę.
– Cokolwiek – odpowiedział Andrzej, zaglądając mu przez ramię. – Wiesz, jak dawno nie jadłem nic domowego? – Teodor musiał zagryźć wargi, żeby się nie roześmiać. Wygłodzony Andrzej to zdecydowanie najśmieszniejszy widok, jaki go dzisiaj spotkał. Wciąż jednak nie mógł pogodzić się z tym, że Wroński był aż tak chudy. Podejrzewał, że jego nawyki żywieniowe nie bardzo zmieniły się od czasów gimnazjum. Pewnie wciąż pożerał wszystko, co tylko trafiło mu w łapska... No i gdzie tu sprawiedliwość?
– Okej, niech będą gołąbki – zawyrokował, po czym wyciągnął z lodówki słoik. – Na bl-blacie są ziemniaki. – Ruchem głowy wskazał na przeźroczysty worek. – Przy zlewie masz nóż, a pod zlewem kosz. Obierzesz? – zapytał i wcale nie musiał długo czekać na reakcję. Wygłodniały Andrzej to przecież nie przelewki; zaraz złapał za jednego ziemniaka, żeby zacząć go obierać. Trochę koślawo co prawda, bardzo nieumiejętnie i – jak to mówiła mama Teodora – po wojskowemu, ale nie narzekał. W końcu im obiad szybciej, tym lepiej.

Trzymając talerz wypełniony jedzeniem, miał nadzieję, że Andrzej nie zwróci uwagi na ściany w pokoju. W końcu od pół godziny był tak pochłonięty najpierw przygotowywaniem posiłku (albo po prostu odgrzewaniem), a później czekaniem, aż wszystko się ugotuje, że zapomniał nawet o ciastkach, na które miał ochotę cały dzień. Jakaś szansa więc istniała... Marna, bo marna (plakatów naprawdę nie dało się przeoczyć), no ale zawsze coś, prawda?
Otworzył drzwi i czuł, jak wszystko w nim kurczy się ze wstydu. Z każdej ze ścian spoglądał na nich Andy. To coś śpiewający, to wyginający się na scenie, to w samym szlafroku, w slipkach...
– Jezu, chodź już szybciej, bo zaraz naprawdę zdechnę z... – urwał. Popatrzył na swoją amerykańską podobiznę łypiącą na niego ze ściany, żeby następnie przenieść wzrok na inny plakat, a później na kolejny i kolejny. – O kurde – wydusił, czując się dziwnie osaczonym. – Creepy – zamruczał, wchodząc do pokoju. – Masz na jego punkcie fioła, co? – zapytał, jakby wciąż nie dostrzegając, że mężczyzna z plakatów miał wiele wspólnego z nim.
– T-tak jakby – odpowiedział Teodor, nie chcąc drążyć tematu.
– A nie za stary przypadkiem jesteś? – zagadnął, bez pytania siadając na łóżku. – Bo wiesz, ja myślałem, że na takich pizdeuszów to same trzynastki lecą – powiedział jak zwykle bardzo dosadnie, nie mając jednak zamiaru obrażać Teodora. Kamiński znał już przecież Andrzeja, wiedział, że zawsze był bardzo szczery i nigdy nie gryzł się w język.
– Pizdeuszów? – powtórzył Teodor z lekkim rozbawieniem i usiadł na krześle przy biurku.
– No. Taki efekciarz straszny z niego. Spójrz, jak się ubiera. – Ruchem głowy wskazał na plakat z kadru klipu [i]In the end. – I jego muzyka do najpoważniejszych też nie należy – stwierdził wyniośle, naprawdę nie widząc żadnego swojego podobieństwa do Biersacka. Teodor aż zagryzł dolną wargę, żeby się nie roześmiać.
– Nie no. Całkiem normalnie wygląda – powiedział tylko po to, żeby Andrzeja podpuścić. Jasnoniebieskie oczy momentalnie zmierzyły go, wyrażając zaszokowanie. Teodor jednak się nie ugiął i nie dał po sobie poznać, że ta sytuacja naprawdę go bawiła.
– Serio? Te włosy, mejkap... Do tego wygląda, jakby na jedzenie nie miał. – Skrzywił się z obrzydzeniem. – Chce być rockmenem, a bliżej mu do ciepłej pizdy. – Wzruszył ramionami, kwitując wszystko. [i]Klamka zapadła, pomyślał Teodor, aż drżąc od tłumionego śmiechu, [i]Andrzej wydał osąd i nie ma odwrotu.
– Skoro tak uważasz...
– Zainteresowałbyś się prawdziwymi muzykami – prychnął jeszcze Andrzej, aż wreszcie zapchał usta sporym kawałkiem gołąbka.
– Prawdziwymi? Czyli? – podłapał Teodor, przyglądając się, jak Wrona w zastraszającym tempie pochłaniał obiad.
– Daleko szukać nie musisz – odpowiedział, nawet na niego nie patrząc. Całkowicie już skupił się na jedzeniu, nie przejmując się, że tym jednym zdaniem wywołał całą masę skrajnych emocji w Teodorze.
– Czyli...? – spróbował pociągnąć dalej.
– Jak chcesz, wpadaj do nas na próby. Zawsze lepiej, jak ktoś tam słucha – stwierdził, kiedy już przełknął wszystko, co miał w ustach. Chyba tylko cudem się nie udławił. – No i oczywiście o mnie chodzi – dodał jeszcze, spoglądając na Teodora znad talerza. Uśmiechnął się rozbrajająco szczerze, prawie wywołując u Kamińskiego zawał, po czym (bo przecież żarcie nie może czekać) wrócił do pochłaniania obiadu. Opanowanie wszystkiego zajęło mu dosłownie dwie, góra trzy minuty.
Teodor z kolei miał problem, żeby dojeść. Co chwilę zerkał na zadowolonego Andrzeja, zastanawiając się, jak to możliwe, że dawał radę żyć bez niego. Obecność Wrony była jakaś taka... przyjemnie znajoma. Bezpieczna. Już nawet nie przejmował się wyglądem swojego pokoju, bo przecież Wroński go nie wyśmiał. Może coś tam pomarudził o Andy'm, podając jednocześnie pod wątpliwość męskość artysty, ale na tym wszystko się skończyło.
– Możesz wpadać częściej – mruknął, męcząc swojego gołąbka. Odkąd wziął się za siebie, naprawdę nie jadł zbyt dużo. – Mama daje mi całą masę słoików, a później to muszę wyrzucać – powiedział i już gdy był w połowie zdania, widział, jak w niebieskich oczach znów rozbłyska płomyk nadziei.
– Musimy ze sobą zamieszkać – orzekł Andrzej takim tonem, jakby właśnie proponował Teodorowi małżeństwo... Albo to mózg Teodora przeinaczył jego głos – tak czy inaczej, Kamiński drugi raz podczas jedzenia gołąbka przeżył preludium do zawału.
– Że-żeby jeść żarcie mojej mamy? – zapytał, aż się zająkując. Odsunął od siebie talerz, dochodząc do wniosku, że jeżeli tak to dalej będzie wyglądać, naprawdę coś go trafi, a raczej nie chciał umierać nad rozgotowanymi gołąbkami.
– Dokładnie tak. – Zainteresowane, niebieskie spojrzenie powiodło ku blatu biurka, gdzie stał niedokończony obiad Teodora. – Nie jesz? – zapytał powoli, niczym drapieżnik szykujący się do ataku. Teodor popatrzył na talerz, początkowo nie rozumiejąc. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie w stronę Andrzeja, na niego minę i wygłodniały wzrok, a już zrozumiał.
– Chcesz?
– Po co ma się marnować, no nie?
Teodor prawie parsknął śmiechem. Naprawdę nie znał nikogo, kto wyglądał jak zagłodzony, wyrośnięty ponad normę rockman, a jadłby tyle, co Andrzej. Złapał za talerz i podał go Wronie, z lekkim rozbawieniem (i rozczuleniem) obserwując, jak ten zaczyna pochłaniać jego porcję.
Może faktycznie powinni razem zamieszkać? Gdyby Andrzej zjadał mu wszystko spod nosa, waga Teodora pozostawałaby bezpieczna. To obopólna korzyść.
– O Jezu, nie mogę się ruszać – sapnął Andrzej, kiedy już wepchnął w siebie obiad Teodora i legł na jego łóżku. [i]Jak Złotowłosa w domku niedźwiadków, pomyślał z rozbawieniem Kamiński, obserwując z zadowoleniem Wrońskiego, trochę zbyt długiego jak na tak krótkie posłanie. Jego nogi wystawały poza dolną ramę łóżka, ale Andrzej najwidoczniej za bardzo się tym nie przejmował... Był w końcu zajęty katorżniczym procesem trawienia.
Teodor uśmiechnął się pod nosem, obserwując Andrzeja i nawet nie chcąc myśleć o powrocie do nauki ani – tym bardziej – o odzyskaniu kluczy do mieszkania. Mógłby tak siedzieć w nieskończoność i naprawdę na nic by nie narzekał.
– Przerwałem ci w czymś? – zapytał w pewnym momencie Andrzej, ruchem głowy wskazując na laptopa.
– Uczyłem się.
Andrzej zmarszczył swoje mocno wygięte brwi, żeby zaraz podnieść się na ramieniu.
– Dobra, to zaraz będę lecieć.
– Nie – zaprzeczył Teo odrobinę zbyt gwałtownie, niż powinien. Momentalnie zrobiło mu się gorąco. – T-to znaczy... nie-e przeszkadzasz. I tak chciałem sobie zrobić przerwę – mruknął.
Niebieskie, świdrujące spojrzenie zatrzymało się na Teodorze, jakby usiłując rozczytać jego myśli. Andrzej czasem potrafił tak patrzeć, że Kamińskiemu aż odbierało tchu. Nie miał pojęcia, czy to zasługa sposobu bycia Wrony, czy głównie tego osobliwego koloru oczy, ale wiedział, że już siedem lat temu wpadł jak śliwka w kompot. Jego mama często powtarzała, że pierwsza miłość nigdy nie rdzewieje; dopiero teraz Teodor zaczynał rozumieć, co to naprawdę znaczyło.
– Zawsze rozwalało mnie twoje podejście do nauki – stwierdził Andrzej, podnosząc się do siadu.
– Ch-chyba tylko w t-tym jestem dobry – wymamrotał, wzruszając ramionami.
– Pieprzysz – prychnął Wroński, siadając na brzegu łózka i znów wlepiając w Teodora swoje jasnoniebieskie oczy, niemal przewiercając go nimi na wylot. – Długo masz już aparat? – zapytał nagle, ruchem głowy wskazując na usta Kamińskiego, który już nie wiedział, jak oddychać.
– Z rok? – odpowiedział cicho, nie wiedząc, do czego Andrzej dąży.
– Urocze – stwierdził tak po prostu, żeby po chwili wstać i potargać Teodora po głowie, jak słodkiego, trochę niezdarnego psiaka, który rozczulał samym wyglądem. – Pasuje ci – powiedział Andrzej, łapiąc nagle Teodora za włosy, żeby zaraz pociągnąć je w tył i tym samym odchylić jego głowę. Kamiński popatrzył na Andrzeja zdezorientowany, a rumieniec na jego policzkach był aż nazbyt widoczny. Wrona nie mógłby go przegapić. – W ogóle, ładny jakiś taki się zrobiłeś – dodał jeszcze, sprawiając, że Teodor właśnie przeżywał zawał za zawałem. Błękitne oczy popatrzyły prosto w nieco ciemniejsze, niebieskie, aż nagle – tu już Kamiński był pewny, że zaraz umrze od nadmiaru wrażeń – pochylił się, pocałował Teodora lekko w usta, a następnie, jakby nigdy nic, odsunął się. – Okej, będę lecieć. CV same się nie rozniosą – stwierdził i już nie zaszczycając Kamińskiego chociażby spojrzeniem, wyszedł do przedpokoju.

21 komentarzy:

  1. Z technicznych: znów gdzieś się zaplątało [i]
    Jeżeli chodzi o opinię, to:
    Czyżby miało się zanosić na delikatne Teosiowe rozterki? No bo Andrzej niby zawsze i wszędzie, ale Rafał też nie taki najgorszy :> W sumie to 'dopiero' siódmy rozdział z tych trzech, czterech które miały wyjść ;) Zanosi się Americana/Gówniarz 2.0 jeżeli chodzi o długość. Nie, żebym marudziła :D
    Trochę mnie tylko na początku zdziwiła ta 'surowa' ocena Andrzeja na widok plakatów - w końcu skoro był prawie, że kopią ulubieńca Teodora, więc niejako też do takich 'Pizdeuszów' mógł się zaliczać.
    Końcówka fajna :) Jedyne czego nie czytam tak chętnie to wspominek na temat dziecistwa chłopaków. Ale może to nadrobię :) Kiedyś.
    Dzięki za promocję, w sumie już to widać w statystykach :D Muszę się więc bardziej postarać, jeżeli chodzi o treść bloga. No ale cóż, jakoś przeżyję.
    Miłej majówki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To [i], to po prostu nic innego jak moje oznaczenie kursywy. Przy przekopiowywaniu tekstu z jednego pliku do drugiego, często zatraca się formatowanie. Tak szybko mogę to odnaleźć, ale w tym rozdziale zapomniałam pousuwać tych znaczków. ;)
      Nawet nie kracz, że zanosi się na Americanę/Gówniarza! :D Co to, to nie! Może 10-15 rozdziałów, 30 to zbyt duże wyzwanie :P

      Usuń
  2. Teo wpadł jak stado śliwek w kompotXDD stado.
    W ogóle, zajebisty jakiś ten Andrzej jestXD Teodor i to opowiadanie.Te ładne słówka do Teodora to życie.No i Andrzej zabiega o jego uwagę ewidentnie.
    Ale Andrzej wracaj! Nie wyłaź;-;
    Ciekawe kiedy gołąbki połączą się w parę.
    Taaa 3 rozdziały ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach ten Andrzej, nie mam słów. Już nie mógł zostać dłużej? Ale muszę przyznać, że mistrzowsko wprawił Teo w zakłopotanie! To lubię. (:
    Niepokoją mnie trochę myśli Teo o Rafale(halo, to twój dziecięcy prześladowca!), bo przecież on ma być z Andrzejem. Koniec, kropka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież każdego z nas ciągnie do bad-boyów :D Teoś nie jest w tym osamotniony.

      Usuń
  4. Chciałem tylko napisać, że uwielbiam zwroty typu "katorżniczy proces trawienia" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla niektórych to najcięższe zadanie w ciągu dnia. :)

      Usuń
  5. Ot dylemat Teo: Andrzej czy Rzepa. Z Rafałem wiążą się nieprzyjemne wspomnienia z młodości. Andrzej ma większe szanse! Teo jest nim przecież totalnie zauroczony. Czy sprawdzi się przysłowie "stara miłość nie rdzewieje"?
    Jedno jest pewne Dream: jesteś niczym przodownik pracy z minionej epoki, 250% normy. Na planowane trzy odcinki już jest siedem, a to jeszcze nie koniec. I to mnie bardzo cieszy!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany, Piotrze, jak zwykle potrafisz mi poprawić humor. Właśnie cierpię na brak czasu, brak weny, bark wszystkiego, a Ty mi tu z 250% normy wyskakujesz. Dziękuję, cieszę się, że mimo mojego autorskiego dołka, rozdział się udał.

      Usuń
  6. Co co co?! Normalnie zdębiałam! Nie wolno ludzi tak urabiać! Ja tu już byłam przygotowana na pewien przebieg akcji a tu jeb!
    Tak na marginesie doszło do mnie ile lat już tu zaglądam. Trochę mnie to przeraża bo nic nie wygląda na to by miało się zmienić :) Dodam, że czekam na następny rozdział jak opętana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z chęcią dodałabym kolejny już-teraz-zaraz, problem w tym, że nie mam go nawet napisanego.

      Usuń
  7. Pamiętam, jak zaczęłam czytać to opowiadanie z myślą "trzy rozdziały, szybko zleci". Nadal czytam 😂😂
    Bardzo trafia do mnie sposób, w jaki piszesz, więc prawdę mówiąc, nie spiesz się z tym opowiadaniem. Teo powoli wpada w jakiś kryzys i rozdarcie pomiędzy tą dwójką, ale bardziej widzę go z Andrzejem. Po prostu ciężko zapomnieć o tym wszystkim, co robił mu Rzepa. Ale i tak jestem bardzo ciekawa, jak poprowadzisz ten tekst.
    Życzę dużo dużo weny 💕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Laire, ostatnio mam wrażenie, że ja z żadnym opowiadaniem się nie spieszę. :D z 3 rozdziałów na 10+? E tam, jakoś będzie. :D

      Usuń
  8. Każdy zawał Teodora przeżywałam razem z nim, a końcówka mnie prawie zabiła!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale żadnego zawału ostatecznie nie było? ;)

      Usuń
  9. Aaa koniec najlepszy!! O boze jak go zlapal za wlosy. Ja tam licze na Teo + Andrzej nie ma bata. Rafala zaczynam lubic ale i tak Teo i Andrzej sa sobie przeznaczeni!!!! Super dziekuje za rozdzialy i mam nadzieje, ze to bedzzie tez dlugie jak "Gówniarz" haha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę, nie, żadne "długie jak Gówniarz"... Sama sobie w kolano strzelam.

      Usuń
  10. Zdecydowanie słodko i miło się udało :D Ale nie powiem jestem miło zaskoczona takim pocałunkiem ze strony Andrzeja :D
    Co to będzie co to będzie xD
    Ściskam ciepło,
    Elda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to będzie, co to będzie?
      Kolejne kilkadziesiąt rozdziałów będzie.

      Usuń
  11. Wiesz, że uwielbiam wszystko co napiszesz.
    Rozdział był mega, ale wpadłam tu ponownie głównie po to by napisać, że nadal jestem TeamRafał <3 Zmienił się noo.. zakocha się w naszym Teo i będą żyć razem długo i szczęśliwie, a Andrzej na pewno jakoś sobie poradzi, na pocieszenie dostanie dożywotni zapas słoików.
    Kurczę jestem strasznie ciekawa z kim połączysz Teodora. Nie każ nam długo czekać :(
    Dużo weny<3

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.