piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział 6. (I tak wszyscy wylądujemy w McDonaldzie)

Sprawdzała Ekucbbw.

Wszystkie drogi prowadzą do McDonalda

Było mu ciepło. Nie gorąco, nie chłodnawo, po prostu idealnie ciepło, a jednak w tamtym momencie temperatura wydawała się dla niego zdecydowanie nieodpowiednia. Uchylił powieki i aż stęknął, żałując, że podjął jakiekolwiek próby wybudzenia się. Mógł trwać w słodkim zawieszeniu, gdzie poranny kac nie miałby szans go dorwać.
– Chcesz wody? – usłyszał z boku znajomy, niski głos. Nawet nie musiał spoglądać w tamtą stronę, żeby dowiedzieć się skąd pochodzi.
I momentalnie zalała go cała fala wspomnień.
Toaleta. Pocałunek. Rafał. Wymioty.

Kurwa, kurwa, kurwa. Jak mógł do czegoś takiego dopuścić? Jak mógł pozwolić sobie aż tak się spić? A wszystko to na oczach Andrzeja, którego – no kurwa mać! – nie widział kilka lat.
– Mhh – zamruczał pod nosem coś niezrozumiale, wreszcie uchylając powieki. Zamrugał, dopiero po chwili dostrzegając Andrzeja siedzącego tuż obok na kanapie. Sięgał właśnie po butelkę wody, którą przed podaniem Teodorowi odkręcił.
– Zabalowałeś – powiedział, spoglądając na niego nieskacowanymi, niebieskimi oczami. Jak to możliwe, że nic mu nie było, skoro pił więcej od Teodora, a Teodor nie dość, że kontrolował alkohol (a przynajmniej się starał), to leżał teraz i umierał? A wczoraj wygłupił się na całego.
– Nie myślałem... – wycharczał. Musiał odkaszlnąć, żeby tak przeraźliwie nie rzęzić. – Nie m-myślałem, że aż tak.
Andrzej uniósł jedną ze swoich ciemnych brwi, przyglądając się jak Teodor próbuje podnieść swoje skacowane cielsko do siadu, a później jak łapczywie dopada ustami do butelki. Teodor z kolei udawał, że tego uważnego spojrzenia wcale nie zauważa. Szybko przekalkulował, że najlepiej będzie udawać głupiego. Luki w pamięci to przecież chleb powszedni po zakrapianej imprezie.
– Ale spoko, ja tez trochę jednak wypiłem – odezwał się w pewnym momencie Andrzej, wciąż nie spuszczając z Teodora swojego taksującego wzroku. – Pamiętasz co zrobiłeś zanim wyszliśmy z Jazz Rocka? – Pochylił się nagle do Kamińskiego, a ten z zaskoczenia prawie upuścił butelkę. Cudem utrzymał ją w rękach, a na pościeli wylądowało tylko kilka kropel wody. O ile Teodor często miał problem ze zbytnim czerwienieniem się na twarzy (przeklęte mocne unaczynienie skóry) i rumieńce nie były dla niego niczym nowym, o tyle teraz już przypominał kolorytem najprawdziwszego dojrzałego pomidora.
– N-nie. N-n-n – z tego wszystkiego język odmówił mu współpracy, a serce waliło tak szybko z nerwów, że kac na kilka chwil odszedł w zapomnienie. – Ni-e p-pa... pamiętam.
Andrzej go znienawidzi? Postanowi trzymać się z daleka? A może zrzuci to wszystko na karb upojenia i skoro wreszcie spotkali się po tylu latach, będą dalej kontynuować gimnazjalną przyjaźń?
Twarz Wrońskiego wykrzywił grymas, którego Teodor jednak niestety nie potrafił poprawnie odczytać. Przez moment miał wrażenie, że dostrzegł tam cień zawodu, pytanie tylko, czy jego głupi mózg przypadkiem nie przeinaczał faktów?
– No okej – mruknął i wstał nagle z łóżka. – Ja muszę lecieć. Mam kilka spraw do załatwienia na mieście, CV same się nie rozniosą – stwierdził Wroński i dopiero teraz Teodor przypomniał sobie o trzeciej osobie, która powinna tu być (w końcu to jej pokój), a której od wyjścia z Jazz Rocka kompletnie nie pamiętał.
– A Rafał?
– W kuchni. Robi śniadanie jak na dobrą żonkę przystało – zażartował, uśmiechając się szeroko na widok zaskoczonej miny Teodora. – Mówiłem, to nie ten sam Rafał, którego znasz, kochanieńki. – Zacmokał, sięgając po swoją skórzaną ramoneskę. – Niestety, nie zasmakuję mistrzowskiego dania, ale ty masz szansę... o ile nie zwrócisz – dodał jeszcze z rozbawieniem, zakładając kurtkę.
– T-to ja może pójdę z tobą – burknął pod nosem Teodor, nie mając zamiaru zostawać z Rafałem sam na sam. Jeszcze w towarzystwie Andrzeja mógłby ścierpieć obecność Rafała, ale nie wyobrażał sobie zostawać z Rzepą tylko we dwóch.
– Może dobrze by było, jakbyście pogadali? – zapytał Andrzej, już kierując się do drzwi i sprawiając, że wizja Teodora i Rafała siedzących samych w tym pokoju nabierała coraz to realniejszych kształtów.
– Nie mamy o czym rozmawiać – prychnął Kamiński i tak szybko jak poderwał się na równe nogi, tak opadł pośladkami z powrotem na kanapę. Świat na moment zawirował mu przed oczami, a żołądek przekręcił się na drugą stronę w proteście.
– Odpuść, odpocznij i dopiero wtedy sobie wróć do domu – polecił jeszcze Andrzej i w tym momencie drzwi otworzyły się, a do środka wszedł Rafał z całym talerzem zawalonym kanapkami.
– Już spadasz? – zapytał zaskoczony już od progu. Patrzył przez chwilę na Wrońskiego, a dopiero później jego małe oczka odnalazły wiąż siedzącego na łóżku Teodora. Uwadze Rafała z pewnością nie umknęła pozieleniała z mdłości (a może i też strachu) twarz Kamińskiego.
– Na razie jestem bezrobotny, jakbyś zapomniał – powiedział Andrzej i wbrew swoim słowom o niemożliwości rozsmakowania się w śniadaniu Rafała, sięgnął ręką po jedną z kanapek. Bez ceregieli wcisnął sobie połowę całkiem sporej kromki do ust, przez co jego zazwyczaj wklęsłe policzki teraz przypomniały napchany chomiczy pysk. – Tłeba tło zmłenić – wydusił, nie przejmując się czymś takim jak zasady dobrego wychowania. W końcu wczoraj widzieli zawartość Teodorowego żołądka, nikt więc raczej nie wniesie sprzeciwu na widok przeżuwanej kanapki.
– Żałuję, że cię nie widziałem w tym Macu – parsknął Rafał i wszedł głębiej do pokoju. Kątem oka zerknął na sponiewieranego kacem Teodora, ale nic nie powiedział. Postawił jedynie przy nim talerz, a sam odwrócił się do malutkiego biurka zawalonego wszystkim, co tylko możliwe. Nawet znalazłyby się tam całkiem świeże skarpetki (no hej, tylko raz ubrane!) i już nie tak czysty podkoszulek, ale wciąż mógłby go ubrać na przykład do sprzątania. Swoją drogą, gruntowne porządki naprawdę by mu się przydały. Ba! Nawet miał je w planach... od jakichś kilku miesięcy. Nie jego wina, że albo wracał po pracy czy zajęciach wykończony, albo chłopacy wyciągali go gdzieś na picie.
– Całe szczęście już nie zobaczysz – odparł Andrzej i wepchnął sobie do ust drugą część kanapki. – Dobra, ja lecę. Bawcie się dobrze – pożyczył im z wyraźnie słyszalnym w głosie rozbawieniem i ku przerażeniu Teodora, wyszedł. Już po chwili słyszeli jeszcze trzask drzwi wejściowych, kwitujący fakt pozostawienia ich dwójki na pastwę losu.
– Jak jesteś głodny, to weź – mruknął Rafał do Teodora, nawet nie oglądając się na niego. Odnalazł jedynie pod stertą rzeczy laptopa, którego zaraz stamtąd wyciągnął.
– Nie, też będę lecieć – odpowiedział Teodor, chociaż w jego zbolałym wyrazie twarzy trudno byłoby doszukać się jakichkolwiek sił na opuszczenie mieszkania, a później przeciskanie się przez połowę miasta załadowanym tramwajem.
– Daj spokój, możesz przecież sobie odespać, jeśli chcesz. – Rafał zerknął krótko na Teodora i spróbował uśmiechnąć się zachęcająco. – A później mogę cię odwieźć, jak coś. Muszę tylko mieć pewność, że jestem trzeźwy – dodał, siadając na łóżku. – Nie chcę stracić prawka.
Teodor zwilżył nerwowo wargi, ale nic nie powiedział. Nie czuł się zbyt pewnie w towarzystwie Rafała. Rzepa wciąż go przerażał. Ale z drugiej strony bał się, że jak już wsiądzie do rozklekotanej pięćdziesiątki dwójki (niby na tej trasie puścili też nowe tramwaje, ale znając szczęście Teodora, trafi mu się zabytek), a później w wyniku zbyt intensywnego bujana na boki, zwymiotuje jakiejś pani na kolana. Nie musiał zbyt długo czekać na rezultaty, wystarczyło tylko, że wyobraził sobie zatłoczony, śmierdzący tramwaj, kiwający się wte i wewte, aby jego żołądek zaprotestował. Ścisnął się, skręcił, a on już wiedział, że zaraz nastąpi punkt kulminacyjny żołądkowych akrobacji.
– Gdzie masz łazienkę? – wydusił, przykładając asekuracyjnie dłoń do ust. Zaalarmowany Rafał aż się wyprostował.
– Po wyjściu na prawo – zdążył jedynie powiedzieć, kiedy Teodor niemal wyleciał z pokoju. Rafał mógł tylko usłyszeć trzask zamykanych drzwi od toalety, a później, jako że ta znajdowała się tuż za ścianą, odgłosy wymiotów. Westchnął ciężko, nie bardzo wiedząc co robić. Powinien mu jakoś pomóc, prawda?
Odłożył laptopa na bok i bez większego namysłu skierował się do kuchni. Jego szafki świeciły pustkami, nie mógłby nawet zrobić Teodorowi herbaty, a pamiętał przecież, jak kiedyś mama zaparzała mu rumianku na ból żołądka. Całe szczęście nie mieszkał sam – współlokatorki zawsze miały nie tylko pełną lodówkę, ale także spory asortyment ziół.
Otworzył ich szafkę i przez chwilę szukał czegoś, co mogłoby teraz Teodorowi pomóc. Wreszcie złapał za opakowanie herbaty koperkowej, miętowej i rumiankowej. Wpatrzył się w nie, aż marszcząc brwi w wyrazie głębokiego (i wydawałoby się nawet, że bolesnego) zastanowienia. Które spiszą się najlepiej? Koperkową chyba piją dzieci na jakieś zaparcia czy kolki. Tak przynajmniej zapamiętał ze swojego krótkiego dzieciństwa, jeszcze kiedy mama była w pełni sił i zajmowała się jego młodszym bratem.
Miętowa... właściwie nie bardzo wiedział, na jakie dolegliwości zalecano pić miętową, ale niech już będzie ta rumiankowa, wydawała mu się bezpieczniejsza. Wstawił wodę, a później odłożył wszystkie opakowania tak, aby współlokatorka nie zauważyła, że ktoś grzebał jej po szafkach. Ślady zbrodni należy przecież zatrzeć. Złapał za jeden ze swoich kubków z nieco wyszczerbionym uchem i poczekał, aż woda wreszcie się zagotuje. Teodor wciąż siedział w łazience, kiedy Rafał zalewał mu herbatę wrzątkiem. Chyba już nie wymiotował, a przynajmniej żadne dziwne odgłosy nie roznosiły się po mieszkaniu. Przechodząc więc koło drzwi łazienki, zapukał – tak w razie co, gdyby Teodor zasłabł i wylądował z głową w toalecie. Oczywiście ani przez moment nie zaświtała mu myśl, że jeszcze siedem lat temu sam by z chęcią tę głowę wcisnął do kibla i jeszcze z satysfakcją spuścił wodę.
– Teo? – zapytał. – Żyjesz?
– Nie – usłyszał odpowiedź.
– Pomóc ci...? – Zawahał się, bo właściwie to nawet nie wiedział jak mógłby pomóc.
– W rzyganiu? – Kiedy niby Teodor zrobił się tak złośliwy? Rafał mimowolnie uśmiechnął się do swoich myśli. Wszyscy się zmieniliśmy.
– Jak coś to krzycz – powiedział jeszcze i już wszedł do pokoju, nie chcąc go aż tak napastować swoją osobą.
Nie wiedział ile Teodor był w łazience, nie patrzył na zegarek. Postawił jedynie herbatę przy łóżku, a później złapał za za kanapki i pochłonął trzy – przecież Teodor i tak pewnie nic nie przełknie. Kiedy odłożył talerz na biurko, usłyszał szczęk zamka. Nie musiał długo czekać, żeby ponownie zobaczyć ledwo żyjącego Teodora u siebie w pokoju.
– Naprawdę mogę cię później odwieźć – przypomniał, a gdy niebieskie, umęczone spojrzenie Kamińskiego znalazło się na nim, na moment wstrzymał oddech. Nie wiedział, że Teodor miał obsesję na punkcie oczu Andrzeja, ale jeśli porównałby ze sobą ich tęczówki, Teodor w tym starciu zdecydowanie wygrywał. Wroński posiadał taki dość chłodny, lodowaty a przez to nieprzyjemny odcień. Oczy Teodora wydawały się zdecydowanie bardziej pospolite, ale przy tym bezpieczniejsze. Łagodniejsze.
– Okej – wydusił z trudem, bo naprawdę nie miał na nic siły. Najchętniej zaległby pod kołdrą i zasnął, tylko tyle był teraz w stanie zrobić.
– Zaparzyłem ci rumianku – poinformował, kiedy Teodor usiadł na kanapie. – Powinno ci trochę pomóc. – Niebieskie oczy znów odnalazły Rafała, tym razem jednak popatrzyły na niego w wyrazie zaszokowania. Bo jak to tak – Rzepa zaparzył mu herbatę? Rzepa oferował podwózkę? Rzepa pozwalał odespać kaca?
– Dzięki – powiedział całkowicie szczerze, sam już nie wiedząc, jak się zachowywać w obecności dawnego prześladowcy. Nie był pewny, czy przypadkiem to nie jakiś śmieszny żart Rafała. Tylko wyczekiwał czegoś w stylu: „żartowałem, grubasku!”.
– Spoko. Odeśpij sobie, ja trochę pozamulam i popołudniu się zbierzemy. – Nawet już na niego nie patrzył. Obecność Teodora w łóżku dziwnie na niego działała. Nie tak, jak powinna, w końcu to Kamiński! Ale, cholera, musiał przyznać, że TEN Kamiński naprawdę się wyrobił. Gdyby spotkali się w klubie i gdyby nie ciągnęła się za nimi żadna nieprzyjemna przeszłość, już dawno prosiłby o numer.
– J-Jakby co, obudź mnie – powiedział, zająkując się jak dawny Teodor, a Rafał, o dziwo, uznał to za całkiem urocze. Oczywiście nijak nie dał tego po sobie poznać. Udał, że całkowicie skupił się na laptopie i że kątem oka nie przyglądał się Teodorowi biorącemu ostrożne łyki herbaty, a później kładącemu się spać.
– Jasne, obudzę – obiecał, chociaż wiedział, że prędzej jak ten psychopata będzie się przyglądać jego uśpionej twarzy, niż rzeczywiście go obudzi. Wiedział niestety też, że teraz nie miałby u Teodora najmniejszych szans. I chyba nawet nie chciał z tym walczyć, bo co jak co, ale Kamiński miał święte prawo go nienawidzić.
Pozostawał więc Grindr i Fellow. Może tam znajdzie kogoś w typie Teodora.

***

Jak młody Teodor zdał sobie sprawę ze swojego pociągu do mężczyzn? Całkiem prosto, nawet tego szczególnie nie rozpatrzał, bo przecież równocześnie podobały mu się też dziewczyny. Po prostu kiedyś uznał, jeszcze w czwartej klasie podstawówki, że stażysta, jaki przyszedł do nich na geografię, był fajny. Po prostu tak fajny, że na kilka lekcji geografia stała się dla Teodora najlepszym przedmiotem. Tyle razy na ochotnika do tablicy to on się jeszcze nigdy nie zgłaszał w całej swojej szkolnej karierze.
Jeśli jednak chodziło o dziewczyny – podobały mu się, a przynajmniej tak wtedy myślał, bo dwudziestodwuletni Teodor z pewnością by temu zaprzeczył. Była taka Kasia na przykład, z klasy równoległej, która to najpierw chodziła z nim do podstawówki, a później do gimnazjum. Każdy się przecież za Kasią oglądał, no to i Teodor się oglądał – bo tak trzeba. Bo Kasia jest ładna, ma w sobie coś takiego przyjemnego, delikatnego, dziewczęcego. Chłopcy szeptali przecież między sobą, że niezła, że słodka, że z chęcią by ją tam... no. Tego. Pyknęli.
„Pyknęli”. Boże drogi, co za żałosne słowo. Jak można kogokolwiek „pyknąć”?, zastanawiał się Teodor, gdy, chcąc czy nie, przysłuchiwał się rozmowie Rzepy z kolegami, kiedy czekali na nauczyciela wuefu.
– Cholera, a widzieliście jej cycki? Jak urosły? – zapytał Rzepa, żeby zaraz roześmiać się tubalnie. Łukasz i Michał niczym te tresowane małpki zaraz pokiwali głowami, a po chwili dodali swoje trzy grosze, czyli w tym wypadku niezbyt smaczne epitety, dotyczące wyglądu Kasi. Teodor, mimo że naprawdę nie chciał słuchać ich wywodów, nie mógł w żaden sposób przed tym uciec. Takie rzeczy jak fajna, krągła dupeczka niestety go nie ominęły.
– Zdecydowanie najlepsza w szkole – stwierdził Rzepa, wydymając wargi niczym koneser „najlepszych dup” w szkole, a kiedy jego małe oczka odnalazły siedzącego nieopodal Teodora, zdawały się rozbłysnąć przerażającym blaskiem. – A ty, Jęczybuła? – zapytał, podnosząc się z parkietu sali gimnastycznej, który okupywali w oczekiwaniu na nauczyciela. Podszedł do siedzącego Kamińskiego i pochylił się nad nim ze złośliwym uśmiechem. – Co myślisz o Kasi? – Jego świńskie oczka otaksowały uważnie krągłą twarz Teodora.
– D-d-daj spo-spokój – wymamrotał Teodor, odwracając wzrok i żałując, że Andrzej jeszcze nie wrócił ze swojej choroby. Z Wrońskim u boku czuł się zdecydowanie bardziej pewnie.
– Trzepiesz sobie do Kasi co noc? – zapytał Rzepa, mrużąc oczy tak, że stały się jeszcze mniejsze i wyglądały, jakby za chwilę miały całkowicie zniknąć z jego twarzy. – Trzepiesz sobie tego swojego małego, różowego robaka, co? – parsknął, dźgając nogę Teodora czubkiem swojego trampka.
– O fuuuj! – zawołał Łukasz z obrzydzeniem, a siedzący obok niego Remigiusz, który jak i reszta chłopaków z klasy, chciał się wkupić w łaski Rafała, więc parsknął śmiechem.
– No chyba, że Jęczybuła woli inne robaki! – rzucił wesoło Maciej, patrząc na Rzepę z uwielbieniem i oczekiwaniem, czy jego żart się przyjmie.
Przyjął się. Rafał parsknął śmiechem, ponownie dźgając Teodora swoim butem.
– To by do tego zboczeńca pasowało! – zarechotał wybitnie rozbawiony. – Cipy nie są dla niego, nie wiedziałby co z nimi zrobić!
Teodor spuścił wzrok na swoje drżące ręce. Czuł, jak w gardle narasta mu szloch zażenowania, a rozbawione głosy dookoła w niczym nie pomagały.
– Ale kto by takiego grubasa chciał?
– Pewnie wszystko by mu się tam trzęsło!
Gdyby podniósł wzrok, pewnie by zauważył, że nie wszyscy koledzy z klasy byli tym zainteresowani. Rafał może i zbierał poklask u większości, ale niektórzy, czyli ci, z którymi Teodor całkiem się dogadywał (bo tacy również istnieli), po prostu odcięli się od wyśmiewania Kamińskiego. Nie zmieniało to jednak faktu, że upokorzenie z chwili na chwilę zbierało w Teodorze, powoli przeważając szalę goryczy. Bo to już nie był tylko Tedek-jęczybuła, czy Tedek-grubas, Rafał poszedł o krok dalej, nie zatrzymywał się, wyśmiewał Teodora po całości.
Każda tama pod dużym naporem i ciśnieniem wreszcie pęknie. Niektóre zrobią to powoli, a pęknięcia będą małe i nie tak groźne, jednak niektóre tamy po prostu rozrywają się na strzępy, uwalniając hektolitry wody i pozwalając im nieść spustoszenie. Dokładnie to stało się z tamą emocji w Teodorze. W jednym momencie runęła, uwalniając wściekłość i upokorzenie, które ogromną falą rozlało się po ciele Kamińskiego, przysłaniając na chwilę umysł oraz odbierając zdrowy rozsądek.
Nawet nie wiedział kiedy, a już poderwał się na równe nogi. Nigdy nikogo nie uderzył. Nie wiedział też, jak powinno się bić, jak to wszystko wygląda, ale najwidoczniej wiedza nie była instynktowi w niczym potrzebna. Zamachnął się, zaciskając mocno pięść. Uczucie, kiedy wbijał ją w twarz Rafała, mógłby nazwać rozkoszą, a może nawet ulgą.
– O kurwa! – dobiegło gdzieś z boku i tyle wystarczyło, aby ocucić Teodora z chwilowego amoku. Trzeźwiej popatrzył na zaskoczonego obrotem spraw Rafała, żeby po chwili znów zaufać instynktowi, który w tamtym momencie podpowiadał mu jasno i klarownie – spieprzaj!
No więc spieprzył, jak tchórz. Bo przecież był nim przez całe życie, chwilowy atak heroizmu w żaden sposób go w tej kwestii nie zmienił. W jednej chwili jeszcze stał i patrzył na Rafała, a w drugiej już wymijał pana Gackowskiego zmierzającego do sali, oraz pędem pomknął przez korytarz, ku szatni. Całe szczęście nikt jej nigdy nie zamykał, Teodor więc wpadł do niej tylko, złapał za swój plecak, w którego już wcześniej, przebierając się w łazience, upchnął swoje ubrania, po czym pobiegł dalej przed siebie.
Chociaż była już połowa listopada, wybiegł na zewnątrz jedynie w kurtce, nie przejmując się nawet mroźnym wiatrem smagającym mu gołe nogi. Parł dalej przed siebie, a wzrok rozmazywał mu się pod naporem cisnących do oczu łez. Nienawidził tej szkoły. Nienawidził tej klasy. Nienawidził Rafała! Jedyną osobą, dla której mógł to wszystko znosić, był Andrzej... ale dzisiaj go nie było, tak samo jak i wczoraj i przedwczoraj. A Teodor po prostu sobie bez niego nie radził.
Dobiegł pod dobrze już sobie znany blok i niczym radziecka torpeda wpadł do klatki, szybko odszukując na domofonie numerek dwadzieścia trzy. Usiłował opanować swoje emocje, ale nic nie mógł poradzić na nerwowe drżenie ciała, przyspieszony od biegu i duszonego w sobie szlochu oddech i szaleńczo bijące w piersi serce.
– Halo?
– A-a-and... – Nie potrafił nic powiedzieć. Niezidentyfikowanego pochodzenia ból momentalnie zacisnął się na jego gardle, uniemożliwiając wyartykułowanie jakiegokolwiek słowa.
– Teo? Wchodź! – Już po chwili rozbrzmiał wibrujący dźwięk zwalniania zamka w drzwiach. Teodor pchnął je i czym prędzej pokonał dzielące go od mieszkania Andrzeja schody. Kiedy stanął przed Wrońskim, cały zasapany, spocony i jednocześnie roztrzęsiony, nie miał już sił na nic. Popatrzył na zasmarkanego Andrzeja w zabawnej, przymałej piżamie w samochodziki i już po chwili się rozpłakał, nie bardzo wiedząc jak mógłby wytłumaczyć swoją nagłą wizytę. Jedyne co wiedział, to że chciał być z Andrzejem.
Na reakcję Wrońskiego nie musiał długo czekać. Już po chwili przekroczył próg, dopadł do Teodora i przycisnął go do siebie swoimi chudymi ramionami. Okulary na nosie Kamińskiego aż się przechyliły, żeby po chwili zaparować od oddechu, czym jednak nie bardzo się przejął. Przylgnął do kościstego ciała Andrzeja w śmiesznej, dziecięcej piżamie, wyglądającego w niej na jeszcze drobniejszego niż zazwyczaj, i po prostu trwał w uścisku, próbując jednocześnie opanować swój szloch.
Andrzej pachniał chorobą, ale nie miało to żadnego znaczenia. Ważne że był obok, że go obejmował, pozwalał się ściskać i że chociaż jeszcze nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, wszystko dokładnie rozumiał.
To naprawdę wystarczyło.

***

Uchylił powieki, niemal czując w nozdrzach ten słodko-kwaśny zapach choroby i dotyk rozpalonego gorączką ciała. Popatrzył na pokój, z pewnością nie będący ani jego pokojem na stancji, ani pokojem nastoletniego Andrzeja, którego postać w dziecięcej piżamce wciąż miał przed oczami. Dopiero gdy zamrugał, Andrzej zniknął, a Teodor zaczął rozumieć, gdzie tak naprawdę się znajdował.
Podniósł się powoli do siadu, z ulgą przyjmując, że głowa bolała jakby mniej, a mdłości też nie zmuszały go do poderwania się i znalezienia łazienki. Kac wciąż był odczuwalny, jednak w o wiele mniejszym natężeniu niż jeszcze parę godzin wcześniej.
Rozejrzał się po zagraconym pokoju Rafała i pierwsze co wyłapał, to odgłosy rozmowy dobiegające z przedpokoju. Jakieś dwie dziewczyny kłóciły się o pozostawione w zlewie sterty naczyń. Dopiero później spojrzenie Teodora zatrzymało się na drugim końcu kanapy, gdzie przy ścianie spał zwinięty w kłębek Rafał. Jego okryte kocem, masywne plecy poruszały się pod wpływem równomiernego oddechu, zdradzając głęboki sen w jaki zapadł Rzepa. Teodor podniósł się powoli do siadu, a odgłosy kłótni dziewczyn wcale nie ustawały. Gdy na krześle nieopodal dostrzegł swoją kurtkę, najciszej jak potrafił, wstał z kanapy i dopadł do niej. Z ulgą odkrył, że w kieszeni wciąż znajdował się jego portfel i komórka – byłoby naprawdę słabo, gdyby je zgubił.
Odblokował telefon, a kiedy popatrzył na godzinę, przeklął w myślach i dopiero po chwili popatrzył na szarzejące za oknem niebo. Jak to możliwe, że spędził u Rzepy prawie cały dzień? Wciąż słyszał złośliwy śmiech jego nastoletniej wersji i wciąż odczuwał tamto upokorzenie, o którym postanowił przypomnieć mu mózg podczas kacowej drzemki. Dlaczego więc po tym wszystkim, co przeszedł w gimnazjum, siedział teraz, jakby nigdy nic, u swojego największego koszmaru?
Drgnął nerwowo, kiedy usłyszał za plecami ruch. Obejrzał się przez ramię na wciąż śpiącego Rafała, teraz leżącego na plecach. Popatrzył na spokojny wyraz twarzy mężczyzny, nijak nie pasujący do wykrzywionego, złośliwego grymasu, którego zobaczył we śnie. Przełknął ślinę, zastanawiając się szybko, co powinien teraz zrobić. Najchętniej opuściłby to mieszkanie najszybciej jak to tylko możliwe, a skoro kaca już prawie zażegnał, doszedł do wniosku, że to naprawdę świetny pomysł. Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu swoich butów. Na twarz wpłynął mu zwycięski uśmiech, kiedy dostrzegł je po biurkiem – teraz tylko ubrać się i niepostrzeżenie wymknąć spod Rafałowego nosa. Jego wewnętrzny triumf rósł wraz z każdym kolejnym krokiem zbliżającym go do wyjścia. Jeden but na stopie – jest. Drugi – prawie, jeszcze tylko zawiązać, później zarzucić na siebie kurtkę i zwiać.
Niestety, kiedy wstawał z podłogi nie wymierzył odpowiedniej odległości pleców od biurka. Wbił boleśnie lędźwie w jego kant, a cała misternie ułożona kupa przedmiotów piętrząca się na blacie, zachwiała się niebezpiecznie. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić, talerz po kanapkach, jakie Rafał zrobił im rano i sam je w ostateczności zjadł, zsunął się, żeby z hukiem wylądować na podłodze.
Rafał podskoczył na łóżku jak oparzony, brutalnie wyrwany ze swojego – również kacowego – snu. Rozejrzał się dookoła, zupełnie jakby ktoś wydarł mu się do ucha, że za chwilę wyimaginowany samochód roztrzaska się o drzewo. Zdezorientowane i przerażone spojrzenie przesuwało się po pokoju, wreszcie wyłapując źródło zamieszania, które w tamtej chwili właśnie posyłało sobie w myślach całą wiązankę przekleństw.
– Teo?
– Um, sorry. Nie chciałem c-cię obudzić – burknął, na domiar złego jeszcze się zająkując.
Małe oczka popatrzyły na talerz, później na biurko, aż wreszcie znowu na Teodora.
– Chyba powinienem wreszcie ogarnąć ten burdel – stwierdził, drapiąc się nerwowo w kark.
– Chyba tak. – Pokiwał głową. – W sumie to ja już chciałem iść – dodał jeszcze, nie chcąc się wycofywać ze swojego planu. Nie po to go przecież układał, żeby przez jakiś cholerny talerz utkwić w tym mieszkaniu na dobre.
– Która godzina? – zapytał jeszcze Rafał i ziewnął rozdarcie, czego Teodor już jednak nie widział. Zaczął zakładać kurtkę i już prawie, naprawdę prawie był przy drzwiach, kiedy Rafał sięgnął po telefon, sprawdził godzinę, a później powiedział: – Szesnasta. To w sumie mogę cię odwieźć. Daj mi moment.
– Nie, nie trzeba – rzucił zaraz Teodor, chyba zbyt raptownie i nerwowo, bo Rafał popatrzył na niego ze zdziwieniem. – Spoko, ogarnę sobie dojazd – dodał już spokojniej.
– I tak muszę kupić na mieście jakieś żarcie, żeby z głodu nie zdechnąć, więc spoko. Gdzie mieszkasz? – zapytał, wstając, żeby zaraz naciągnąć na siebie spodnie. Dopiero teraz Teodor zorientował się, że przez ten cały czas Rafał spał tuż obok jedynie w koszulce i slipach. Nie, żeby to na niego w jakikolwiek sposób oczywiście działało, po prostu... no, dziwnie tak leżeć w jednym łóżku ze swoim na wpół rozebranym gimnazjalnym koszmarem, co nie?
– Serio, sam dojadę – powiedział już pewniejszym i bardziej poirytowanym głosem.
– Głupio mi za to wszystko.
Teodor aż musiał zamrugać. Wpatrzył się w Rafała szybko zakładającego na siebie ubrania, jakby spieszącego się tylko dlatego, aby Teodor nie zdążył mu uciec.
– Spoko, wczoraj to sam w siebie alkohol wlewałem. Tym razem to akurat nie twoja wina – odparował Teodor wyniośle, zupełnie jak nie on. Sam jednak nie wiedział dlaczego, ale miał wrażenie, że w jakiś sposób role tym razem się odwróciły.
– Nie mówię o tym. – Rafał złapał za kurtkę, a Teodor zrozumiał, że nie powinien wdawać się w żadne dyskusje, bo właśnie wydał na siebie wyrok. – Okej, lecimy?
Kamiński zmierzył Rzepę uważnym, oceniającym spojrzeniem, szybko zmieniając decyzję i nastawienie, co do bycia odwożonym. Bo właściwie to dlaczego niby miałby cisnąć się teraz tramwajami?
– Niech będzie – powiedział, jakby to on wyświadczał Rafałowi przysługę. – Mieszkam niedaleko Matecznego.
– O, tam jest McDonald, nie? – zapytał Rzepa i błysnął w uśmiechu swoimi dość małymi, nieco krzywymi zębami. – Wrona tam pracował?
– Tak. Tam go spotkałem. – Otworzył drzwi i wyszedł do przedpokoju, czekając aż Rafał jeszcze weźmie klucze.
– W sumie niezły zbieg okoliczności, co nie? – Rzepa zaśmiał się, chyba próbując rozładować atmosferę. Wyszedł za Teodorem do przedpokoju, w którym jeszcze nasunął na stopy buty. – Wszystkie drogi dzisiejszego świata prowadzą do McDonalda – powiedział niczym myśliciel XXI wieku, a Teodor chociaż chciał, nie potrafił się nie roześmiać. Oczywiście stłumił ten odruch, przez co wyglądał jakby się dławił, ale wszystko lepsze niż otwarte śmianie się z żartów Rzepy.
– Coś w tym musi być – stwierdził jeszcze niby obojętnie, ale w myślach przyznał Rafałowi rację. Gdyby nie McDonald, Andrzej i Rafał prawdopodobnie zostaliby jedynie wspomnieniem z gimnazjum.
– W sumie, co powiesz na to, żeby zjeść obiad w Macu? – zapytał Rafał, kiedy już wyszli na klatkę schodową. – Zdycham z głodu. No i co jest lepszego na kaca, niż fryteczki? – Znów jego kwadratowa twarz pojaśniała o uśmiech, a Teodor aż na moment stracił swój rezon. Dałby sobie rękę uciąć, że piętnastoletni Rzepa nigdy nie uśmiechał się w ten sposób... Jak już to na jego ustach pojawiał się obrzydliwy, złośliwy grymas, niemający nic wspólnego z tym, co teraz gościło na jego twarzy.

– Okej – odpowiedział nim w ogóle zdążył pomyśleć.  

18 komentarzy:

  1. Może dorobimy się trójkąta :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O niee, żadnego trójkąta! Ja chcę widzieć Andrzeja i Teo razem. (:

    OdpowiedzUsuń
  3. W poprzednim rozdziale Rafał określił siebie jako ,mały skurwysyn, i ja się pod tym podpisuje. To, jak zachowywał się w stosunku do Teo za czasów gimnazjum budzi zastanowienie. Co nim wtedy kierowało? W jego życiu musiało dziać się wtedy coś naprawdę niedobrego.
    A jeśli chodzi o Andrzeja. Działaj chłopie, bo zanim się obejrzysz Rafal sprzątanie ci Teo sprzed nosa. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli tylko ja kibicuje Rafałowi? :D
    Ale fakt, gimnazjalny Rafał był po prostu (delikatnie mówiąc) świnią i prostakiem. Nadal czekam na jego historię :D
    Teraz nie mogę się przekonać do wizji Andrzeja i Teo, jakoś tak już się nastawiłam na Rafała. Ale twoje teksty zawsze mi się podobały i nie ważne co napiszesz i tak będę zachwycona :) A może poważnie zaskoczysz nas trójkątem? :D :D
    Mam jedno zastrzeżenie. Za krótko! Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział.
    Dużo weny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Rafał i Teo, no, no <3 Muszę przyznać, że po tym rozdziale pomysł ten podoba mi się coraz bardziej. Super!

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmm ciekawa jestem co to z tego wszystkiego wyniknie :D
    Bardzo lubię te powroty do przeszłości, bo nakreślają całą historię.
    Intrygująca postać Rafała, ze skomplikowaną przeszłością.
    Bardzo lubię to opowiadanie :DDDD Czyta się je z jakąś taką wyjątkową łatwością i z ogromną chęcią.

    Pozdrawiam ciepło,
    Elda


    OdpowiedzUsuń
  7. – Już spadasz? – zapytał zaskoczony już od progu. Patrzył przez chwilę na Wrońskiego, a dopiero później jego małe oczka odnalazły wiąż siedzącego na łóżku Teodora. - zamiast "wiąż" powinno być "wciąż" i gdzieś jeszcze widziałem powtórzone niepotrzebnie "z", ale teraz nie potrafię wskazać gdzie.
    Nie widzę jak inni figur geometrycznych, wyjdzie z tego parka (chyba).
    Zastanawia mnie jak długo Teo będzie "uciekał". Kiedy zdobędzie się na szczerą rozmowę z Andrzejem. W relacji z Rafałem też okazuje się dupowaty, ale Rafał postawi sprawę jasno, jak na wredotę (z czasów młodości) przystało.
    Mam wrażenie, że Andrzej koniecznie chce wyswatać Teodora z Rafałem.
    Świetnie się czyta.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej :D. Śmieje się właśnie bo wrocilam do początku opowiadania, gdzie bylo napisane, że beda 3rozdziały. My, czytający, tylko sie cieszyc możemy, że po 6stym mam wrażenie, że akcja nie przekroczyła połowy :p (mam nadzieje). Ja kibicuję Rzepie. Polubilam go i powoli wychodzi, ze mial powazne problemy, chce sie dowiedziec o co chodzi, czym twoja wyobraznia go skatowala :pp. Intrygujaco się to rozwija :). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Totalnie jestem TeamRafał. Taki duży miś z niego (+ kiepskie dzieciństwo, a to zawsze jakoś wzbudza we mnie sympatię do postaci).

    OdpowiedzUsuń
  10. Ostatnimi czasy dużo czytam. I to głównie opowiadań z 'internetów'.
    Udało mi się przebić przez Americane. Ze 4 razy. Teraz czytam już tylko te wybrane fragmenty (tak, z beezara też kupiłam).
    A pomyśleć, że kiedyś mi to nie pasowało...
    No ale wracając do samego opowiadania 'I tak wszyscy wylądujemy w Mc' - nie wiem czemu po tym rozdziale mam czegoś niedosyt. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie ma tak, że akcja idzie wartko, jest szał ciał i w ogóle musi być trochę stagnacji, no aleeee mimo wszystko czegoś mi brakuje. I w sumie nie wiem czy RafałxTeo to dobrze czy źle. W sumie i Andrzej do niego pasuje i Rafał. Co nie zmienia faktu, że trójkąta bym nie chciała - Andrzej wybitnie mi nie pasuje do Rafała :D
    A no i chciałam się pochwalić - też piszę. Głównie dlatego, żeby się odstresować po pracy, co nie zmienia faktu, że 'wróciłam' na stare śmieci.
    A tak właściwie kiedy można liczyć na Gówniarza? Jestem niezmiernie ciekawa czy mamusia zostanie z Maciejem w mieszkaniu, czy może ten ją wyeksmituje i zostaną z Filipem :)
    Miłego!

    OdpowiedzUsuń
  11. To się nazywa przebudzenie smoka :3
    Biedny Teo, musiał być zażenowany. :)

    Szkoda, że Andrzej nie załapał, że jednak Teoś pamiętał, co się wczoraj wydarzyło. ;)

    „W kuchni. Robi śniadanie jak na dobrą żonkę przystało” - żonka <3

    Biedny Teo, próbował się wykręcić, żeby tylko nie zostać z Rafałem sam na sam. :D

    „przez co jego zazwyczaj wklęsłe policzki teraz przypomniały napchany chomiczy pysk.” - czyli Andrzej jest typem: jem wszystko jak leci i jestem chudy? :/ to niesprawiedliwe :(

    Teooooo, no weź, Rafał taki dobry, a ty nie korzystasz :D „a później w wyniku zbyt intensywnego bujana na boki, zwymiotuje jakiejś pani na kolana” <3 <3 <3

    Koperkowa herbatka jest boska, sama byłam w szoku, że aż tak :d

    „Ślady zbrodni należy przecież zatrzeć” - herbaciany zbrodniarz <3

    Cholera, Rafał, który wpatruje się w oczy Teo <3

    Wielbię te wspomnienia. Nie do wiary, że Teo kiedyś przywalił Rafałowi! :) Ale końcówka rozwaliła – zapłakany Teo wpada do Andrzeja (Andrzej w przymałej piżamie, ja pitolę <3)

    „Niestety, kiedy wstawał z podłogi nie wymierzył odpowiedniej odległości pleców od biurka. Wbił boleśnie lędźwie w jego kant” - BOLEŚNIE W JEGO KANT :( skąd ja to znam. Boże, TO BOLI :D

    Wiem, że jestem optymistką i idealistką, ale może chłopcy w końcu znajdą wspólny, hm, język? :)

    Rozdział cudny.

    OdpowiedzUsuń
  12. przeczytałam wszystko co było do poczytania :))i czekam na ciag dalszy,pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
  13. AAAAGR nie mogę rozgryźć Rafała!

    OdpowiedzUsuń
  14. Kurde, przepraszam, że tu piszę, ale Dream, czy posiadasz jakiś kontakt do Ski z justskistories? Baaaaaaaardzo proszę o odpowiedz.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  15. Kiedy kolejny rozdział? Nie mogę się już doczekać

    OdpowiedzUsuń
  16. Piszę, żeby poinformować, że żyję i mam się dobrze, chociaż przez ostatnie tygodnie tak dobrze wcale nie było. ;) Dajcie mi jeszcze chwilę, a zrekompensuję Wam czekanie długością kolejnego rozdziału Gówniarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, co mnie akurat w tym momencie przyciągnęło na twój blog, ale cieszę się, że napisałaś ten komentarz. Trzymaj się Dream i bez presji, co nie :)

      Usuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.