środa, 6 lipca 2016

Rozdział 2. (Gówniarz)

Sprawdzała Ekucbbw. 

Hulk, zapędy stalkera i prawa korporacji

Maciej lubił swoją pracę, może właśnie dlatego nigdy nie miał problemów z porannym wstawaniem, a wizja spędzenia w biurze kilkunastu godzin wcale mu nie przeszkadzała. Zawsze chciał się rozwijać i zapewne właśnie to było powodem, dzięki któremu nie krzywił się na myśl o poniedziałku. Nie przeszkadzały mu nawet poranne korki, przez które zawsze musiał wychodzić z mieszkania pół godziny wcześniej, żeby się nie spóźnić.
Pod wysoki, oszklony budynek firmy przyjechał tak jak zawsze, dziesięć minut przed dziewiątą. Zaparkował na swoim miejscu, które przysługiwało mu jako dyrektorowi działu graficznego i nim wysiadł, złapał jeszcze za swoją skórzaną, czarną aktówkę. Lekkim krokiem ruszył w kierunku wejścia do budynku, mijając po drodze całą masę ludzi. Agencja reklamowa Leptiz, w której pracował już naprawdę bardzo długo, znajdowała się w ścisłym centrum miasta. I na dłuższą metę tylko to mogło go irytować. Nie przeszkadzały mu nawet wścibskie recepcjonistki, durny, gruby ochroniarz, pan Jacek, czy chociażby naprawdę nierozgarnięci stażyści, jakich mu w tym miesiącu przydzielono do działu.
       Gdy znalazł się tuż pod dwuskrzydłowymi, automatycznie otwieranymi drzwiami prowadzącymi do recepcji, poczuł czyjś uścisk na ramieniu. Zmarszczył brwi i obrócił się, dostrzegając niską postać.
– Szczęść Boże – przywitała się zgarbiona, stara kobieta, opatulona chustą, mimo że na zewnątrz panowało jakieś dwadzieścia pięć stopni.
– Nie mam drobnych – powiedział od razu Maciej, chcąc jak najszybciej spławić żebrzącą cygankę. W tej części miasta było ich pełno, oferowały swoje wątpliwe usługi wróżbiarskie za drobną opłatą, naciągając naiwnych przechodniów. Wyszyński nigdy nie dawał się takim zagadać i teraz też miał zamiar odejść. W końcu i tak został już okradziony, nie miał zamiaru paść teraz ofiarą jakiejś starej cyganki. Odwrócił się i już chciał wejść do budynku, kiedy za swoimi plecami usłyszał:
– Masz smutne życie. Ale gdy już pomyślisz, że to się nigdy nie zmieni, nie martw się. On wróci – powiedziała skrzekliwym głosem, a Maciej aż się zatrzymał w półkroku. Rzucił jej zdziwione spojrzenie przez ramię, by zaraz pokręcić głową, przekląć w myślach kobietę i zniknąć za drzwiami firmy.
Już od progu powitał go szeroki uśmiech Moniki, drobnej, dwudziestoparoletniej blondynki. Odkąd rozpoczęła swoją pracę w Leptiz, nie dawała mu spokoju. Wyszyński wiedział jednak, że po części sam był sobie winny, bo rok temu zaprosił ją na wesele swojego kuzyna. W końcu wypadało wziąć ze sobą jakąś partnerkę, skoro dostał podwójne zaproszenie. Zresztą, mama wydawała się wtedy zachwycona, od razu polubiła Monikę i zaczęła snuć swoje daleko idące marzenia o wnukach. Najwidoczniej dwa potwory, jakie sprawiła jej Daria, siostra Macieja, wcale jej nie zadowalały. Nawet to trzecie, które było w drodze, nie potrafiło wybić z jej głowy myśli o dzieciach ze strony syna.
– Witaj. Jak dzień? – zapytała Monika, odbierając od niego identyfikator i wczytując kod.
– Dobrze – odparł krótko, nie paląc się do żadnych rozmów z dziewczyną. Chciał jak najszybciej zabrać się do roboty, nie miał dzisiaj najmniejszej ochoty na flirty.
– W takim razie miłej pracy – pożyczyła mu kobieta, wbijając w niego swoje małe, ale mocno obrysowane kredką oczy. Maciej odpowiedział jej tylko niezbyt wylewnym uśmiechem, odebrał identyfikator i przeszedł przez bramki, kierując się do windy. Dopiero, kiedy znalazł się w niej z jakimś młodym, wystraszonym chłopakiem przyciskającym białą teczkę do piersi, poczuł ulgę. Nie lubił kobiet, co, jak zdawał sobie sprawę, było głównie winą mamy. I Łukasza, pomyślał z krzywym uśmiechem, odwracając wzrok na swoje odbicie w nieskazitelnie czystym lustrze.
Nie był żadnym narcyzem, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego atrakcyjnego wyglądu. Był wysoki i wysportowany, bo dość często odwiedzał siłownię, no i oczywiście świetnie ubrany. Zawsze stawiał na ciuchy z najlepszych półek, nigdy nie żałował sobie pieniędzy na dobre jakościowo koszule, buty czy marynarki. Kierował się w życiu zasadą, że najwięcej o człowieku mówiła jego aparycja. Nie szczędził więc sobie nie tylko ubrań, ale również kosmetyków, by jak najdłużej zachować swój młody wygląd. Miał na tym punkcie prawdziwą obsesję, a przybywające mu lata w niczym nie pomagały.
Winda zatrzymała się. Wystraszony, na oko dwudziestokilkuletni chłopak, zapewne jeszcze wciąż studiujący, wysiadł z kabiny. Drzwi zamknęły się za stażystą, a Maciej mógł już na piąte piętro dojechać w upragnionej samotności.

***

Spojrzał w wielkie, niebieskie oczy, a te oczy popatrzyły na niego. Przycisnął małe ciałko bardziej do siebie, na co ono odpowiedziało przeciągłym piskiem radości.
I już po chwili Filip pożałował swojej dobroci.
– Au! – syknął, gdy drobna rączka złapała za jego włosy i pociągnęła w swoją stronę. – Ja pier...!
– Nie klnij! – Usłyszał i już po chwili został wyswobodzony z pułapki, a mały potwór, który jeszcze chwilę wydawał mu się całkiem przyjemnym dwulatkiem, został zabrany z jego ramion. – Mówiłam ci, żadnych przekleństw przy Romku!
– On zrobił to specjalnie! – prychnął tonem dziecka. Maja aż obejrzała się na niego i nagle roześmiała się głośno.
– Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, że jesteś od niego starszy – powiedziała z rozbawieniem i włożyła syna do niebieskiego kojca.
– Urodziłaś potwora, nie ma się z czego cieszyć – burknął z oburzeniem i usiadł na skórzanej kanapie, rozglądając się po świeżo wyremontowanym salonie. – Jak znajdziesz namiary takiej szychy jak Hubert, to daj znać. Dobrze jednak, żeby lubiła fiuty – powiedział bez żadnego skrępowania, a w odpowiedzi w jego stronę poszybowała żółta maskotka.
– Udawaj chociaż grzecznego i dobrze wychowanego, co? – syknęła, na co Filip tylko się uśmiechnął i złapał za misia, którego odrzucił w kierunku siostry. Maja była starsza od niego o pięć lat, odkąd pamiętał dziewczyna się nim zajmowała, bo mamy przez całe dnie prawie nie widywał. Nic zresztą dziwnego, kobieta musiała wychować szóstkę dzieci sama. Nigdy jej nie miał za złe, że nie miała dla nich czasu, robiła co mogła, żeby zapewnić im godne życie. Pracowała na dwie zmiany, wychodziła wczesnym rankiem, a gdy wracała, to wszyscy w mieszkaniu już spali. Na barki najstarszej Mai spadła opieka nad całym rodzeństwem. Dziewczyna była Filipowi najbliższą osobą. Zawdzięczał jej naprawdę wiele, zawsze znajdował w niej oparcie, co zresztą działało w obie strony. Nigdy jednak nie wyzbyli się swoich mało dojrzałych odzywek względem siebie. W takich momentach znowu czuł się jak dzieciak z podstawówki... a nigdy nie był zbyt miłym dzieciakiem z podstawówki.
– Kiedy wraca Hubert? – zapytał Filip, sięgając po szklankę z sokiem. Maja odwróciła się do niego przodem i zaczęła sprzątać rozrzucone na podłodze zabawki.
– Jakoś za dwie godziny – odpowiedziała. – Ale nie musisz uciekać przecież – dodała tym swoim karcącym tonem. Uśmiechnął się pod nosem na myśl, że Maja naprawdę traktowała go jak dzieciaka, mimo że przecież swoją osiemnastkę miał już za sobą.
Kilka lat temu jego siostrze udało się wyrwać z ich małego, bardzo przeludnionego mieszkania. No i trafiła tutaj, do tego całkiem ładnego apartamentu. Jej mąż, Hubert, świetnie zarabiał w jakiejś firmie jako informatyk. Filip jednak nie znał szczegółów jego pracy, nie interesował się tym. Najważniejsze, że Maja była szczęśliwa. Tego obesrańca, który teraz mamrotał coś w swoim kojcu, Filip też mógł przeżyć. Właściwie to nawet nie był do dziecka aż tak negatywnie nastawiony, jak starał się za każdym razem pokazywać. W końcu rozczulanie się nad jakimś smarkaczem raczej nie pasowało do jego ciągle pielęgnowanej postawy człowieka mającego cały świat gdzieś. I nigdy nie powiedziałby tego na głos, prędzej połknąłby swój język, przetrawił i zakopał gdzieś na końcu świata, ale pokochał Romka już wtedy, gdy Maja po raz pierwszy podała mu małe zawiniątko. Wtedy bał się je nawet objąć, miał wrażenie, że wystarczy mocniej ścisnąć, żeby zrobić chłopcu jakąś krzywdę... Wystarczyło tylko, że Romek nauczył się pełzać po podłodze, a podejście Filipa do tych spraw diametralnie się zmieniło. Dzieciak był niezniszczalny, Wilczyński by nie zliczył, ile razy pieprznął gdzieś głową i nawet się przez to nie rozpłakał. Szybko więc Filip doszedł do wniosku, że jego siostrzeniec był małym mutantem. Tylko czekać, aż zaraz zmieni kolor na zielony i zacznie się nazywać Hulk.
– Niee – przeciągnął samogłoskę. – Z Pacułą się umówiłem, wkurwi się, jak się spóźnię – wyjaśnił, dopijając soku. Nawet nie musiał patrzeć na Maję, by wyczuć, że to, co powiedział wcale jej nie ucieszyło.
– Fifi, mówiłam ci już coś o tym facecie... – zaczęła, na co on przewrócił oczami. Kochał tę kobietę, naprawdę. Zrobiłby dla niej wszystko, ale najbardziej na świecie nienawidził, gdy ktoś wpychał swój nos w nieswoje sprawy. A mimo że Maja miała całkiem mały i zgrabny nosek, to i tak wtykała go w każdy aspekt życia swojego brata. Czasem naprawdę miał jej już dość, ale zbyt długo musiał znosić jej wścibstwo (całe dziewiętnaście lat), by nie nauczyć się z nim żyć.
– Ja też już ci coś mówiłem – mruknął, wstając. – Będę się zmywać. Zerknij na Hulka, bo coś tu śmierdzi – rzucił z rozbawieniem, a gdy Maja jęknęła ciężko i sapnęła pod nosem: „co ty jesz, że tyle srasz?”, on zarechotał złośliwie. – Nie klnij przy dziecku – upomniał ją jej własnymi słowami i z zadowoleniem wyszedł do przedpokoju.
Kiedy zakładał swoje trochę znoszone trampki, nie odmówił sobie możliwości ponownego rozejrzenia się po przestronnym pomieszczeniu. Wszystko tu lśniło nowością – jasne, kafelkowane podłogi, ogromne lustra zawieszone na jednej ze ścian (na których już odbijały się dziecięce palce), wysokie sufity i te okropne, czarno-białe obrazy Huberta, który po pracy realizował się jako koneser sztuk nowoczesnych. Filip nie czuł żadnej zawiści do Mai, cieszył się jej szczęściem i tym, że miesiąc temu wprowadziła się do tego nowego, cholernie drogiego apartamentu. Ale skoro jej męża było na to stać i dzięki temu Maja nie musiała się już niczym martwić, mógł odetchnąć z ulgą. Skrycie wierzył, że gdzieś tam na niego też czekał bogaty, zakochany po uszy biznesmen, który zapewni mu życie jak w Madrycie. Wilku nie wyobrażał sobie ciężkiej pracy; lubił, gdy wszystko przychodziło mu z łatwością. Właśnie dlatego wciąż jeszcze trwał przy boku Pacuły.
Błażej może nie wyglądał na człowieka ogarniętego życiowo, ale zawsze potrafił skombinować hajs. A to dla Filipa było jego największym atutem. Wilczyński dość łatwo się sprzedawał, wystarczyło tylko, żeby jego partner potrafił sobie poradzić w życiu. A Pacuła z pewnością potrafił. Może i jego praca wchodziła w konflikt z prawem, w końcu pośredniczenie w sprzedaży maryśki, dopalaczy i jeszcze jakichś innych proszków czy tabsów, w CV raczej wpisać sobie nie mógł, ważne jednak, że zarabiał. I to momentami dość sporo. Często też ogarniał jakąś robotę dla Filipa, dzięki czemu całkiem dobrze im się razem egzystowało.
Ruszył wąskim, wciąż pachnącym nowością korytarzem, przeglądając SMS-y, jakie dostał od swojego kochanka. Mieli się spotkać już pół godziny temu, ale Wilczyński jak zwykle zatracił całe poczucie czasu. Błażej pewnie był już dość wkurwiony, jednak na szczęście Filip wiedział, w jaki sposób powinien obchodzić się z tym trudnym facetem. Wystarczy, że się do niego uśmiechnie przepraszająco, a później zaciągnie do łóżka, i Pacuła udobruchany.
W pewnym momencie po klatce schodowej rozniosły się odgłosy kroków i rozmowy. Wilku za pewne nigdy by się nimi nie przejął, ba, nawet nie oderwałby wzroku od telefonu, żeby spojrzeć, kto taki właśnie wychodził z apartamentu po drugiej stronie korytarza, gdyby nie głos. Aż się zatrzymał, doskonale znając już ten mocny, dźwięczny ton.
– To spotkamy się jeszcze w tym tygodniu? – zapytał jakiś niski, szczupły i bardzo młody chłopaczek. Na twarzy Filipa mimowolnie wykwitł drwiący uśmieszek.
– Nie wiem, czy znajdę czas – odpowiedział mu starszy o ponad dziesięć lat mężczyzna i objął go luźno ramieniem w pasie. – Odezwę się do ciebie, młody – dodał, mrugając do zapatrzonego w niego dzieciaka. Co za błazenada, pomyślał z rozbawieniem Wilku, obserwując parę z rosnącym zaciekawieniem. Ten Wyszyński to całkiem niezłe ziółko. Musiał mieć jakiś ogromny kompleks wieku, bo co go Filip nie widział, wciąż podbijał do jakichś dużo młodszych, niedoświadczonych dzieciaków. Albo po prostu na stare lata obudził się w nim instynkt ojcowski i jakoś musiał się spełnić w roli tatuśka.
Para podeszła do windy, nie zauważając stojącego nieopodal Wilczyńskiego, który świetnie się bawił, obserwując ich. Wreszcie, gdy kabina nadjechała i drzwi zaczęły się powoli otwierać, Filip nie mógł sobie pozwolić, by wciąż pozostać w ukryciu. Cała ta sytuacja wydawała mu się przeokropnie zabawna. Bo w końcu nie dość, że już od dawna obserwował Macieja w klubach, później natrafiła mu się okazja, żeby go okraść, to jeszcze teraz dowiadywał się, że mężczyzna mieszkał w tym samym apartamentowcu, co jego siostra.
Wyszyński i jego młody kochanek wsiedli do windy, rozmawiając przy tym o czymś związanym z seksem, na co Filipowi momentalnie zrobiło się niedobrze. Raczej nie czerpał przyjemności ze słuchania, w jakiej pozycji Maciej następnym razem weźmie tego dzieciaka. Nie mógł jednak odmówić sobie odrobiny rozrywki i spojrzenia w pełną zdziwienia, a może nawet złości twarz Macieja.
Mężczyzna był przystojny, prawdziwe gejowskie bożyszcze miasta. Nie dość, że bogaty, to jeszcze ze świetną aparycją. Wyszyński przyciągał spojrzenia, więc nic dziwnego, że jakiś miesiąc temu, podczas jednej z wizyt Filipa w Heaven, przyciągnął też jego uwagę. Wilku jednak nie miał w zwyczaju tak podchodzić i podrywać, lubił najpierw poobserwować swoją ofiarę. A Macieja naprawdę dobrze się obserwowało, w szczególności, kiedy przygotowywał się do natarcia. Filip tak długo śledził już Wyszyńskiego, że nawet rozpracował jego metodę podrywu. Najpierw przychodził do klubu, obczajał ludzi, stojąc przy barze i wypijając pierwsze dwa albo trzy drinki, a później dopiero ruszał. Te jego amory zazwyczaj kończyły się sukcesem, rzadko kiedy wracał sam do domu. Często lądował też w darkroomach... Filip raz mu nawet w takiej eskapadzie towarzyszył, obserwował mężczyznę w akcji z boku, nie ujawniając przy tym swojej obecności. I musiał przyznać: Maciej nie tylko był dobry w gadce, ale pieprzyć najwidoczniej też umiał
Tak, chyba można było już powiedzieć, że Wyszyński dorobił się swojego skrytego wielbiciela, fana, a może nawet prześladowcę w jednym. Filip nie wiedział, dlaczego przyglądanie się temu mężczyźnie już od kilku tygodni przynosiło mu taką frajdę. Nigdy przecież nie miał zapędów stalkerskich, a odkąd pierwszy raz spotkał Macieja, tak każdy piątek i sobotę spędzał w tych samych klubach co on.
W miniony weekend trochę za dużo wypił, dodatkowo był cały nabuzowany po stoczonej bójce. Nawet się więc nie zastanawiał, kiedy podchodził do Macieja i prosił go o papierosa. Ukradzenie mu telefonu też przyszło nagle i bez większego przemyślenia. Jego ciało zadziałało samo. Gdy znaleźli się blisko siebie, tak po prostu sięgnął mu do kieszeni.
Ale chyba nie żałował. Maciej przez tę krótką rozmowę wydał mu się jeszcze bardziej ciekawy. Aż miał ochotę się do niego zbliżyć i poznać, co takiego kluło się w tej trzydziestoletniej głowie i dlaczego Wyszyński miał takie parcie na młode dupy. Raczej jednak nie miał zamiaru zostawać jedną z nich, zdążył się już przekonać, że Maciej szybko się nudził. Zmieniał swoich partnerów jak rękawiczki i co chwilę szukał kogoś nowego. A on nie był zabawką na raz, on był ekskluzywną zabawką, za którą powinno się tęsknić już po chwili rozłąki. Takie więc obserwowanie Macieja, może nawet prześladowanie go, na razie powinno mu wystarczyć. A później kto wie, może Wyszyński zatęskni za zabawką?
Dostrzegł, że drzwi zamykają się z mozołem. Szybkim, ale dość lekkim krokiem podszedł do windy i stanął przed nią, uśmiechając się szeroko do Macieja, który zdziwiony spojrzał w jego stronę. Te kręcone, ciemne włosy, zadarty nos i pełne wargi rozpoznałby chyba wszędzie.
Filip z zadowoleniem patrzył na zszokowany, dość głupi (w tamtym momencie Wyszyński z pewnością nie wyglądał jak pewny siebie, pełen klasy facet, którym na co dzień próbował być) wyraz twarzy, aż wreszcie drzwi się domknęły. Winda pojechała w dół.

***


Filip Wilku...

Brak wyników.

Filip Wilkowski...

Brak wyników.
Zmarszczył brwi. Cholera, jak ten szczyl mógł się nazywać? Od czego mogło brać się zdrobnienie „Wilku”? Maciej aż sapnął ze zdenerwowaniem i zamknął pokrywę laptopa, by zaraz przenieść swoje spojrzenie na okno, za którym rozpościerał się piękny widok na nocną panoramę miasta. Wstał powoli z biurowego fotela i podszedł do szyby z założonymi z tyłu rękami. Ten szczyl go prześladował i to nie tylko chodziło tu o prześladowanie w myślach. Miał wrażenie, że dzieciak naprawdę go śledził. Bo co niby innego robiłby w jego apartamentowcu? Przecież to jasne, że tam nie mieszkał.
Powinien zacząć się obawiać? Może szczyl coś planował? Będzie musiał podejść do ochrony budynku, żeby im o tym powiedzieć. Wątpił jednak, że te stare, grube dziady, całymi dniami wpieprzające chipsy i popijające je energetykami, cokolwiek zrobią. Nie miał pojęcia, na jakiej zasadzie firmy ochroniarskie rekrutowały swoich pracowników, ale jedno było pewne – miały okropnie niskie wymogi.
Zerknął na zegarek, jaki zawsze nosił na lewym nadgarstku. Drogi, czarny Breitling idealnie prezentował się na jego ręce. Wydał na niego kupę kasy, właściwie to dwie swoje wypłaty, ale zawsze uważał, że jak kupować, to tylko coś porządnego i drogiego. Uwielbiał otaczać się luksusem i nigdy nawet się z tym nie krył. Już jako dziecko przyzwyczajony był do wyższego standardu życia.
Odczytał godzinę – za dziesięć ósma. Chyba najwyższa pora, żeby zaczął się zbierać do domu. W końcu ile mógł siedzieć w pracy i zastanawiać się, w jaki sposób ten dzieciak go znalazł? Nie, żeby się gówniarza obawiał. Filip nie wyglądał na silnego przeciwnika; butnego i pełnego zaparcia owszem, ale nie mógł mieć zbyt wiele siły w tych swoich cherlawych grabach. Gorzej, jeżeli wziąłby ze sobą kolegów. Maciej naprawdę nie miał ochoty na potyczki z jakimiś łebkami z patologii, ale też nie widziała mu się wizja zostania okradzionym.
Nie myśląc już więcej o tej sprawie (w końcu przez cały dzień nie dawało mu to spokoju), złapał za swoją marynarkę, zamknął skórzaną teczkę, do której wcześniej wcisnął swojego MacBooka, i ruszył do wyjścia ze swojego małego – ale przynajmniej własnego – gabinetu. Od razu skierował swoje kroki do windy.
Korytarze agencji o tej porze wydawały się przerażająco puste, ciche i ciemne. Gdzieniegdzie padała tylko stróżka światła podpowiadająca mu, że w budynku wciąż znajdowali się ludzie, prawdopodobnie na niższym szczeblu drabiny korporacyjnej niż on. Czasem im współczuł, to na nich szefowie zawsze zwalali całą swoją robotę, zmuszając ich do siedzenia po nocach i dokańczania czyjejś pracy. Zaraz sobie jednak przypominał, że jeszcze dziesięć lat temu sam znajdował się w podobnym położeniu. Na wszystko, co teraz miał, musiał zapracować; też siedział po nocach i odwalał robotę, która pierwotnie nawet nie należała do zakresu jego obowiązków. Korporacje rządziły się specyficznymi prawami i albo potrafiło się do nich przystosować, potrafiąc jednocześnie obrócić te prawa na swoją korzyść, albo wypadało się z gry. Maciej zawsze widział to na zasadzie łańcucha pokarmowego, większa ryba zjadała mniejsze ryby, a na samym końcu znajdował się zawsze jakiś rekin, który połykał wszystko.
Zadziwiająco szybko złapał bakcyla rywalizacji, potrafił zaskarbić sobie sympatię osób, które znajdowały się kilka stopni wyżej od niego, imponował swoją pracowitością i chęcią do rozwoju. Nic więc dziwnego, że był teraz tu, na stanowisku dyrektora działu, zarabiając naprawdę dobre pieniądze, których już nawet nie miał na co wydawać. Żyjąc samemu, skupiając się jedynie na pracy, zawsze w pewnym momencie natrafi się na ten moment, w którym wszystko jest pozbawione sensu. Bo na co mu te pieniądze i praca? Samochód miał, świetne mieszkanie w centrum miasta również. Co więc mógłby robić ze swoimi oszczędnościami?
Oczywiście starał się nie roztrząsać tego w ten sposób, bo wtedy miał wrażenie, że jego proces starzenia zaczynał postępować coraz szybciej i szybciej. Wmawiał sobie, że celem jego życia było zajście jak najwyżej w tej wspomnianej wcześniej drabinie korporacyjnej. Był młody i miał jeszcze naprawdę sporo perspektyw przed sobą. Zresztą, Maciej nie wierzył, że znajdzie sobie kogoś, z kim będzie mógł dzielić się sukcesem. Maciej nie wierzył w miłość.
Albo raczej nie wierzył, że jeszcze kiedykolwiek się zakocha. Miłość w dzisiejszym świecie była przereklamowana, wypadała słabo na tle co sobotnich wypadów do klubów i zaciągania młodych, chętnych chłopaków na numerki.
Rzecz jasna zdarzało się, że taki chłopak lądował w łóżku Wyszyńskiego częściej niż raz. Dotąd najlepiej wspominał pewną zakochaną w nim po uszy, niedoszłą gwiazdę rocka. Aleksander Białecki (bo tak miał na imię jego jeden z najstarszych, ale wciąż ciekawych kochanków) był dość interesującą postacią. Barwną, z ostrym temperamentem, ale gdy już wpadł w sidła Macieja, zmiękł. Pech chciał, że tak szybko, jak się zakochał w Wyszyńskim, tak też odkochał. Maciej z chęcią pobawiłby się nim dłużej, jednak mimo wszystko nie widział sensu w zabieganiu o kogoś, komu już dawno się odwidział.
W ogóle nie przepadał za rozgrywaniem jakichś długich i męczących podchodów, lubił mieć wszystko podane na tacy. I zazwyczaj tak właśnie było. Mimo że granicę „wypadania z obiegu” w świecie gejowskim ustawiało się gdzieś w okolicach trzydziestu pięciu lat (więc teoretycznie pozostały mu jeszcze trzy lata), cieszył się naprawdę sporym powodzeniem. Robił dosłownie wszystko, żeby wyglądać jak marzenie każdego młodego pedała. Chodził regularnie na siłownię, do kosmetyczki na zabiegi odmładzające, ubierał się w najlepszych sklepach i zgodnie z panującą modą, nic więc dziwnego, że nie mógł narzekać na powodzenie. Jednak myśl, że kiedyś to się zmieni, że kiedyś znajdzie się za tą magiczną granicą, przerażała go.
Sama wizja starości była dla niego największym koszmarem. Kult młodości i ciała w dzisiejszej popkulturze był wszechobecny, nic więc dziwnego, że przedostał się również do gejowskiej społeczności i puścił w niej naprawdę głębokie korzenie. Kluby gayfriendly czy też te nastawione tylko na mniejszości seksualne wypełnione były po brzegi młodymi, dbającymi o siebie chłopakami. Starsi geje z góry zostawali skazani na ostracyzm. Dlatego właśnie dla wielu osób próba zachowania młodego wyglądu i niezdradzania się z wiekiem stała się priorytetem.
Wyszedł z budynku agencji, mijając po drodze przysypiającego w swoim kantorku ochroniarza, grubego pana Jacka, który swoimi żałosnymi, szowinistycznymi żarcikami sypał jak z rękawa. Czasem aż współczuł dziewczynom z recepcji, że musiały to znosić całymi dniami. I równocześnie podziwiał je za cierpliwość, bo wszystko przyjmowały z lekkim, może trochę zażenowanym uśmiechem.
Wsiadł do samochodu i dopiero wtedy odetchnął. Dzisiaj pozwoli sobie na lenistwo, zalegnie na kanapie z jakąś książką czy filmem i po prostu bezproduktywnie spędzi cały wieczór.
Wycofał pojazd z opustoszałego parkingu, wyjeżdżając na ulicę. Przetarł dłonią zmęczoną twarz, postanawiając, że jutro wyrwie się z pracy trochę wcześniej. Takie harowanie całymi dniami w robocie na dłuższą metę nie było dobre, od czasu do czasu musiał przecież odpocząć.
Skręcił w boczną dróżkę, postanawiając nie cisnąć się przez centrum miasta, czym tylko nadłożyłby sobie dodatkowej drogi. Pojedzie skrótami, żeby jak najszybciej znaleźć się już w mieszkaniu. Ciemna, wąska uliczka i piętrzące się po bokach kamienice o tej porze dnia prezentowały się dość przerażająco, niczym jakiś wycinek z niskobudżetowego horroru. Mimo wszystko spokój, jaki tu panował, był dość przyjemny. Uwielbiał te części miasta, w których zapominało się o tym ciągłym biegu i hałasie.
W pewnym momencie jego telefon, który przy wsiadaniu do samochodu zawiesił na stojaku przytwierdzonym do szyby, zapikał. „Jedna nowa wiadomość” – głosił napis na ekranie, więc wyciągnął rękę, odblokował aparat, a następnie otworzył skrzynkę odbiorczą.
I w tym momencie zamarł. Tak po prostu wszystko nagle przestało mieć znaczenie, serce podeszło mu do gardła, a noga, znajdująca się na pedale gazu, mimowolnie na niego mocniej nadepnęła.
Masz czas się spotkać? Łukasz.
Jego głowę natychmiastowo zalał milion chaotycznych myśli. Łukasz. Dlaczego do niego napisał? Przecież od tamtych urodzin mamy nie mieli ze sobą kontaktu. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Próbował wyrzucić go ze swojej głowy, zacząć żyć normalnie. Wmówić sobie, że nigdy między nimi nic nie było. I że tamta pamiętna noc w salonie tak naprawdę nigdy się nie wydarzyła.
Zalała go złość, gdy powoli dotarło do niego, że tak – Łukasz postanowił mu o sobie przypomnieć. Że pewnie zdał sobie sprawę ze swojego życiowego błędu. I że prawdopodobnie brakowało mu już faceta w łóżku, bo ile mógł tak siebie oszukiwać?
Zacisnął mocno dłonie na kierownicy i wreszcie przeniósł wzrok na drogę.
Zdążył tylko dostrzec jakiś ruch, ciemną postać przechodzącą przez ulicę. Jego stopa niemal wbiła pedał hamulca do podłoża, ale było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Usłyszał jeszcze pisk opon, a samochód zatrząsnął się, kiedy w coś uderzył.

18 komentarzy:

  1. Boże, jakie to jest dobre. Węszę kolejny Twój hit, Dream. Trzymam kciuki, żeby przebiło 'Za trzy punkty'.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojeej, dziękuję. To strasznie miłe!

      Usuń
  2. Filip potrącony? Tak? Nie?
    No ciekawe co z tego wyniknie. Swoją drogą fajnie widzieć tą stronę Maćka - pierwszoosobową (no może nie do końca - ale z jego perspektywy). To fajna postać :)
    Czekam na kolejny rozdział! (obojętnie czego, przeczytam wszystko xD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maciej za "Maćka" by Cię ukatrupił. :D No bo przecież to takie infantylne zdrobnienie, a on jest bogatym, poważnym panem biznesmenem. :')

      Usuń
    2. A wiesz, że się dłużej zastanawiałam jak to odmienić?
      "Macieja"... Nieee :D Ta odmiana jeszcze bardziej mnie bawi niż "Maciek". To takie "udawanie", że jest się poważnym... (moim zdaniem) No dobrze, on jest poważny... Jeśli bym mogła sprawić, by mógł ożyć, przyjść i mnie ukatrupić, to bym się poświęciła <3 haha

      Usuń
    3. W sumie trafne spostrzeżenie z tym udawaniem. :D Ale może właśnie dlatego tak bardzo pasuje mi do Wyszyńskiego, który chce (czasem na siłę) być poważnym facetem z klasą (i kasą). Niestety, mama pokarała go Maciejem aka Maćkiem.

      Usuń
  3. AAA! Co to za zakończenie rozdziału, teraz spać się nie będzie dało :D
    Podobał mi się tekst Cyganki :)...
    Jakoś tak dobrze się czyta historię Macieja :)

    Pozdrawiam ciepło,
    Elda :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeju! Czekanie na kolejne rozdziały to męczarnia. Nawet w wakacje trzymają mnie w niepewności i stresie, mamo. Podoba mi się sama kreacja postaci Macieja. Może dlatego, że jest ona tak realistyczna. Jak ktoś kiedyś przechodził Chmielną, to się ze mną zgodzi. Korposzczury stanowią już element wielkomiejskiego krajobrazu.

    Miłego pisania~
    Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, korporacje i korposzczury dopełniają wizerunek każdego większego miasta. :D
      Może nie będę trzymać Was w niepewności aż tak długo. ;)

      Usuń
  5. :D Mi też spodobało się wtrącenie przepowiedni cyganki. Poznajemy tutaj Maciusia (Nie mogę się powstrzymać przed złośliwością :D) z tej wrażliwej strony, gość ma poważne kompleksy, chociaż wydawałoby się, że ma wszystko. Bardzo mi się podoba twój nowy pomysł, oczywiście na Americanę też równolegle wyczekuję :P. Ta nowa historia również ma duży potencjał. Cieszę się, czym więcej piszesz, tym lepiej :). Pozdrowienia. WilMind.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, cieszę się, że ta druga strona Macieja nie jest aż tak zła. :) W "Americanie" przedstawiałam go inaczej, tam mamy trochę inny punkt widzenia, w końcu Aleks jest tym naiwnym i wykorzystywanym. Ale każdy przecież ma swoje powody.

      Usuń
  6. Też mi się podoba :) Nie mam pojęcia czego się spodziewać ale obie postacie przypadły mi do gustu. Lubię takie zderzenia dwóch zupełnie innych światów. Ciekawe co ich do siebie przyciągnie, no oprócz oczywistego :) I następna tajemnica - kim jest Łukasz i kogo przez niego potrącił Maciej. Super rozdział. Dzięki i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, zerknij sobie na dodatek "Dom pełen wspomnień", tam opisałam historię Macieja, nim jeszcze pomysł "Gówniarza" zrodził mi się w głowie. "Gówniarz", "Americana" i jeszcze niepublikowany "Kickflip" to trzy dopełniające się opowiadania, wątki się przeplatają i uzupełniają nawzajem. Trochę ciężko mi się przez to pisze, bo w końcu wiem, że każdy tekst powinien być też możliwy do przeczytania osobno, ale pewne postacie z "Americany" aż się proszą o swoje opowiadania.

      Usuń
  7. Super czekam kto nabił się na maskę:-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo fajne "zbiegi okoliczności" nastąpiły. Podoba mi się to.
    Jednak zauważyłam jeden minus. Trochę męczącym jest jak w rozdziale dwa-trzy razy jest wspomniane jak to Maciej nie chce się starzeć i że chodzi na zabiegi odmładzające itp. Jeśli były bo to dwa zdania to spoko. Ale tu powstają całe fragmenty teksu, które się powtarzają. Trochę to nudzi. Jednak nie jest to zbyt duży minus patrząc pod kontem jak ładnie rozwija się akcja i budowana jest cała fabuła.
    Odbieram więc rozdział bardzo pozytywnie, a ta uwaga jest do przemyślenia dla Autorki, moja droga Dream :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, takie uwagi jak najbardziej są mi potrzebne! :) Ja niestety inaczej odbieram ten tekst, wszystkie więc Wasze spostrzeżenia biorę na klatę. Następnym razem trochę to ograniczę. Może faktycznie za bardzo na cel wzięłam sobie maciejowy strach przed starzeniem się.

      Usuń
  9. "Gówniarz" jest naprawdę fantastyczny. Widać, jak dobrze ci się go pisze, widać, że czujesz to opowiadanie. Zbytnio się nawet nie napracowałam przy korekcie. Ale nie chodzi tu nawet o jakieś latające przecinki, po prostu sceny i dialogi wydają się takie naturalne, takie zupełnie na miejscu.
    To był naprawdę dobry rozdział. Nie spodziewałam się, że Filip był Maciejem zainteresowany od dłuższego czasu. Fajnie było też dowiedzieć się o nim samym i jego życiu czegoś więcej. Bardzo polubiłam jego postać, jest naprawdę interesujący.
    Ogólnie "Gówniarz" zapowiada się jako jedno z twoich najlepszych opowiadań i szczerze nie wiem, jak z niego może nie wyjść kolejny tasiemiec ;)
    Fajne zakończenie. Dobrze wiedzieć, że Łukasz wciąż jest wielką słabością Macieja.
    Oczywiście zastanawiam się, kogo Maciej potrącił, chociaż podejrzewam, że Filipa. Z drugiej strony to byłoby dość dziwne. Nie wiem, jak miałoby to wyglądać, szczerze mówiąc. No, ale zobaczymy, jak to rozwiążesz ;)
    pozdro~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, naprawdę. :) Bo opowiadanie świetnie mi leży, postacie, w przeciwieństwie do tych z "Americany" załapałam od razu. Mam konkretny plan co do tego opowiadania, więc może jednak los tasiemca Gówniarzowi niestraszny. Z drugiej strony moje plany często krzyżują sami bohaterowie, sama jestem ciekawa w ilu rozdziałach się zmieszczę. ;)
      A o rozwiązaniu sprawy wypadku dowiesz się jak zwykle pierwsza, może do piątku doślę Ci trzeci rozdział. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.