poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozdział 11. (I tak wszyscy wylądujemy w McDonaldzie)

Niebetowany, bo staram się dotrzymywać dawnej umowy publikowania raz na tydzień. Przy okazji też pomyślałam, że mogłabym Wam podlinkowywać piosenki, które towarzyszyły mi przy pisaniu rozdziału, może wzbogaci to jego klimat. Tak więc: jedenastka McDonalda sponsorowana jest przez Judah & The Lion - Suit and Jacket. ;)


 Andrzej Wroński, windykator, negocjator. Rafał Rzepa... tragarz?  

– Będę muzykiem – powiedział któregoś poniedziałkowego poranka Andrzej, kiedy usiedli w ławce, witani niezbyt entuzjastycznym spojrzeniem matematyczki. Nikt jej się jednak nie dziwił, cała ich klasa wyglądała jak ledwo żywa – w końcu była siódma trzydzieści. Kto normalny o siódmej trzydzieści wykazywałby się chociaż zalążkami energii i dobrego humoru?
Andrzej, oczywiście.
Bo Andrzej nie był normalny, co Teodor w trakcie trwania ich ponad półrocznej przyjaźni zdążył już zauważyć.
– C-co?
– Wiem co będę robić – powtórzył. Skierował na Teodora swoje roziskrzone, niesamowicie niebieskie oczy, w których zazwyczaj w poniedziałki odbijało się jedynie zmęczenie i nienawiść do otaczającego świata. Dzisiaj było jednak inaczej, bo Andrzej wreszcie zrozumiał, czego tak naprawdę pragnie. I chociaż wtedy Teodor uznał to jedynie za kolejną zachciankę Wrońskiego, Andrzej już wiedział którą drogą pójdzie. – Będę grać.
– A-ale prze-przecież i tak... coś tam już grasz – wybąkał, wciąż nie rozumiejąc skąd u Andrzeja taki wybuch entuzjazmu.
– Ale mi chodzi na poważnie – prychnął Andrzej, przewracając oczami. – Będę gwiazdą. Jak cholera nadaję się na gwiazdę! – żachnął się, aż zadzierając wysoko brodę, jakby co najmniej już tą gwiazdą był.
– Kamiński, Wroński, tak was energia rozpiera od rana? – Obaj aż podskoczyli na niewygodnych, drewnianych krzesłach, kiedy powietrze w klasie niczym ostrze przeciął wredny głos matematyczki. Starej, zmęczonej życiem kobiety, która już dawno powinna znaleźć się na emeryturze, bo jej cierpliwość do nauki gimnazjalistów zdążyła z biegiem lat gdzieś wyparować. – Wroński, chodź, pochwalisz się swoim zadaniem domowym przy tablicy – powiedziała z odpychającym uśmiechem osoby nienawidzącej nie tylko poniedziałkowych poranków, ale też i wszystkich innych.
Andrzej zmarszczył groźnie swoje brwi, nie dając nic po sobie poznać. Teodor, wiedząc, że jego przyjaciel zapewne nie miał czasu na odrobienie przez weekend pracy domowej (w końcu Andrzej miał tyle innych, ciekawych zajęć), ukradkiem podsunął mu zeszyt. Nie była to ich pierwsza tego typu kooperacja, więc Andrzej bez zawahania dziarsko zawinął notatki Teodora i ruszył do tablicy, mierząc jeszcze matematyczkę buńczucznym wzrokiem. Kilka minut później wrócił na miejsce z niechętnie wpisanym do dziennika plusem. Już trzecim, a więc matematyczka zmuszona była postawić mu piątkę.
– Dzięki – szepnął cicho Teodorowi na ucho, przez przypadek owiewając je swoim ciepłym oddechem, pachnącym zjedzoną rano czekoladą. Teodora momentalnie zaatakowała fala gorąca, utrudniająca wydukanie jakiejkolwiek – nawet tej najkrótszej – odpowiedzi. Kiwnął więc jedynie głową, z całej siły próbując skupić się na lekcji.

***

Teodor nie podejrzewał, że życie z Andrzejem na jednej powierzchni będzie tak trudnym zadaniem. Nie, Wroński nie był bardzo nieprzyjemną we współżyciu osobą – a przynajmniej Teodor tak tego nie postrzegał. Objadanie z zapasów wcale mu nie przeszkadzało. Głośne słuchanie muzyki również. Rzucone na podłodze mokre ręczniki po kąpieli także. Nawet wszędzie walające się rzeczy Andrzeja w żaden sposób go nie irytowały, naprawdę szybko przywykł do całej tej Andrzejowatości, która aż wrzała w jego wynajmowanym mieszkaniu. No, może nie tak do końca całej. Był jeden mały, ale istotny szczegół, sprawiający, że Teodorowi brakowało już pomysłów na ukrywanie swojej erekcji, mianowicie – Andrzej lubił paradować bez ubrań. Nie miał żadnych kompleksów, więc nie wstydził się swojego półnagiego ciała i najwidoczniej nie widział niczego złego w chodzeniu jedynie ze slipkami zakrywającymi cztery litery. Jak nietrudno się domyślić, biedny, zakochany po uszy Teodor nie pozostawał obojętny i tak już od paru dni przeżywał katusze. Pomimo akcji ratunkowej w toalecie, gdzie dopomógł sobie ręką, jądra tak go bolały, że już miał ochotę je uciąć. Albo okryć czymś Andrzeja – teraz beztrosko siedzącego na dmuchanym materacu pożyczonym od Bartka – kocem, ręcznikiem czy czymkolwiek, co tylko ukróciłoby Teodorowe męki, których sam zainteresowany zdawał się nie zauważać. I może rzeczywiście nie zauważał, w końcu dostał weny, a jak artysta (w tym wypadku muzyk, więc sytuacja miała się jeszcze gorzej) dostanie weny, to nie ma przebacz. Parcie jak po zjedzeniu przeterminowanego bigosu, określił umiejętnie Andrzej, kiedy zaczął nucić dopiero co powstającą mu w głowie melodię do nowego utworu.
Teodor, człowiek przyziemny (więc i przyziemnie reagujący na otaczające go, pobudzające wyobraźnię bodźce), mógł jedynie wyobrazić sobie, jakie to może być parcie. Patrząc jednak na Andrzeja, który gdy tylko dorwał się do kartki i długopisu, zaraz zaczął coś skrzętnie notować, cały czas nucąc pod nosem i podrygując bosą stopą w takt, wywnioskował, że naprawdę bardzo duże. Andrzej całkowicie zamknął się w swoim świecie, nie reagując na otoczenie. Nawet gdy Teodor zabrał się do pisania eseju na zajęcia, dźwięki pisania na klawiaturze w żaden sposób go nie rozproszyły. A trzeba przyznać, że wiekowy laptop Teodora działał z gracją szturmującego czołgu. Zawsze gdy zaczynał coś pisać, miało się wrażenie, że to nie technologia nowoczesności, a jakaś podstarzała maszyna do pisania.
– Będę musiał pokazać chłopakom – powiedział w pewnym momencie Andrzej, przerywając swoją artystyczną zadumę i czas tworzenia. Teodor popatrzył na niego znad laptopa i zaraz tego pożałował. Szybko spuścił wzrok na ekran monitora, przeklinając siebie w myślach za obrzydliwie erotyczne myśli...
Tylko jak to możliwe, że tamtego wieczoru nie dotknął Andrzejowych sutków?
Chrząknął, całą swoją uwagę próbując skupić na pliku tekstowym. Została mu do napisania jedna strona, a później... a później to już mu brakowało pomysłów, czym zająć swoje myśli, byleby tylko te nie wędrowały w stronę Andrzeja i jego chudej piersi.
– Okej, ja się wtedy zbieram – powiedział Andrzej, podnosząc się szybko ze swojego materaca i – ku ogromnej uldze Teodora – sięgnął po koszulkę. W jednej chwili drobne, blade sutki zniknęły pod materiałem T-shirtu. – Jedziesz ze mną na próbę? – zapytał, łapiąc za spodnie. Teodor, wiedząc że największe zagrożenie już minęło, popatrzył na Wrońskiego i wzruszył ramionami.
– Nie będę przeszkadzać?
– Ty? Daj spokój. Mówiłem, że dobrze się gra z publicznością – powiedział, pochylając się do swojej czarnej walizki. – Później możemy skoczyć na jakąś szamę. Starzy wysłali swojemu darmozjadowi trochę kaski – dodał z rozbawieniem, znów siadając na materac, tym razem żeby założyć na swoje chude, żylaste stopy skarpetki.
Teodor mimowolnie zaśmiał się pod nosem. Andrzej zdecydowanie dobrze się określił.
– W sumie to czemu nie – powiedział, zapisując jeszcze plik. – Ale dzisiaj bez picia? – upewnił się.
– Bez, bez. Jutro mam rozmowę o pracę – pochwalił się, z dumy aż wypinając pierś.
– Gdzie?
– Ikea.
Teodor znów parsknął śmiechem. Jakoś nie widział Andrzeja w pomarańczowym kubraku Ikei, doradzającego ludziom meble, czy wydającego na bistrze jedzenie. Andrzej w ogóle nie nadawał się do pracy z ludźmi.
Nawet nie zauważył kiedy, a w jego stronę pomknęła poduszka, celnie uderzając go w twarz. Popatrzył zdezorientowany na Andrzeja, marszczącego teraz brwi w dezaprobacie.
– I co rżysz?
– Jak nie McDonald, to Ikea? – nie potrafił się powstrzymać.
– Się śmiej, ale całkiem dobre zarobki tam mają. Jak ty będziesz robić tłumaczenia za grosze, ja będę piął się w górę po szczeblach szwedzkich awansów – powiedział, ale uśmiechnął się z rozbawieniem. Napad weny wyraźnie poprawił mu humor, więc i Teodor odpowiedział uśmiechem. – To co? Zbieramy się?

***

Dojazd na pętlę Czerwonych Maków nie zajął im długo. W szczególności, że słońce wysoko świeciło na niebie, od czasu do czasu tylko chowając się za chmurami. Teodor, ubrany w zimową kurtkę, czuł, jak powoli zaczyna się pod nią topić. Ale nie narzekał – zima skutecznie dała mu w kość, nienawidził długich, ciemnych wieczorów, więc teraz cieszył się każdym promieniem słońca i nawet najdrobniejszą oznaką nadchodzących cieplejszych dni. Mimo to za każdym razem, kiedy patrzył na Andrzeja, momentalnie ogarniały go zimne dreszcze. Gołe lędźwie będące wynikiem nisko opuszczonych spodni i krótkiej skórzanej ramoneski wciąż nie wpasowywały się w aurę dopiero co obudzonej wiosny. Ale Andrzej udawał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – w końcu całą zimę przechodził w tej kurtce, teraz więc, gdy już było kilka stopni na plusie, miałby zacząć narzekać?
– Poczekaj – rzucił Wroński, kiedy wysiedli z tramwaju. – Rafał napisał mi, że zaraz będzie. Poczekamy na niego, co?
Teodor skrzywił się niechętnie, już na końcu języka mając przepełnione wrogością „nie”. Gdyby tylko mógł, spędziłby to popołudnie sam na sam z Andrzejem. Ewentualnie jeszcze z Bogusiem i Mateuszem, resztą zespołu Andrzeja. Myśli o Rafale przyprawiały go o irytujące zdenerwowanie. Nie jednak takie zdenerwowanie, jakie odczuwał w gimnazjum, kiedy stawał twarzą w twarz z Rzepą. To było coś zupełnie innego, czego wolał dłużej nie roztrząsać, bo mógłby dojść do niewygodnych wniosków.
– Jedzie tramwajem? – zapytał Teodor niezainteresowanym tonem, sięgając odruchowo po swój telefon, żeby rzucić okiem na wyświetlacz.
– Mhm, przebijanie się w tych godzinach przez miasto to samobójstwo – odmruknął Andrzej, siadając na ławeczce przy przystanku tramwajowym. – Tramwajem szybciej – wyjaśnił. – No i pewnie sobie coś dzisiaj wypijemy, co?
Teodor momentalnie pokręcił głową. Ostatnio coś za dużo pił, palił i wydawał pieniądze na całkowicie niepotrzebne rzeczy. Jak tak dalej pójdzie, nie wytrwa do końca miesiąca.
– Spasuję.
– Oj weź, jednego drinka możemy walnąć. – Rozsiadł się na ławce, zakładając ręce na jej oparciu i wystawiając się na promienie słoneczne. Przymknął oczy, a wzrok Teodora samoistnie powędrował w kierunku jego zrelaksowanej twarzy. Andrzej zazwyczaj marszczył groźnie brwi, przez co już w wieku dwudziestu dwóch lat miał głęboką zmarszczkę na czole i powoli dorabiał się kolejnych. Ale dziwnym trafem jakoś mu one pasowały i wcale go nie postarzały.
Nie wiedział jak długo tak trwali w milczeniu. Andrzej siedząc na ławce; Teodor stojąc tuż obok i obserwując go bez skrępowania. Przejechały dwa tramwaje, ludzie wysiedli i nie zatrzymując się, od razu każdy ruszył w swoją stronę. Słońce cały czas wysoko świeciło na niebie, a czas płynął leniwie aż do momentu, kiedy wreszcie stanął przed nimi Rafał.
– No, już myślałem, że nigdy nie przyjedziesz – powitał go Andrzej, wstając z ławki. Rafał wzruszył jedynie ramionami, po czym rzucił w kierunku Teodora (Andrzeja dziwnym trafem pomijając) krótkie „cześć”, na które ten odpowiedział równie mało wylewnym „hej”.
– Po robocie jesteś? – zagadnął Andrzej, kiedy ruszyli w stronę przejścia dla pieszych. Teodor pamiętał już drogę do Bohdana i pamiętał także, że trochę mają jej do pokonania.
– Mhm, skoczyłem tylko do mieszkania na obiad – odpowiedział zaraz, a uwadze Teodora, który cały czas milczał (czuł się naprawdę dziwnie, kiedy miał ich dwóch obok siebie), nie umknął kilkudniowy zarost pokrywający szczękę i brodę Rafała. Zdał sobie sprawę, że pierwszy raz go widział w takim, dość niechlujnym wydaniu. Może i Rafał miał urodę neandertalczyka, ale trzeba było mu przyznać, że zawsze był gładko ogolony na twarzy – ale na piersi i tam niżej raczej nie, podpowiedział jakiś głos w głowie Teodora. Momentalnie zaczerwienił się, wcale nie chcąc myśleć o Rafale w takim kontekście. Co go obchodziło, czy Rafał golił miejsca intymne?
– A ty co tak milczysz, Teo? – zagadnął w pewnym momencie Andrzej, gdy światła zmieniły się na zielone.
Teodor momentalnie poczuł, że zaczyna robić mu się gorąco, chociaż słońce i wiosenna aura nie miały z tym nic wspólnego. Chrząknął, próbując wymazać z myśli obraz lekko owłosionej piersi Rafała.
– Z-zmęczony jestem, po prostu – powiedział, jak na złość się jeszcze zająkując. Wzruszył ramionami, próbując jakoś zamaskować swoje lekkie poddenerwowanie. Umysł zdecydowanie nie chciał z nim współpracować, bo gdy tylko zerknął na Rafała, miał przed oczami nie jego pierś, nawet nie szerokie ramiona, którymi ostatnio (chciał, czy nie) się zachwycał, a ich wspólny pocałunek. Pocałunek, rozpływający się w mroczkach upalenia, przez które nie zapamiętał go poprawnie i właśnie dlatego teraz wydawał mu się jeszcze bardziej spektakularny. Tak, zdecydowanie zawiniło tu zielsko. Przecież to był tylko zwykły pocałunek. Ot, najzwyklejsza w świecie wymiana śliny. Gdyby był trzeźwy to z pewnością inaczej by do tego podchodził. Nie – wtedy oczywiście nie byłoby żadnego problemu, bo gdyby był trzeźwy, nie tknąłby Rafała palcem!
Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej zatapiał się w myślach, a idący obok niego Andrzej i Rafał w niczym mu nie pomagali. Przywoływali wspomnienia, przez które Teodor czuł się jakoś tak... dziwnie. Nie potrafił nawet tego określić słowami (albo nie chciał niczego określać). Absolutnie niekomfortowo. Andrzej z jego prawej, Rafał z lewej, zupełnie, jakby chcieli go zamknąć w jakimś potrzasku. Wtedy, na łóżku, też go tak osaczyli, a później...
Coś w niego uderzyło. W pierwszej chwili nawet nie zauważył co, jedynie spostrzegł, że wylądował tyłkiem na samym środku chodnika. Dopiero później dojrzał przewrócony tuż obok rower z wciąż kręcącym się kołem i stojącego tuż obok niego młodego chłopaka.
– Rany! Przepraszam! – padło natychmiastowo. – Tak nagle wyszedłeś, nie zdążyłem ani zahamować ani skręcić! – zaczął się nerwowo tłumaczyć, a do Teodora powoli docierała rzeczywistość oraz składające się na nią obite pośladki, zdarte od upadku dłonie i bolącą nogę.
– Jak jeździsz, idioto! – usłyszał zaraz bojowy ton Andrzeja, którego zdążył już zapamiętać z gimnazjum. – Wy, rowerzyści, myślicie, że cały chodnik jest wasz! – kontynuował, podczas gdy Teodor zdecydował się podnieść. Momentalnie przez nim pojawiła się wyciągnięta, duża dłoń. Popatrzył na nią jak na zjawisko paranormalne, a następnie na milczącego, nieingerującego w spór między Andrzejem a rowerzystą Rafała. Bez namysłu złapał za rękę, korzystając z pomocy przy gramoleniu się z chodnika. Nim jednak udało mu się stanąć na równe nogi, lewa kostka, dotychczas pulsująca jedynie delikatnym bólem, odmówiła współpracy. Przez całą stopę i łydkę, niczym piorun, przeszył go mocny ból, uniemożliwiający jakikolwiek ruch. Skrzywił się momentalnie i już miał znów polecieć do tyłu, na pośladki, gdy podtrzymało go czyjeś silne ramię.
– Wszystko okej? – zaniepokoił się Rafał, a Andrzej przerwał swoją reprymendę i zerknął na nich zaalarmowany.
– M-am coś z kostką – wydusił Teodor, nie potrafiąc nie krzywić się z bólu.
– Posadź go – zarządził zaraz Andrzej, żeby po chwili odwrócić się do przerażonego chłopaka. – A z tobą nie skończyłem – zagroził.
Rafał, tak jak Andrzej kazał, usadził ostrożnie Teodora z powrotem na chodniku, żeby zaraz podwinąć mu nogawkę i spojrzeć na opuchniętą kostkę. Dotknął jej ostrożnie, a Teodor momentalnie odwrócił wzrok. Chociaż noga paliła go żywym ogniem, jego wyobraźnia wciąż działała na najwyższych obrotach.
– Wyskoczył mi nagle! Przecież widzieliście! – rowerzysta próbował się jeszcze jakoś obronić, ale Teodor już wiedział, że Andrzej mu łatwo nie odpuści.
– Szedł normalnie! To ty nie patrzyłeś! – prychnął. – Ale spoko, możemy zadzwonić po policję – mruknął i wzruszył ramionami. – Doszło w końcu do wypadku.
– Nie wygląda dobrze – orzekł Rafał, mając oczywiście na myśli kostkę Teodora. – Na moje jest skręcona – orzekł. – Bardzo boli? – zapytał, nie dotykając już obrzękniętego miejsca. W zamian popatrzył na Teodora uważnie, jakby naprawdę obchodził go jego stan zdrowia.
– No boli – odpowiedział dość cicho, nie chcąc robić wokół siebie szopki. Przechodzący ludzie i tak już patrzyli na nich jak na trupę cyrkową. – Ale za chwilę przejdzie.
– Jeżeli coś faktycznie mu jest, to pewnie będzie musiał wydać kasę na leczenie – powiedział Andrzej, niczym biznesmen targujący warunki kontraktu.
– Co...? A-ale przecież... – Chłopak wydawał się wyjątkowo zmieszany.
– To może też być zwichnięcie – mruknął Rafał. – Nie znam się, ale jest opuchnięte. Trzeba będzie podjechać do szpitala.
Teodor momentalnie pobladł. Boże, na co mu to wszystko?! A wystarczyło tylko nie bujać w obłokach (oraz nie wyobrażać sobie tego i owego z Andrzejem i Rafałem w rolach głównych).
– Nie, to mi przejdzie – powiedział szybko Teodor, naprawdę nie mając ochoty na przejażdżkę do szpitala i spędzenie tam reszty dnia.
– Jeśli jest zwichnięta to nie przejdzie. Trzeba nastawić – wtrącił Rafał poważnym tonem.
– Jeśli jest zwichnięta to nie dość, że musimy wydać kasę na dojazd do szpitala, to jeszcze później dojdą mu jakieś maści czy cokolwiek – stwierdził Andrzej, oczywiście nie znając się na medycznych procedurach i lekach, które powinno brać się w procesie przyspieszenia gojenia. Wiedział jednak, że Teodor coś tam będzie sobie musiał kupić. A to coś tam może być drogie, więc w zadośćuczynieniu rowerzysta powinien odpalić mu trochę kaski. Andrzej rzeczywiście był najprawdziwszym rekinem biznesu.
– Ale ja nie mam pieniędzy! – rzucił chłopak już nie nerwowo i rozpaczliwie, jak przed chwilą, a ze złością. Wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie na jego porządny rower oraz markowe ubrania, żeby domyśleć się prawdziwej odpowiedzi.
– No okej, to dzwonimy po policję – stwierdził Andrzej, już sięgając po telefon. – Stało się to przy przejściu dla pierwszych, gdzie powinieneś zahamować, a tak się składa, że jechałeś rozpędzony z górki.
Chłopak zerknął nerwowo na zegarek. Sapnął ciężko, aż wreszcie jego ręka powędrowała ku kieszeni kurtki.
– Ile chcecie?
– Ze dwie stówki – zaproponował Andrzej po chwili namysłu. – Oczywiście to suma rzucona tak na początek, jak się okaże, że to coś poważniejszego, skontaktujemy się. Podaj mi swój dowód – dodał Andrzej przymilnym tonem, doskonale wiedząc, że osiągnął to, czego potrzebował.
– Jest w swoim żywiole – rzucił Rafał z rozbawieniem i sięgnął po telefon. – Zadzwonię na taksówkę. Byłoby ci chyba niewygodnie w autobusie, hm? – zapytał i popatrzył na Teodora autentycznie przejęty zdarzeniem.
Kamiński przełknął ślinę i kiwnął głową, wiedząc, że głos uwiązłby mu teraz w gardle. Raz, że ból w kostce naprawdę zaczynał być dokuczliwy, a dwa, bo zdał sobie sprawę, że ani Andrzej, ani nawet Rafał nie zostawili go tu samego. Andrzej pomagał mu na swój sposób, wyłudzając kasę, a Rafał... Rafał znowu potwierdzał, że naprawdę się zmienił od czasów gimnazjum. Tylko dlaczego tak się teraz zaangażował? Przecież mogliby mu tylko zamówić taksówkę, wsadzić go do niej i tyle, a tymczasem w trójkę właśnie jechali do szpitala uniwersyteckiego.
– Widzisz, ze mną nie zginiesz – rzucił wesoło Andrzej. Teodor obejrzał się na niego z przedniego siedzenia i chociaż noga naprawdę go bolała, parsknął śmiechem.
– Ty nie w McDonaldzie powinieneś szukać pracy – stwierdził Rafał siedzący tuż obok Wrońskiego. – Nadawałbyś się na windykatora.
– Pierwsze co bym zrobił, to ściągnął od ciebie to dwadzieścia złotych, które ci pożyczyłem kilka miesięcy temu – odpowiedział zaraz.
– Nie zapominaj o tym, że ostatnio to ja pożyczyłem ci pięć dych.
Andrzej zamilkł na moment. Teodor już tego nie widział, ale gdyby tylko się obejrzał, zaraz dostrzegłby wyraz głębokiego zastanowienia na jego twarzy.
– Szkoda, że nie zapomniałeś – burknął pod nosem Andrzej, na co Teodor znów mimowolnie uśmiechnął się z rozbawieniem. Przysłuchując się wymiany ich wymianie zdań, jasno mógł stwierdzić, że Andrzej i Rafał naprawdę znaleźli swój wspólny język. Chociaż w gimnazjum jeden drugiego nie trawił, to teraz wydawało się, że rzeczywiście byli dobrymi kumplami. I, co najważniejsze, Rafał chyba znał lepiej Andrzeja od niego. Na tę myśl, coś nieprzyjemnie zakuło go w piersi. Odwrócił spojrzenie na bok, nie chcąc już dłużej podsłuchiwać ich swobodnej wymiany zdań.
Nie wiedział tylko, o kogo był bardziej zazdrosny. To znaczy... jasne, że o Andrzeja, Rafał stanowił tylko irytującą przeszkodę. Coś jak niechciany kamyk w bucie, którego nie można się pozbyć.
Z drugiej jednak strony coraz bardziej przekonywał się, że nie taki diabeł straszny... Stwierdził tak w szczególności wtedy, kiedy już dojechali pod szpital, zapłacili taksówkarzowi z wyłudzonych przez Andrzeja pieniędzy, a później mieli ruszyć do wejścia. Kostka rwała go tak silnym bólem, że sama wizja delikatnego naruszenia jej (nawet nie wspominając o stanięciu na nodze), przyprawiała Teodora o nieprzyjemne dreszcze. Andrzej, chudzina jakich mało, chłopak będący raczej na bakier z wszystkimi aktywnościami fizycznymi, z pewnością nie pomógłby mu w wydostaniu się z samochodu, a później jeszcze w pokonaniu drogi dzielącej Teodora od wejścia. I tu pojawiał się Rafał. Teodor nawet nie musiał nikogo o nic prosić, a Rzepa już był przy jego drzwiach. Bez słowa złapał Kamińskiego za w pasie, uniósł odrobinę i tym samym umożliwiając mu wyjście z samochodu bez narażenia nogi. Teodorowi, gdy tylko poczuł ręce Rafała tak blisko siebie, momentalnie zrobiło się goręcej. Całą swoją uwagę spróbował jednak skupić na celu – dojściu do recepcji. Starał się nie myśleć o Rafale, którego zapach ciężkich, męskich perfum mógł wyczuć nawet na silnym wietrze.
– Dasz radę? – zapytał Rafał, kiedy powoli, krok po kroku (albo raczej skok po skoku, gdyż Teodor kicał na jednej nodze), szli w kierunku budynku. Teodor, przytrzymywany przez Rzepę i rozpraszany niemile widzianymi myślami, kiwnął głową, wiedząc już, że jest cały czerwony. Miał nawet wrażenie, że ręka Rafała jest niesamowicie gorąca i czuje jej ciepło przez gruby materiał kurtki.
Z każdym skokiem było mu jednak coraz ciężej. Kostka nie przestawała boleć, a jego marna forma fizyczna dawała o sobie znać.
– Weź go może na ręce, co? – odezwał się w pewnym momencie Andrzej, wyraźnie znużony tempem, w jakim się poruszali. Rafał popatrzył na Teodora, a Teodor miał ochotę zapaść się w swojej kurtce i zniknąć.
– Dobra – powiedział Rafał, co w uszach Kamińskiego zabrzmiało jak zapadnięcie wyroku.
– N-ie no, d-dam radę – zająknął się, ale nim zdążył to zarejestrować, Rafał już go obejmował i przygotowywał się do podniesienia. Teodor zdusił w sobie krótki, zaskoczony okrzyk (to byłoby naprawdę żałosne, gdyby go z siebie wydobył) i już był w silnych (cholera, naprawdę silnych) ramionach Rafała. Chcąc czy nie, objął go za szyję, starając się całkowicie wyłączyć myślenie. Bo przecież to takie dziwne, Rafał mu teraz pomagał, a jeszcze w gimnazjum podkładał nogę na wu-efie.
– Masz dowód, nie? – zagadnął Andrzej, kiedy już dotarli pod drzwi wejściowe na recepcję, a Teodor musiał przyznać, że rzeczywiście było znacznie szybciej (i wygodniej), kiedy Rafał go niósł.
– Mhm, mam – odpowiedział cicho, dobrze wiedząc, że gdy tylko podniesie głos, to mu się załamie.
– Okej, to wy zostaniecie w poczekalni, a ja cię zarejestruję – stwierdził momentalnie, nawet nie przyjmując możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu. Teodor popatrzył na Andrzeja z wdzięcznością. Nigdy nikomu o tym nie mówił, ale nie potrafił załatwiać takich spraw. Po raz pierwszy był też sam w szpitalu, wcześniej we wszystkim wyręczała go mama. Wiedział, że to naprawdę żałosne; mając dwadzieścia dwa lata bał się czegoś tak błahego. Z drugiej strony nie był teraz sam. Andrzej, nie dość, że mistrzowsko załatwił sprawę z rowerzystą, to jeszcze teraz wyręczał go w załatwieniu wizyty lekarskiej.
Gdy tylko weszli do środka, Rafał od razu ruszył w stronę niezbyt wygodnie prezentujących się, plastikowych krzesełek. Nawet jeżeli zmęczył się targaniem Teodora, nie dał tego po sobie poznać. Obejmował go swoimi silnymi ramionami, a jego mięśnie dało się wyczuć przez materiał kurtki, co zresztą wcale nie pomagało Teodorowi w trzymaniu wyobraźni na wodzy. Całe szczęście, że ból kostki hamował wszelkie reakcje ciała.
– Okej? – zapytał Rafał, gdy tylko posadził Teodora na krześle. Dopiero kiedy to zrobił, Kamiński zobaczył jego czerwoną z wysiłku twarz.
– Tak, tak – odpowiedział i zaraz sięgnął do kieszeni po mały, skórzany portfel. Wyciągnął z niego dokumenty, żeby zaraz podać je Andrzejowi.
– Dobra, to za chwilę wracam – ogłosił i już pognał w stronę recepcji.
– Dalej cię boli? – zapytał Rafał, siadając tuż obok. Siedzenia były tak wąskie, że chciał czy nie, trącał Teodora swoimi szerokimi ramionami.
– Trochę – odpowiedział, chociaż miał już na końcu języka: „jak cholera”. Nie chciał jednak robić dramatu na pół szpitala, tylko dlatego, że miał zbitą kostkę. Zwichnięcia nawet nie brał pod uwagę.
– Ale czy mnie pani słucha? – Spojrzenie Teodora i Rafała jak na zawołanie powędrowało w stronę recepcji. – Bardzo go boli, prawie nam już mdlał z bólu! – mówił Andrzej, koloryzując sytuację na swój Andrzejowy sposób, dzięki któremu wszystko potrafił załatwić. – On nie może tam siedzieć i czekać, co, jeśli to coś naprawdę poważnego? Jeżeli trzeba natychmiastowo nastawić? – Teodor aż przygryzł wargę. Andrzej momentami był naprawdę niemożliwy.
– Proszę pana, ja rozumiem, ale nie mogę tak...
– Z tego co wiem, pilne przypadki powinno przyjmować się w pierwszej kolejności? – kontynuował Andrzej, żeby zaraz zamachnąć się i wskazać na całą salę. – No, ja tu pilniejszych przypadków nie widzę. Dobrze wiem, że jeżeli to coś poważniejszego, niż tylko zbicie czy skręcenie, mogą wystąpić powikłania. – Pochylił się jeszcze do okienka, patrząc na pielęgniarkę nieustępliwym wzrokiem. – Pani również o tym wie.
– Załatwi – mruknął pod nosem Rafał. Teodor zerknął na niego i nie mógł nie przyznać mu racji.
– Też mi się tak wydaje.
Przeprawa z recepcjonistką trwała jeszcze dłuższą chwilę. Każdy normalny już dawno by sobie odpuścił, bo kobieta również nie należała do takich, które szybko odpuszczają. W końcu jednak (Teodor nie miał pojęcia, jak Andrzejowi się to wszystko udało), Wroński wrócił do nich, pchając przed sobą wózek inwalidzki.
– No, Teo, wskakuj – powiedział z szerokim uśmiechem. – Zrobimy rajd po szpitalu.
Rafał parsknął pod nosem i bez słowa pomógł Teodorowi przemieścić się na wózek, żeby później popchać go w kierunku gabinetów. A kiedy Kamiński dostał skierowanie na prześwietlenie, znowu w trójkę ruszyli na drugi kraniec szpitala, ani na moment nie zostawiając poszkodowanego samego.
Chociaż Teodor wciąż próbował sobie wmówić, że tak naprawdę Rafał jest mu obojętny, to naprawdę cieszył się, że nie był sam. I że miał ich dwóch, bo zarówno Rafał, jak i Andrzej, wiele mu pomogli. Nie potrafiłby nawet wskazać, który bardziej.  

12 komentarzy:

  1. Och nie ma to jak gadane:-)
    Rafał i jego mięśnie czy podobizna Bibera czy jakiegoś tam:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, ja pragnę trójkąta. Ale takiego prwadliwego, nie jak że zmierzchu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak wygląda taki trójkąt? :D Bo nie mam pojęcia, jak to było w Zmierzchu.

      Usuń
  3. Kurde mam nadzieję, że te pragnienie publikacji raz w tygodniu będzie realne. Bo mi narobilas teraz nadziei. Ciśnij tę historię do bólu. A i ja dalej jestem za Rzepa. Pozdrawiam buzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamierzam cisnąć. ;) Póki tego nie skończę, nie chcę startować z niczym nowym. Oby się udało.

      Usuń
  4. Trójkąt byłby fajny, ale ja jakoś nie widzę żeby Andrzej się jakoś emocjonalnie angażował. Bardzo się ładnie chłopcy zajęli Teosiem, każdy jak umiał najlepiej 😄 A Teosiowi te jaja naprawdę zsinieją jak czegoś nie zdziała, skoro nawet skręcona kostka nie przeszkadza mu w snuciu fantazji seksualnych 😆 Rafał wykaż się jakoś, masz teraz duże szanse 😉 Dziękuję za super rozdział 😚

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Andrzej jest zbyt dumny na jakieś tam angażowanie się. :D

      Usuń
  5. Dołączam się do "prośby" o trójkąt. To ma potencjał, a ty potrafisz nie głupio pisać, więc ma prawo to wyjść na bardzo wysokim poziomie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trój-kąt! Trój-kąt!

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie, Andrzej zaangażowany uczuciowo? Oj, nie widzę tego XD Za to Rafał faktycznie teraz mógłby się bardziej wykazać, strasznie mi się spodobała jego postać i mam nadzieję, wbrew powyższym nadzieją, że żadnego trójkąta nie będzie (a Andrzeja wykopią z łóżeczka)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dokładnie. Andrzej jest fajny, ale nie widzę go w związku z Teo. W sumie nie widzę go w jakimkolwiek związku. Z całego serca za to kibicuję Rafałowi. Niech się postara chłopak. Ma duże szanse, może je w końcu wykorzysta c:
    I dołączę sobie do osób, które mają nadzieję, że trójkąta nie będzie. Jakoś ich nie lubię. ^^
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Andrzej to Andrzej, mu dobrze byłoby ze swoim odbiciem w lustrze. No ale z kolei Teo jest dla niego kimś wyjątkowym. Traktuje go inaczej niż całą resztę swoich znajomych. ;)

      Z tym trójkątem - czuję, że rozpętałam burzę. :D No ale nic nie zdradzę. ;)

      Usuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.