wtorek, 1 sierpnia 2017

Prolog (Co z Oliwerem nie tak?)

Wrzucam z lekkim opóźnieniem, gdyż wczoraj nie miałam po prostu czasu, wyprowadzki nigdy nie są dla mnie przyjemne. To opowiadanie jest więc w pewnym sensie moim pożegnaniem się z Krakowem, za którym zawsze już będę tęsknić. Zaczynam nowy rozdział życia, niech Oliwer domknie do końca poprzedni. :) Oprócz McDonalda Kraków przecież nie pojawił się w żadnym moim tekście, trzeba to nadrobić.

Betowała Ekucbbw.


Prolog

Mówią, że studia to najlepszy etap w życiu. Nie jest się jeszcze dorosłym, ale dzieciństwo ma się już dawno za sobą. Jest jak pogranicze między jednym a drugim, dające przyzwolenie na robienie głupich rzeczy. Idealnie, prawda? Powinienem więc skakać pod sam sufit, że wreszcie należę do tego zaszczytnego, elitarnego, akademickiego grona... A jednak, jakoś żadna duma, radość, czy chociażby ciekawość nie rozpierała mnie od środka.

Czy ktokolwiek wie, jak to jest zaczynać studia kulturoznawcze, kiedy cała rodzina ukończyła weterynarię i miała wobec ciebie takie same oczekiwania? No, trochę chujowo, że tak powiem. Nawet bardzo chujowo, ale co ja poradzę, że nie urodziłem się jako genialne dziecko? Maturę ledwo co zdałem, matematyki nienawidzę, o chemii i biologii nawet nie wspomnę. Generalnie, chyba mnie gdzieś tam w szpitalu podmienili albo mama nie powiedziała ojcu całej prawdy i te wszystkie anegdotki o listonoszach mogą okazać się czymś poważniejszym niż jedynie anegdotkami, ale czy to moja wina?
Wyniki matury przekreśliły wszystkie założenia moich rodziców o porządnym wykształceniu ich syna i jego późniejszym przejęciu gabinetu weterynaryjnego. Starsi musieli serio się załamać, bo – ku ich rozpaczy – jestem jedynakiem. Ale czy ja się przejąłem? Nie jakoś bardzo. Nie lubię zwierząt, nie lubię smrodu lekarstw, brzydzę się krwi, fekaliów i wszystkiego, co wiąże się z weterynarią. Zapalonym kulturoznawcą też co prawda nie jestem, ale miałem do wyboru to albo socjologię. Właściwie nie wiem, który kierunek gorszy, jednak niezbyt mnie to w momencie wyboru obchodziło. W dzisiejszych czasach ważne jest, żeby mieć jakieś studia, co nie? Obojętnie jakie – jakieś. Co z tego, że później nie ma pracy. Wszyscy falami zalewają uczelnie wyższe, bo tak już się przyjęło, że papier musi być.
Koniec końców, starsi jakoś zaakceptowali moją decyzję. Nie są złymi rodzicami. No i jestem ich ukochanym, jedynym synkiem – to, że w końcu się pogodzą z nieudacznością życiową pierworodnego, było do przewidzenia. Najdłużej naciskał na mnie ojciec, chciał, żebym poprawiał maturę i jeszcze spróbował dostać się na weterynarię. Mama jakoś szybko dała spokój, chyba w porę zrozumiała, że nigdy nie zrobi ze mnie przystojnego pana weterynarza, kopii ojca. Żaden ze mnie przyszły weterynarz, ani tym bardziej przystojniak. Ponoć z dwóch obrzydliwie ładnych osób bardzo często powstaje brzydkie dziecko, podobnie jest z inteligencją. No cóż, jestem idealnym przykładem potwierdzającym tę tezę. Intelektem nie grzeszę, urodą również. Taki tam niski, bardzo przeciętny, może nawet odrobinę brzydki dwudziestolatek ze mnie. W dodatku gej – mamo, tato, przepraszam, ale coś się wam kiepsko geny nałożyły.
Tamtego październikowego poranka, kiedy wstawałem na pierwsze zajęcia moich genialnych, przyszłościowych studiów, jeszcze nie wiedziałem, co takiego mnie spotka i jak bardzo zmieni to moje pełne niewypałów życie. Niczego szczególnego (oprócz innych nieudaczników na roku) się nie spodziewałem.
Jak zwykle spóźniłem się na tramwaj. Jak zwykle nie zdążyłem zjeść śniadania. Jak zwykle zapomniałem o doładowaniu karty miejskiej, więc musiałem kupić bilet w automacie. Jak zwykle tematem numer jeden na językach krakowian był zbierający się na okres jesień-zima smog. Wszystko jak zwykle. Moja szara, nudna rzeczywistość.
Czekając na tramwaj, zapadłem się w połach jesiennej kurtki, przeklinając w duchu październik. Jak to możliwe, że jeszcze niedawno chodziłem w krótkim rękawku? Nienawidzę zimna, naprawdę. Mogłoby dla mnie nie istnieć. Trzydziestostopniowe upały za to uwielbiam, nigdy więc nie narzekam na zbyt wysokie temperatury. Powinienem żyć w jakimś Los Angeles, stwierdziłem, obserwując tablicę informującą, ile jeszcze zostało do przyjazdu tramwajów. Całe szczęście pięćdziesiątka dwójka, którą miałem idealny dojazd na uczelnię, kursowała bardzo często. Chociaż tyle dobrego w ten smutny, ponury i całkowicie do dupy krakowski poranek.
Rozklekotany, biało-niebieski tramwaj zatrzymał się tuż przed moim nosem. W środku pustki, co akurat było trochę dziwne, w pięćdziesiątce dwójce zazwyczaj panuje tłok nie do wytrzymania. Wsiadłem, ściskając w dłoni bilet, który skasowałem zaraz po wejściu do pojazdu. Wewnątrz pachniało żulem – szybko zlokalizowałem źródło fetoru i zaraz przeszedłem na drugi koniec wagonu, gdzie ktoś, bardzo sprytnie, zostawił otwarte okna. Chociaż pizgało jak diabli, wolałem dostać zapalenia płuc, niż siedzieć i wdychać alkoholowe wyziewy czyjegoś niedomytego ciała.
Tramwaj ruszył, jak zwykle bujając się na boki i trzeszcząc przy tym niemiłosiernie, jakby zaraz miał się rozsypać. Jakaś młoda dziewczyna obok wciskała nos w telefon, pisząc coś na nim z bananem na twarzy, a starsza kobieta z moherowym beretem (wcale nie szufladkuję ludzi, ale coś w tych beretach musi być), warczała pod nosem o śmierdzących, zapijaczonych nieudacznikach. Cóż, śmierdzący i zapijaczony nie byłem, więc to chyba nie do mnie.
Pięćdziesiątka dwójka, jakby z trudem, dotelepała się do kolejnego przystanku, na którym czekały trzy osoby. Dwaj panowie przypominający mi na oko kanarów i jakiś chłopak. Dobrze, że kupiłem ten bilet, pogratulowałem sobie w myślach i spojrzałem na trzymany w ręku świstek papieru, który już zdążyłem złożyć cztery razy. Rozprostowałem go szybko i popatrzyłem krytycznie na coś, co już biletu nie przypominało.
Drzwi tramwaju otworzyły się. Przez środkowe weszli panowie kontrolerzy (tylko czekać na „bileciki do kontroli”), a chłopak gdzieś zniknął. Zresztą, nie obchodziło mnie to, wyciągnąłem telefon i słuchawki, żeby jakoś umilić sobie drogę.
Nie jestem jakiś super-mega edżi, czy jak to się teraz mówi na tych wszystkich nietuzinkowych małolatów. Jestem dość przeciętnym chłopakiem, lubiącym przeciętne rzeczy, więc oglądam całkiem przeciętne hollywoodzkie produkcje i słucham równie przeciętnej muzyki (a dokładniej tego, co akurat leci w radiu). Nic szczególnego, nie mam się raczej czym pochwalić.
Kiedy więc utwór Chainsmokers popłynął ze słuchawek, oparłem głowę o brudną szybę, tępym wzrokiem wpatrując się w mijany za oknem budynek Tesco. Panowie kontrolerzy (ha, zgadłem!) wyciągnęli swoje plakietki. Jeden pognał na sam tył wagonu, drugi popędził ku maszyniście. Jak to dobrze, że nie pożydziłem i kupiłem ten przeklęty bilet, pomyślałem, już przygotowując się do pokazania świstka papieru. Grubszy oraz wyraźnie starszy kontroler najpierw zapytał chłopaka stojącego na samym tyle pojazdu, dopiero później podszedł do mnie, zerknął przelotnie na bilet i zaraz pognał do dziewczyny, która wcześniej nie odrywała się od telefonu.
Dzień jak co dzień. Wszystko na swoim miejscu. Tramwaj telepie się tak samo jak wczoraj i każdego poprzedniego dnia, kanarzy szukają łosia, dzięki któremu mogliby trochę zarobić, żul wciąż śmierdzi, a babcia złorzeczy. Co miałoby być inaczej?
Zamknąłem na moment oczy. Pierwsze zajęcia o godzinie dziewiątej zdecydowanie powinny zostać zdelegalizowane. Poczułem, że ktoś obok mnie siada. Zmarszczyłem brwi z niezadowoleniem, no bo jak to tak, tyle kuźwa wolnych miejsc w tym głupim tramwaju, a ktoś śmie usiąść obok mnie? Popatrzyłem na chłopaka, który wsiadł przystanek temu, szukał czegoś w swojej torbie, więc od razu pomyślałem, że może tak tylko przysiadł – na moment, na chwilę, zaraz wstanie i da mi cholerny spokój. Znów więc zamknąłem oczy. Czułem, jak powoli odpływam. Głowa osuwała mi się po szybie; siedzenie do trzeciej w nocy to jednak nie był dobry pomysł, w szczególności, że nie robiłem niczego produktywnego. Ot, oglądałem jakieś debilne dramy na YouTube, jakbym swojego życia nie miał i musiał czerpać rozrywkę z kłótni jakichś pomniejszych youtuberów.
Nawet nie wiem kiedy, a słuchawka z mojego ucha tak po prostu się wysunęła. Mama zawsze mi powtarzała, że mam uszy jak liliput, klasyczne słuchawki były więc dla mnie niepraktyczne.
I wtedy to usłyszałem. Jakby coś mnie wąchało? Niczym węszący pies. Zmarszczyłem brwi, powoli powracając do rzeczywistości. Początkowo wydawało mi się, że to tylko głupi sen, no bo kto by mnie wąchał w tramwaju? Bez przesady, takie rzeczy to tylko na Anonimowych Wyznaniach. Uchyliłem powieki i wtedy dostrzegłem kątem oka, że ktoś zdecydowanie narusza moją strefę osobistą i... mnie wącha.
Momentalnie odskoczyłem na bok, niemal wciskając się w okno tramwaju.
– Co ty, kurwa? – popatrzyłem na chłopaka zdezorientowany. Zza wielkich, okrągłych okularów popatrzyły na mnie intensywnie zielone oczy, tak zielone, że aż nierealne. I przez kilka chwil wszystko przestało mieć znaczenie. To, że ten freak mnie wąchał, że wciąż byłem w tramwaju i to, że, kurwa no, wąchał mnie! – Pojebany jesteś? – zapytałem, z trudem wyplątując swoje spojrzenie z linii spojrzenia zielonych oczu.
Chłopak chyba się speszył. Był mniej-więcej w moim wieku... Szok, że taki młody i taki świr już, pomyślałem i nim zdążyłem cokolwiek jeszcze powiedzieć, chłopak w brylach wstał, dopadł drzwi, bo właśnie tramwaj zatrzymał się na przystanku, i zwiał.
Patrzyłem na znikającą za zakrętem uliczki rudobrązową szopę kręconych włosów, nie bardzo wiedząc, co się właśnie stało. Rozejrzałem się dookoła, ale ani kanarzy, którzy teraz spokojnie sobie jechali, ani babcia, dziewczyna, ani tym bardziej żul, nie mieli o niczym pojęcia.
A mnie, cholera jasna, jakiś fetyszysta wąchał!
Młody fetyszysta!
I przystojny.
Z cholernie zielonymi oczami.

Co się, kuźwa, z tym światem dzieje?

12 komentarzy:

  1. Już to uwielbiam.
    Bardzo mnie cieszy zmiana osoby na pierwszą. Przy komediowych tekstach to zawsze dobrze wróży, zresztą mamy już tego próbkę.
    Ten Wiktor jest taki prawdziwy i naturalny, kiedy mówi o swoich studiach, dramatach youtuberów czy Anonimowych Wyznaniach, że nie da się go nie lubić - mimo iż kreuje sie na straszliwego przeciętniaka.
    No i oczywiście końcówka, w której jakiś freak zaczyna go obwąchiwać w autobusie. Reakcja Wiktora jak najbardziej uzasadniona.
    Cóz, nie mogę sie doczekać ich pierwszego spotkania i dowiedzieć się, o co też chodzi temu Oliwerowi.
    Pozdrawiam!

    https://o-sobliwosc.blogspot.com/
    "Gej, który walczy w MMA? Przecież cioty nie potrafią się bić!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno nie pisałam niczego w pierwszej osobie, warto przypomnieć sobie jak to było :D. Fajna zmiana, nie powiem, bardziej zżywam się przez to z bohaterem. ;)

      Usuń
  2. Jeju... już żałuje, że jednak nie udostępnisz tego na beezarze. Kupiłabym na 100. Zapowiada się odjazdowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, zawsze lepiej mieć od razu całość. Niestety, skończyłam studia i nie dysponuję już taką ilością czasu jak kiedyś, a gdy zacznie mi się magisterka będzie jeszcze gorzej bo praca+studia zawsze ograniczają. Prawdopodobnie więc nie będę już nic wydawać (prócz zaplanowanego dodatku do Gówniarza).

      Usuń
  3. Super się zapowiada :) Jestem bardzo ciekawa tego Oliwiera, zresztą Wiktora również ;) Mam jednak nadzieję że nie zapomnisz o zwariowanym trójkącie z McDonalda :) Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo życiowe przemyślenie na temat studiów. Mam nadzieję tylko, że Teo z ekipą nie stracą twojego zainteresowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zainteresowania może nie, ale nie mam czasu na pisanie. :/

      Usuń
  5. Zapowiada się kolejna świetna historia. Dosyć lekka i przyjemna. Sytuacja z wąchaniem w autobusie trochę oderwana od rzeczywistości, bo kto normalny ludzi wącha i to aż tak ostentacyjnie, ale lubię kiedy podejmujesz różne tematy w swoich opowieściach. W końcu ludzie są różni, więc i fetyszyści się zdarzają. Nie dziwię się reakcji Wiktora - całkiem naturalna. I nie dziwię się również, że Oliwier uciekł kiedy został przyłapany na obwąchiwaniu swojego współpasażera. Widocznie Wiktor pachnie obłędnie, że aż jest niemożliwością przejść obok niego obojętnie :)

    Pozdrawiam,
    Aleksandra

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj Droga Autorko! Twojego bloga znam już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz postanowiłam napisać coś "od serca" . Po pierwsze chciałam Ci podziękować za to, że zaczynam coraz bardziej lubieć Kraków. Byłą stolicę odwiedziłam już pare razy w życiu, jednak to miasto nie przypadło mi do gustu z wielu powodów. Zawsze zatłoczone, pełne smogu, brzydkie (z wyjątkiem Starówki) i przereklamowane. Jednak dzięki twoim opowiadaniom poczułam klimat tego miasta, atmosferę, chyba powoli zaczynam się przekonywać co do Krakowa. Może nawet wybiorę się tam na studia w przyszłym roku? Kto wie... A co do nowego opowiadania to muszę przyznać, że jestem zachwycona!!! Wiktor zyskał moją sympatię już po kilku pierwszych zdaniach tekstu, bardzo przypomina mi Leo Kinga z mojej ukochanej książki "Na południe od Broad". Oboje uważają się za ludzie przeciętnych, a nawet gorszych od innych, brzydkich, głupich, zdają sobie sprawę, że nie potrafią spełnić wymagań innych ludzi, ale pomimo tego wszystkiego potrafią zyskać sympatię (a nawet miłość) czytelnika. Oliwier z kolei jest ciekawą i intrugującą osobą z tym swoim fetyszem i intensywnie zielonymi oczyma. Możesz być pewna, że codziennie będę zaglądała na twojego bloga szukając nowych rodziałów Oliwera, jak i McDonalda. Chcę jeszcze dodać, że twój styl pisania jest genialny, lekki, nie mam mu nic do zarzucenia. Jednak jest coś, za co Cię wręcz ubóstwiam. Są to idealnie wykreowani bohaterowie(i rzeczywistość też oczywiście;)) Potrafisz stworzyć postać chłopca pochodzącego z patologicznej rodziny, grającego w koszykówkę i marzącego o odbiciu się od dna, oryginalnego muzyka zakochanego w znienawidzonym wokaliście z zespołu, chłopca z nadwagą, prześladowanego przez kolegę z klasy i darzącego uczuciem swojego najlepszego przyjaciela jak i wiele innych wspaniałych postaci. Wszystkie są inne , różnią się od siebie charakterami, sytuacją życiową, materialną, bagażem doświadczeń, jednak wszystkie są bardzo rzeczywiste, prawdziwe i realne. Wiem, że może Ci się to wydawać dosyć dziwne, ale na prawdę Cię za to podziwiam i szanuję, bo to tylko udowadnia twoją ogromną wiedzę o ludziach, życiu i zdolności pisarskie. To by było na tyle, mam nadzieję że nie zasnęłaś w połowie mojego komentarza ale po prostu musiałam się wypisać. Pozostało mi tylko jedno: życzyć Ci bardzo dużo weny i ciekawych pomysłów na opowiadania.
    Całuski
    ~Nessie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Nessie, po takim komentarzu brak weny już mi chyba niestraszny :) gorzej z czasem, niestety. Dziękuję za tyle miłych słów, dla takich momentów warto pisać nawet wtedy, kiedy chęci i czas nie dopisują. Jeśli chodzi o Kraków - w Oliwerze zamierzam jeszcze bardziej go nakreślić, bo to naprawdę piękne miasto, a ja niestety już musiałam je opuścić. Jeśli masz możliwość wybrania się tam na studia, gorąco zachęcam. Trzy lata które spędziłam w Krakowie należą do jednych z najlepszych lat mojego życia i z pewnością szybko o nich nie zapomnę :). Kraków ma po prostu taką specyficzną magię, nawet ludzie wydawali mi się tam milsi.
      Jeszcze raz ślicznie dziękuję za komentarz. No i jak tu nie pisać dalej? ;)

      Usuń
  7. Nie mogę powiedzieć, że ra opinia o studiach nie jest prawdziwa. Ciężko jest znaleźć pracę bez studiów, a po nich właściwie jest tak samo. Zależy jeszcze, jakie się kończy. Ale jak w małych miasteczkach wszystko jest po znajomości, to takie studia jak socjologia, psychologia, polonistyka nie dają żadnej gwarancji pracy.
    Opisy były przygnębiające i ppokazywały monotonie życia, ale niestety takie ono jest i te opowiadanie zaczyna mi się podobać. Właściwie lubię taki klimat opowiadań, zwłaszcza jak później monotonia zostaje przerwana.
    Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że ten chłopak okaże się wilkołakiem, czy innym zwierzakiem, w którego się przemienia. Mam te wrażenie przez te wąchanie. Ale muszę przyznać, ze to naprawdę ciekawy i przy okazji szokujący pomysł.

    OdpowiedzUsuń
  8. Widzę lekkie pióro. Bardzo ciekawie napisane wciaga.
    Ja dopiero zaczynam przygodę i bardzo bym się ucieszyła jak wygladają moje wypociny okiem fachowca. Każda konstruktywna krytyka mile widziana.
    http://nieznaczna-opowiesc.blogspot.no

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy nadesłany komentarz!

Mój banner:

Mój banner:
Zdjęcia opublikowane na blogu nie są moją własnością. Nie mam żadnych korzyści finansowych z powodu umieszczenia ich na stronie.